Karl Engling & Söhne Maschinenfabrik und Presswerk
reklama

Karl Engling & Söhne Maschinenfabrik und Presswerk

Ilustracja poglądowa

Historia

Większość z nas, spacerując dzisiaj w okolicach dworca kolejowego w Ornecie, widzi tam głównie pozostałości po dawnej fabryce śrub.

Mało kto jednak wie, że dokładnie w tym miejscu, kilkadziesiąt lat temu, tętniło życiem jedno z najnowocześniejszych przedsiębiorstw metalurgicznych w całych Prusach Wschodnich. Fabryka maszyn, tłocznia i sztancownia Karl Engling & Söhne (Maschinenfabrik, Preß- und Stanzwerk) była regionalnym gigantem, którego produkcja na zawsze zapisała się w historii warmińskiej techniki – od infrastruktury kolejowej, przez tysiące masowych kanistrów, aż po tajny, kosmiczny program rakietowy III Rzeszy.

Oto kompletna kronika zakładu, który przez lata napędzał gospodarkę dawnej Ornety (Wormditt), a którego ślady do dziś skrywają się tuż pod naszymi stopami.

Od telegrafu do kontraktu stulecia: Narodziny potęgi

Początki firmy w latach 20. i 30. XX wieku wcale nie zapowiadały zbrojeniowego profilu. Założyciel, Karl Engling, musiał zmierzyć się z potężnym kryzysem gospodarczym tamtej epoki. Zakład przetrwał trudne lata dzięki realizacji zamówień dla niemieckiej poczty państwowej (Reichspost), produkując metalowe haki, uchwyty i okucia do napowietrznych linii telegraficznych. Prawdziwy przełom nastąpił w 1932 roku. To wtedy firma Englinga zdobyła gigantyczny kontrakt od kolei państwowych (Reichsbahn). Orneta stała się głównym dostawcą ciężkich elementów stalowych do budowy torów. Wytwarzano tu wkręty kolejowe, łubki oraz płytki mocujące i hakowe. Napływ zamówień był tak potężny, że fabryka musiała pracować na dwie, a często nawet trzy zmiany.Aby sprawnie transportować tysiące ton stali, fabryka – zlokalizowana idealnie naprzeciwko budynku dworca – wybudowała własną bocznicę kolejową. Każdego dnia na teren zakładu wjeżdżały pociągi załadowane surówką żelaza, a opuszczały go składy wypełnione gotowymi elementami torowisk. Po modernizacji zakład dostarczał niesamowitą liczbę 100 000 ton materiałów kolejowych rocznie, stając się liderem kucia matrycowego w całym regionie.

Katastrofa, która stała się błogosławieństwem (1936)

W 1936 roku miastem wstrząsnęła dramatyczna wiadomość – w fabryce Englinga wybuchł rozległy pożar, który strawił lwią część hal produkcyjnych. Dla wielu wydawało się to końcem przedsiębiorstwa, jednak Karl Engling przekuł katastrofę w sukces.Zakład odbudowano od zera w niezwykle nowoczesny sposób. Sprowadzono potężne, nowoczesne prasy hydrauliczne i sztance, o jakich inne zakłady na Warmii mogły tylko marzyć. Gdy we wrześniu 1939 roku wybuchła II wojna światowa, Orneta dysponowała parkiem maszynowym o najwyższym stopniu zaawansowania technologicznego. Niemiecka machina wojenna natychmiast to wykorzystała, nadając firmie status zakładu zbrojeniowego (Rüstungsbetrieb).

Wojenne eldorado i elita Ornety

Dla mieszkańców Wormditt praca u Englinga była symbolem statusu. Choć fabryka produkowała gigantyczne ilości materiałów, jej załoga liczyła zaledwie 130 robotników i 9 urzędników. Tak mała liczba personelu w stosunku do obrotów dowodziła doskonałego stopnia zmechanizowania i automatyzacji maszyn. Warunki pracy były tu wyjątkowe. Kroniki odnotowują, że w firmie panowała doskonała atmosfera, a zarobki były znacznie wyższe niż w innych zakładach w regionie. W latach wojny fabryka generowała dla właścicieli czysty roczny zysk na poziomie 300 000 marek rzeszy (RM). Pieniądze te grano jednak krwią i pracą na rzecz frontu.

O tym, jak strategiczne znaczenie miała Orneta dla Berlina, świadczą też odnalezione dokumenty z lipca 1940 roku. Wynika z nich, że samo Naczelne Dowództwo Wojsk Lądowych (OKH) osobiście nadzorowało park maszynowy firmy Englinga. Gdy w zakładzie zabrakło kluczowego sprzętu, wojsko zareagowało natychmiast – odebrano pilnie potrzebną tokarkę z warsztatów polowych 1. Zapasowego Batalionu Saperów Wehrmachtu (Pi.Ers.Batl.1) i błyskawicznie przetransportowano ją do Ornety, byle tylko nie dopuścić do przestoju w produkcji amunicji.

Wojenna produkcja: Od pocisków po kultowy kanister „cps”

Od 1940 roku zakłady Englinga stały się kluczowym podwykonawcą amunicyjnym dla fabryk w Królewcu (Königsberg), dostarczając elementy do dwóch najgroźniejszych i najmasowszych typów niemieckiej artylerii:

  • Pociski burzące 15 cm Gr. 19: Ważąca ponad 43 kg amunicja do ciężkich haubic polowych sFH 18 (trzonu niemieckiej artylerii ciężkiej). W Ornecie tłoczono do nich tzw. surowe dna pocisków (Bodenrohlinge) w liczbie 10 000 sztuk miesięcznie.
  • Pociski 10,5 cm F.H.Gr.: Amunicja do najpopularniejszej lekkiej haubic polowej leFH 18. Ornecki zakład produkował do nich surowe elementy głowic (Kopfrohlinge) – również w nakładzie 10 000 sztuk na miesiąc.

Równolegle w 1943 roku prasy w Ornecie tłoczyły absolutną ikonę logistyki wojskowej – 20-litrowe metalowe kanistry na benzynę (tzw. Jerrycan). Ponieważ produkcja zbrojeniowa musiała być ściśle tajna, aby chronić miasto przed alianckimi nalotami, pełną nazwę firmy utajniono. Zakład otrzymał trzyliterowy kod kodowy „cps”. Kanistry z wytłoczonym napisem Kraftstoff 20l, 1943 oraz małym symbolem cps są dziś na całym świecie poszukiwanymi unikatami przez kolekcjonerów militariów, którzy często nie wiedzą, że te litery oznaczają naszą Ornetę.

Ściśle tajne: Udział Ornety w programie rakietowym V-2

Najbardziej fascynujący i mroczny rozdział historii fabryki wyszedł na jaw dzięki dokumentom z amerykańskiego instytutu Smithsonian National Air and Space Museum w Waszyngtonie. Pod koniec wojny zaawansowane prasy hydrauliczne Englinga zostały włączone do programu „Wunderwaffe” (Cudownej Broni) Hitlera.

W Ornecie produkowano zbiorniki na ciekły tlen wykonane ze specjalnego stopu aluminiowo-magnezowego. Były to kluczowe komponenty do rakiet V-2 – pierwszych w historii ludzkości pocisków balistycznych, które docierały do granicy kosmosu. Wyprodukowane u nas zbiorniki trafiały bocznicą kolejową do podziemnej fabryki Mittelwerk w Turyngii, gdzie więźniowie obozów koncentracyjnych montowali gotowe rakiety mające niszczyć Londyn i Paryż. Jedna z części do takich rakiet, przechwycona przez Amerykanów w 1945 roku, do dziś znajduje się w amerykańskim muzeum, a w jej dokumentacji technicznej czarno na białym widnieje nazwa: Karl Engling u. Soehne.

Koniec potęgi: Styczeń 1945 i sowiecki demontaż

Dlaczego o tak potężnej firmie niemal zapomniano, a w archiwach brakuje jej zdjęć? Odpowiedź niesie tragiczny początek 1945 roku. Ze względu na tajność produkcji V-2 i amunicji, na terenie zakładu obowiązywał bezwzględny zakaz fotografowania pod groźbą oskarżenia o szpiegostwo. Gdy w styczniu 1945 roku Armia Czerwona podeszła pod Ornetę, wybuchł chaos. Sam właściciel, Karl Engling, stał się jedną z pierwszych cywilnych ofiar sowieckiego ataku pancernego w rejonie dworca kolejowego, próbując uciekać z miasta. Dokumentacja zakładowa spłonęła lub została porzucona. Gwoździem do trumny dla infrastruktury był rozkaz radzieckiego dowództwa nr 8160cc. Na jego mocy specjalne radzieckie „bataliony trofiejne” zdemontowały fabrykę Englinga „do gołej ziemi”. Wywieziono każdą prasę, tokarkę. Wszystko zapakowano w pociągi i wywieziono w głąb ZSRR do odbudowy radzieckiego przemysłu. 

Powojenny feniks: Narodziny Fabryki Śrub (Czasy PRL)

Mimo że Sowieci wyczyścili hale z maszyn, strategiczne położenie budynku naprzeciwko stacji węzłowej i bliskość rampy kolejowej były zbyt cenne, by je porzucić. Władze Polski Ludowej stanęły przed zadaniem odbudowy przemysłowej Ziem Odzyskanych. Zapadła jedyna słuszna decyzja: w opuszczonych murach należy reaktywować przemysł metalurgiczny.

Historia zatoczyła pełne koło. Skoro Karl Engling zaczynał w 1932 roku od masowej produkcji śrub i wkrętów kolejowych, powojenny zakład powrócił dokładnie do tego samego profilu. Powstała Fabryka Śrub „Orneta” w Ornecie. W czasach PRL-u zakład stał się jednym z najważniejszych punktów na gospodarczej mapie miasta i marką znaną w całym kraju. Produkcja elementów złącznych ruszyła pełną parą. Z biegiem lat dawna przedwojenna infrastruktura przestała wystarczać dynamicznie rozwijającemu się przedsiębiorstwu. W latach 60. i 70. XX wieku podjęto decyzję o znacznej rozbudowie kompleksu – obok starej niemieckiej hali wzniesiono nowe, rozległe hale produkcyjne, magazyny oraz infrastrukturę socjalną dla setek zatrudnionych tu ornecian. Fabryka Śrub dawała stabilne zatrudnienie kolejnym pokoleniom mieszkańców.

Współczesność: Dziedzictwo, które trwa pod znakiem „Nowej Ornety”

Transformacja ustrojowa po 1989 roku i brutalne realia wolnego rynku doprowadziły do upadku lub restrukturyzacji wielu państwowych gigantów. Los ten dotknął również ornecką fabrykę, jednak jej robotnicze i metalurgiczne tradycje okazały się silniejsze niż kryzys. Zakład sprywatyzowano, a produkcję przeorganizowano. Najpierw przedsiębiorstwo funkcjonowało jako Fabryka Śrub i Elementów Złącznych w Ornecie, by ostatecznie przekształcić się w działającą do dzisiaj spółkę Fabryka Śrub i Elementów Złącznych „Nowa Orneta” Sp. z o.o.. Co najważniejsze dla lokalnej społeczności – w dobudowanych po wojnie halach produkcyjnych przy ul. Dworcowej 2 wciąż słychać szum maszyn i do dziś trwa tam produkcja elementów złącznych.

Architektura, która pamięta Karla Englinga

Najbardziej niezwykłym elementem całej tej układanki jest fakt, że oryginalna, przedwojenna hala fabryczna Karla Englinga wciąż stoi na swoim miejscu. Choć z biegiem lat wymieniono w niej stolarkę okienną, jej konstrukcja architektoniczna przetrwała w praktycznie niezmienionym kształcie. Patrząc na nią od strony ulicy Dworcowej, bez trudu dostrzeżemy charakterystyczną, długą i niską bryłę z regularnymi lizenami (pionowymi pasami na elewacji) oraz – co najważniejsze – oryginalny podłużny pas doświetlający (świetlik dachowy) na szczycie. To podręcznikowy projekt niemieckiej architektury przemysłowej lat 30., stworzony z myślą o doświetlaniu stanowisk z ciężkimi prasami hydraulicznymi.