,,Stacja Wormditt" cz. X - VI A - Forum Ornecianki
Witamy, Gość
Nazwa użytkownika: Hasło: Zapamiętaj mnie
  • Strona:
  • 1

TEMAT:

,,Stacja Wormditt" cz. X - VI A 2023/05/06 13:13 #1

  • Aszok
  • Aszok Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Sekcja historyczna
  • Posty: 409
  • Otrzymane podziękowania: 39
VI A


Piąta C jak wiosenny wicher wpadła do Szkoły Podstawowej nr 2 imienia Jana Bażyńskiego, zamieszała, wymieszała, a po roku wszystko wróciło do dawnego porządku. Znowu byliśmy A.
W szóstej klasie nadal byłem jednym z najniższych uczniów, nadal należałem do wąskiej grupy ,,zdolnych, ale leniwych” i nadal pędziłem żywot beztroskiego urwipołcia.
Po raz pierwszy doczekałem się wyróżnienia, wprawdzie nieformalnego, ale przynoszącego konkretne profity. Chodzi o bibliotekę szkolną. Mieściła się ona na drugim piętrze, w prawym skrzydle budynku szkoły, w samym rogu, od ulicy Warmińskiej. Była autonomicznym królestwem Pani Sokołowskiej. Średniego wzrostu, starsza, siwa jak gołębica pani zakochana w książkach i swojej pracy. Miała lekko wyłupiaste, mądre, brązowe oczy, co jeszcze bardziej upodabniało ją do gołębicy. Mnie kojarzyła się z siostrą czarodzieja Merlina.
W swym królestwie rządziła autokratycznie. Traktowała uczniów poważnie, zawsze chętna by pomóc w wyborze książki, ale również była powiernikiem uczniów z innymi problemami.
Jako monarchini miała też swoją kamarylę – gromadkę uczniów (nie tylko dziewcząt), którzy mogli sobie pozwolić na więcej niż statystyczny syn Kowalskich, czy Nowaków.
Ktoś taki mógł bez pozwolenia wchodzić do części biblioteki, gdzie stały regały z książkami i buszować w nich do woli. Pomagał Pani Sokołowskiej w odnajdywaniu poszczególnych tytułów.
Pupil mógł parzyć sobie herbatę z prywatnych zapasów bibliotekarki.
Pupil zastępował Panią Sokołowską, gdy wychodziła na chwilę, by cos załatwić na terenie szkoły.
Pupil mógł przebywać w bibliotece dowolną ilość czasu. Inni po załatwieniu swoich spraw byli delikatnie odprawiani.
Zazdrościłem trochę tym wybrańcom losu, bo co tu dużo gadać – wśród książek czułem się jak wśród przyjaciół i czasami chętnie posiedziałbym dłużej w tym przybytku.
Któregoś razu, kiedy już wybrałem sobie książki i szykowałem się do wyjścia zapytałem:
- Może mógłbym poukładać na półkach książki, mam trochę wolnego czasu.
Pani Sokołowska zlustrowała mnie swoimi wielkimi oczami zza rogowych okularów, po czym skierowała swój wzrok na moją szczelnie zapisaną kartę biblioteczną (domyśliłem się, że sprawdza, czy dużo książek wypożyczam) i odpowiedziała:
- Dobrze.
Byłem szczęśliwy, ochoczo zabrałem się za wyrównywanie grzbietów książek. Nie leniłem się.
Widocznie moje zaangażowanie znalazło uznanie w mądrych oczach Siostry Merlina, bo za jakiś czas usłyszałem:
- Zrób sobie herbaty młody człowieku, bo pracujesz jakbyś chciał się wykupić od mąk piekielnych.
Tego mi było trzeba – to była moja przepustka do świata książek. Zostałem przyjęty do gwardii przybocznej. Już nie musiałem się spieszyć.
Pani Sokołowska opiekowała się szkolnym kółkiem teatralnym. Jak łatwo się domyślić ,,aktorami” byli uczniowie przygarnięci do biblioteki przez Panią Sokołowską.
Wkrótce i ja otrzymałem propozycję wzięcia udziału w szkolnym przedstawieniu ,,Kopciuszka”.
Nie bardzo nadawałem się do odtwarzania ról pierwszoplanowych, ale herold odegrany przeze mnie zyskał sympatię widzów, koleżanki i koledzy nawet zaczęli tak mnie nazywać.
Dobrze pamiętam mój aktorski debiut, kiedy to objawił się mój dotychczas skrzętnie ukrywany sceniczny talent:
,, Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan Król Jegomość kieruje orędzie:
- Niech Lud pozdrowiony będzie i niech każdy nastawi ucha, i niech każdy uważnie słucha”.
I słuchali. A że mówiłem głośno i wyraźnie, budując napięcie – to mogło się podobać.
Tremy paraliżującej i dławiącej głos w gardle nie przeżywałem, chociaż na co dzień byłem dzieckiem nieśmiałym, a może tak mi się tylko wydawało.
Spektakl został bardzo przychylnie przyjęty przez publiczność. Również ja otrzymałem mnóstwo pochwał.
Od kilku już lat nie chciałem być śmieciarzem, tylko strażakiem.
Zmiana nastąpiła jak mój wujek z Dobrego Miasta – Kazimierz Antonowicz, komendant Zakładowej Straży Pożarnej w Warmińskiej Fabryce Maszyn pokazał mi remizę strażacką. Jak tylko ubrałem na głowę hełm strażacki i wziąłem do ręki toporek, to nic już nie było w stanie zmienić moich preferencji zawodowych.
Do czasu. Do momentu, jak stojąc na szkolnej scenie wraz z koleżankami i kolegami usłyszałem aplauz publiczności. Wtedy to obudziła się moja próżność, doznałem olśnienia i zmieniłem swoje plany zawodowe. Postanowiłem zostać aktorem. Zacząłem występować na szkolnych akademiach, potem w Miejskim Domu Kultury z okazji licznych świąt i uroczystości. Deklamowałem różne wiersze: o robotniczym, radosnym trudzie, o czerwonych sztandarach Rewolucji Październikowej, o kunszcie astronomicznym Mikołaja Kopernika i wiele, wiele innych.
Rodzice nie krytykowali moich planów życiowych, uśmiechając się pobłażliwie. Oni wiedzieli, że dziecięce scenariusze niewiele mają wspólnego z tymi, które pisze życie.

Nie wszystkie rozrywki, które oferowało swoim mieszkańcom małe miasteczko były gratisowe, Istniały też takie, za które trzeba było płacić. W Ornecie funkcjonowały dwa kina. ,,Wojskowe” - ,,Drwęca” (poprzednia nazwa ,,Lotnik”) przy Alei Wojska Polskiego i ,,Żerań”, późniejszy ,,Wrzos”, na końcu ulicy Mickiewicza, za posterunkiem milicji obywatelskiej, a przed rzeźnią miejską. Oba cieszyły się zainteresowaniem lokalnej społeczności, szczególnie wtedy, gdy na ekranach pojawiały się bestsellery filmowe, zarówno rodzime, jak i zagraniczne. Jednych i drugich nie brakowało, kino przeżywało wtedy swój ,,złoty okres”. Do tego stopnia, że po bilety na wybrane filmy trzeba było się zgłaszać do ,,koników” – tak wtedy nazywano osoby sprzedające po zawyżonych cenach bilety.
Z biegiem lat, po spadku popularności kina nazwę tę przejęli panowie trudniący się sprzedażą obcych walut pod ,,Pewexami”.
Kino stało się naszą pasją. Do tego stopnia, że nie było takiego filmu, którego byśmy nie obejrzeli. Oczywiście oprócz tych, które były przeznaczone dla zmysłów widzów dorosłych. Bileterzy byli w tej kwestii bardzo skrupulatni, bardziej niż osoby sprzedające papierosy i alkohol. Przy najmniejszych wątpliwościach, bez okazania dowodu osobistego delikwent nie miał prawa legalnie wejść do sali kinowej. Co innego nielegalnie. Bardzo popularne było wchodzenie ,,na gapę”, czyli bez posiadania ważnego biletu.
Bilety były drogie. Na seans filmu zwyczajnego, czarno-białego i kolorowego wąskoekranowego bilety kosztowały 5 i 6 złotych . Na filmy panoramiczne – 8 i 9 zł. Za obejrzenie superprodukcji trzeba było zapłacić 12, lub 14 złotych. Kogo było stać na wydawanie codziennie takich kwot? Nas na pewno nie. Szlifowaliśmy więc nasze umiejętności i doskonaliliśmy się we wspomnianym procederze.
Mieszkańcy Ornety od zawsze dzielili się na tych sprzed rzeki i na tych zza rzeki. Zza rzeki byli ci, co mieszkali po jej drugiej stronie, nie ważne której. Więc my byliśmy sprzed rzeki i do wojskowego kina ,,Drwęca” mieszczącego się wraz z Garnizonowym Klubem Oficerskim w przedwojennym Domu Parafialnym Parafii Protestanckiej mieliśmy bliżej, przeto częściej korzystaliśmy z jego usług.
Nasze kino było nowsze od tego zza rzeki i szybciej trafiały tu nowe filmy. Ornecka jednostka wojskowa podlegała pod Warszawski Okręg Wojskowy, tą też drogą trafiały do nas filmy ,,jeszcze ciepłe”. Zdarzało nam się często oglądać filmy, których jeszcze nie widzieli bywalcy kin miast wojewódzkich.
Łatwiej też było wyprowadzić w pole ,,naszą” bileterkę, panią Karuzelską, niż starego wyjadacza pana Chińczyka, steranego życiem emeryta, który był bileterem w kinie ,,Żerań”.
Metod wejścia na gapę było wiele. Najprostszą i najpospolitszą było schowanie się gdzieś w sali kinowej przed rozpoczęciem seansu filmowego i wmieszanie się w tłum po wejściu posiadaczy biletów. Można było też korzystając z roztargnienia biletera przemknąć obok niego w trakcie wpuszczania ludzi na seans. Niezłym sposobem było pozyskanie biletu od kolegi, który legalnie wszedł na salę (przez szparę w drzwiach wyjściowych) i okazanie go bileterce z informacją: ,,byłem w toalecie”, pod warunkiem, że z sali wychodzili jacyś ludzie do toalety. Albo ukrycie się w tymże przybytku, odczekanie aż bileterka, pani Karuzelska, właścicielka piskliwego głosu i okazałego koka w kolorze świeżej smoły gdzieś się oddali i zostawi otwartą drogę do jaskini X muzy.
Nie zawsze udawało się wejść na gapę, czasami byliśmy demaskowani i wyprowadzani z kina, co wiązało się z publicznym zdemaskowaniem i nie było powodem do dumy.
Nie ustawaliśmy więc w trudzie, by znaleźć taki sposób, który zawsze zapewni nam wejście na film ,,za friko”. W końcu wymyśliliśmy. Zaczęliśmy sami ,,preparować” bilety do kina. Jak to się odbywało? Ano, wszystkie bilety miały taką samą szatę graficzną, różniły się jedynie czerwonym nadrukiem z ceną. Każdy posiadał kontrolkę, która była oddzierana przez osobę wpuszczającą. Obok biletera stała zawsze wysoka popielniczka, służąca za pojemnik na kontrolki. Jak już bileterka uzbierała garść kontrolek, to umieszczała je w e wspomnianej popielniczce. Wystarczyło tylko zabrać je stamtąd, poprosić po seansie o kilka zużytych biletów wychodzących z kina i można było działać.
Żelazkiem prasowaliśmy bilety i kontrolki, następnie dopasowywaliśmy odpowiednie kawałki papieru i tworzyliśmy nowe bilety. Ważne było, żeby umiejętnie podkleić kontrolkę do biletu, lub odwrotnie. Żyletką delikatnie zacieraliśmy miejsce sklejenia od tyłu - w półmroku panującym przy wejściu do kina było ono prawie niewidoczne. Wprawdzie na każdym bilecie była wyraźnie wybita stemplem data, ale bileterka nigdy tego nie sprawdzała. Każdy z nas dysponował zapasem biletów z różnymi cenami na wszystkie filmy.
Nie szliśmy do kina tylko wtedy, gdy wszystkie bilety były sprzedane, bo nie mielibyśmy gdzie siedzieć. Nikomu nie zdradziliśmy naszej metody, chociaż nieraz świerzbiał język, by pochwalić się przed innymi. Żaden z nas nigdy nie został zdemaskowany przy jej stosowaniu. Potrafiliśmy dochować tajemnicy, byliśmy lojalni i dbaliśmy o nasz wspólny interes.
Nieświadomie stworzyliśmy alternatywę dla klasycznego modelu grup funkcjonujących wśród nastolatków. Standardowo taką grupę stanowiło kilka, lub kilkanaście małolatów pod przywództwem charyzmatycznego, starszego o kilka lat ,,szefa”, ,,dowódcy”, ,,kapitana” – czyli lidera.
My wyłamaliśmy się z kanonu. Nasza ogródkowa diaspora zaowocowała stworzeniem trójprzymierza. Nie było u nas szefa, każdy miał takie samo prawo głosu i o dziwo nie próbowaliśmy tworzyć żadnych koalicji. Kwestie sporne rozwiązywaliśmy głosując.
Oczywiście czynnie uczestniczyliśmy w życiu Kwiatowej, byliśmy dumni, że tu mieszkamy i gotowi do wszelkich akcji służących umacnianiu więzi między jej młodymi mieszkańcami.
Młodzi ludzie z Kwiatowej raczej żyli ze sobą w zgodzie. Rzadko dochodziło do konfliktów kończących się siłowym rozwiązaniem. A jeśli już do takiej konfrontacji dochodziło, to odbywało się to zgodnie z niepisanym kodeksem. Animozje nie trwały zbyt długo – szkoda było czasu na obrażanie się i strojenie fochów. Rozbite nosy i siniaki szybko się goiły.
Świeże powietrze, wilcze apetyty, godziny spędzone na osiedlowych trzepakach i w lasach umożliwiły nam uzyskanie nieprzeciętnej sprawności fizycznej i kondycji. Podciąganie się na rękach na trzepaku, wymyki, odmyki, wagi – były dla nas chlebem powszednim. (Co dzisiejszy nastolatek mógłby zaprezentować na drążku oprócz prawidłowego zwisu. Rękę dam uciąć wraz z moim ulubionym ,,Timexem”, że nie każdy z nich byłby w stanie utrzymać się w zwisie przez kilkanaście sekund).
Mniej więcej w tym czasie zrozumiałem, że gwiazdorem piłkarskim nie zostanę. Zmieniłem swoje podejście do gry po bardzo przykrym dla mnie incydencie, kiedy to w bardzo ważnym meczu uparłem się, że będę egzekutorem rzutu karnego. Koledzy nie chcieli się na to zgodzić, twierdząc, że nie strzelę gola, ale mój upór zwyciężył. Graliśmy wtedy na naszym osiedlowym boisku. Było nierówne, wyboiste. Ustawiłem piłkę w wymaganej odległości od bramki, wziąłem solidny rozbieg mając w zamiarze wbić futbolówkę do bramki wraz z bramkarzem, pokazując tym samym niedowiarkom, na co mnie stać i ruszyłem. Podbiegłem szybko i uwalniając całą zmagazynowaną energię kopnąłem. Nie wiem, co by było z bramkarzem gdybym… trafił w piłkę. Trafiłem tuż przed, w wystającą, zeschniętą na kamień nierówność. Trampek nie zamortyzował uderzenia. Potworny ból dużego palucha w stopie przyćmił skutecznie wstyd i poniżenie. Nie słyszałem nawet salw perlistego śmiechu kolegów, którzy tak jak ja tarzali się po ziemi.
Myślałem, że koledzy do końca życia będą mi o tym zdarzeniu przypominać, ale na moje szczęście wkrótce po tym niejaki ,,Goryl” dokonał na boisku czegoś, co całkowicie przyćmiło mój wyczyn.
Otóż strzelając z odległości około metra do pustej, pełnowymiarowej bramki nie trafił. Piłka jakimś cudem poszybowała do góry, uderzyła w poprzeczkę i nie wylądowała w siatce. Nikt z obecnych nie chciał uwierzyć w to co ujrzeliśmy. Przez kilka godzin próbowaliśmy powtórzyć wyczyn ,,Goryla”. On też. Nikomu się nie udało. Nawet mnie.
Nasze zabawy wymagały kreatywności, działania zespołowego, kondycji fizycznej. A niektóre cholernej odwagi, graniczącej z brawurą i lekkomyślnością. Najbardziej ekstremalne i najbardziej ryzykowne były ,,zabawy” na moście kolejowym w okolicach podorneckiej wsi Drwęczno.
Stary most zbudowany ze stali z fabryk Kruppa był od zawsze magnesem przyciągającym amatorów ryzykownych rozrywek. Metalowa konstrukcja mostu oparta była na kilkunastometrowych betonowych podporach rozmieszczonych po obu stronach rzeki.
Już samo przejście tym mostem sprawiało, że pojawiał się dreszczyk emocji – most był umieszczony kilkanaście metrów nad ziemią, w dole płynęła leniwym nurtem Drwęca Warmińska, a zawsze wiejący (jak na Darginie) wiatr emocje podkręcał.
Byli i tacy, których paraliżujący strach za żadne skarby tego świata nie była w stanie zmusić do przejścia mostem na drugą stronę.
Nas nie interesowało chodzenie po moście, jeśli już, to raczej chodzenie po poręczach balustrad mostu. Wygrywał ten, który przeszedł najdalej po wąskiej, kilkucentymetrowej szerokości poręczy bez żadnej asekuracji. Rekordzista dochodził do połowy długości mostu, czyli kilkadziesiąt metrów.
Następna ,,konkurencja” wymagała pracy w teamie. Stalowa konstrukcja mostu oparta była na kilkunastometrowych betonowych podporach po obu stronach rzeki.
Równie popularną rozrywką była gra w berka pod mostem – gonienie po kratownicach, wspornikach i wąskich kładkach dostarczało maksimum wrażeń. Było zajęciem bardzo ryzykownym, o czym przekonał się jeden z nas – Mirek ,,Deresz”, który w czasie gry stracił równowagę i spadł z mostu. Miał na tyle szczęścia, że wylądował w rzece, woda zamortyzowała jego upadek i skończyło się ,,tylko” na złamaniu obu nóg. Tym razem Opatrzność nad nim czuwała. (Nie miał szczęścia kilka lat później, kiedy jako kierowca ,,Żuka” wiózł z wiejskiej zabawy dziewięcioro nastolatków. Ani on, ani oni. Wszyscy zginęli, kiedy furgonetka uderzyła w przydrożne drzewo)
Na szczęście takie przykre incydenty zdarzały się rzadko i tym samym mogliśmy cieszyć się naszą niczym nie skrępowaną młodością. Niech sobie nie myślą wszelkiej maści skandalizujący pseudoartyści, że robiąc z siebie idiotów, by choć na chwilę zabłysnąć tworzą coś nowego, wyjątkowego. Przed nimi było wielu im podobnych. Wśród nas również.
Pewnego razu Mirek ,,Chmiel”, za wszelką cenę pragnący stworzyć coś prekursorskiego ,,rzucił propozycję”:
- Wysram się z krawędzi betonowej podpory mostu jak ktoś mi pomoże.
Potrzebował kogoś, kto go przytrzyma, kiedy będzie tworzył swój ,,happening”. Oczywiście znaleźli się chętni, którzy przytrzymali go za ręce, kiedy wychylony za krawędź w trakcie karkołomnej defekacji oddawał wytwory swojej sempiterny na pastwę grawitacji. Żelazne miał nerwy, bezgraniczne zaufanie do kolegów i posłuszny jego woli zwieracz ten nasz Mirek ,,Chmiel”.
Za jego przykładem poszli inni, ale ze względu na skalę trudności, tudzież inne aspekty lista ,,bohaterów” imponująca nie była.
Ekstremalne rozrywki to oczywiście tylko fragment szerokiego spektrum naszych sposobów spędzania wolnego czasu. Większość z nich była bezpieczna i akceptowana przez naszych opiekunów.
My też graliśmy w klasy, dwa ognie, ciuciubabkę, raz dwa trzy – Baba Jaga patrzy, pikera, palanta, podchody i wiele, wiele innych gier. Ale te nie zawsze dostarczały nam dostatecznej ilości wrażeń, stąd też nasze zainteresowanie ryzykownymi rozrywkami.
Ciekawym aspektem socjologicznym były relacje między ,,cywilami” i ,,wojskowymi”, bo sąsiedztwo czasami bywało kłopotliwe. Dla obu stron.
Mieszkańcy Osiedla Dąbrowskiego, nazywanego przez nas ,,trepowskim" żyli w specyficznej diasporze.
Cała dorosła, męska część populacji tego ,,mikroregionu” zatrudniona była w jednej ,,firmie”. Ludowe Wojsko Polskie dbało o to, by nie afiszować się zbytnio ze swoją działalnością - z przyczyn nie wymagających wyjaśnień. Dlatego też wojskowi nawet po pracy spędzali czas razem. Podobnie ich rodziny.
Wojskowi z rodzinami mieli zakaz uczęszczania do kościoła. Byli wprawdzie tacy, co go ignorowali, ale nie zagrzewali oni na długo miejsca w jednostce, a już na pewno w swoich plecakach nie nosili buław marszałkowskich.
Mieli też swoje miejsce na rozrywkę z wyszynkiem. Garnizonowy Klub Oficerski kusił swoimi walorami. Ceny trunków i ,,zagrychy” były powodem zawiści cywilów – z niezrozumiałych względów wódka na przykład, była tam tańsza niż w sklepie monopolowym.
Co sobotę (ku zgorszeniu ortodoksów również w okresie wielkiego postu i adwentu) w GKO odbywały się dancingi. Oczywiście tylko dla wojskowych i ich dam.
Szeroką strugą płynący alkohol często uwalniał drzemiącą w naszych obrońcach granic ułańską fantazję i szwoleżerską swadę. Opowiadano później po kątach jak to kapitan Iks stając w obronie cnoty żony porucznika Igreka, z tymże Igrekiem stawał w szranki. Dobrze, że obaj mieli mocno w czubach a trafić z ,,tetetki” nawet po trzeźwemu nie jest tak łatwo.
Takie i mniej honorowe pojedynki wcale nie należały do rzadkości między wojskowymi, a ich ilość gwałtownie wzrosła, gdy pewnego razu nasz kolega ,,Geminus” znalazł w śmietniku na ,,trepowskim" osiedlu plik zdjęć, na których utrwalono sceny igraszek między roznegliżowanymi paniami i panami. Jakość tych fotek przedstawiała wiele do życzenia, ale też wiele przedstawiały.
Jeżeli osoba, która je wyrzuciła do śmietnika liczyła na to, że nie dostaną się one w nieodpowiednie ręce to się zawiodła. Zdjęcia rozeszły się między ludźmi szybciej niż pierwszomajowy nakład ,,Prawdy” wśród moskwian.
Ktoś z oglądających rozpoznał znajomą twarz, jedna z wojskowych żon rozpoznała charakterystyczny szczegół anatomiczny jej męża i zaczęło się.
Poszły w ruch pięści i uzbrojone w polakierowane, ostre pazurki drobne damskie dłonie, co gorliwsi chwycili za oręż. Personel miejscowego pogotowia ratunkowego miał pełne ręce roboty.
Dawni przyjaciele stawali się najzacieklejszymi wrogami. Niegdysiejsze koleżanki ,,brały się za kudły”, szły w ruch czubki pantofelków. Nie brakowało też pojedynków ,,mieszanych”. Czarne chmury gromadziły się nad ,,trepowskim" osiedlem. Afera zataczała coraz szersze kręgi. Garnizonowy Klub Oficerski świecił pustkami. W sobotę, pierwszy raz od wielu lat nie odbył się dancing – nie było chętnych.
W końcu sprawa ucichła, ci co mogli – wybaczyli. Tym, co nie potrafili wybaczyć, odbijało się żółcią jeszcze przez wiele lat. Życie z czasem powróciło na swoje normalne tory.
Wprawdzie nikt o takim zakazie głośno nie mówił, ale dzieci wojskowych niechętnie spędzały czas z nami – cywilami. Chociaż spotykaliśmy się, czy to na placach zabaw, czy na boisku, czy na lodowisku – raczej nie bawiliśmy się razem. Mimo tego, że znaliśmy się ze szkoły, czasem nawet uczyliśmy się w tych samych klasach.
W wojskowym bloku naprzeciwko tego, w którym mieszkałem późną jesienią zorganizowano coś w rodzaju klubu-świetlicy dla dzieci i młodzieży. W piwnicy. Gdy tylko się o tym dowiedzieliśmy zjawiliśmy się, by się rozejrzeć.
Wnętrze było schludne, do dyspozycji dzieciaków było sporo gier planszowych i zabawek. Panowała radosna atmosfera, z adaptera dobiegała muzyka. Gwar ucichł gdy weszliśmy, domyśliłem się, że nie zabawimy tu dłużej. Spojrzenia małolatów to potwierdzały. Pełne zdziwienia, dezaprobaty, a nawet wrogości. Po kilku dosłownie minutach zjawił się jeden z rodziców i poprosił nas grzecznie, ale stanowczo o opuszczenie ,,lokalu”. Nie było rady, trzeba było opuścić to przytulne miejsce ,,na tarczy”, z nosem na kwintę. Przyjemne to nie było, niestety.
W ramach rekompensaty jeden z kolegów - ,,Malin” zaproponował:
- Pieprzyć ich! Chodźcie ze mną do kotłowni.
Propozycja była kusząca, choć dla mnie ryzykowna. Kotłownia mieściła się w bloku w którym mieszkałem, w podziemiach pierwszej klatki schodowej. Konwencjonalnie, czyli przez drzwi można było się tam dostać na dwa sposoby: głównym wejściem po stromych schodach usytuowanych prostopadle do ściany bloku, albo wyjściem awaryjnym, rzadko używanym znajdującym się w piwnicy pierwszej klatki schodowej. Niekonwencjonalnie było to możliwe albo przez szyb, którym windą wywożono popiół i żużel, lub przez metalowe zasuwy (takie jak przy kanalizacji), którymi wrzucano opał do magazynu, który mieścił się poza zarysem budynku.
Kotłownia była dla nas kuszącym obiektem zainteresowania od dawna. Jednocześnie baliśmy się jej. Chyba od czasu jak po awarii sieci wodociągowej została zalana. Woda sięgała prawie pod włazy magazynu. Krążyły plotki, że ktoś się utopił w trakcie tej awarii, zatrwożeni rodzice zaklinali nas na wszystkie świętości byśmy ani na krok nie zbliżali się do tego niebezpiecznego miejsca.
Teren nad magazynem opału był wyasfaltowany i służył nam za boisko, lub plac zabaw. Ciężkie stalowe zasuwy skutecznie broniły dostępu do tajemnic, które każdy z nas chciał poznać. Tylko od czasu do czasu, kiedy wywrotkami dowożono węgiel, by uzupełnić magazynowe zapasy zasuwy były otwierane. Mogliśmy wtedy tam zajrzeć. Ale niewiele było widać – tylko leżący kilka metrów niżej węgiel.
Dlaczego propozycja ,,Malina” była dla mnie ryzykowna ? Ano, było to dwa lata temu, latem. Wałęsałem się koło bloku czekając aż któryś z kolegów wyjdzie z domu. Na moje nieszczęście nikt się nie zjawiał. Zastanawiałem się co robić z tak pięknie rozpoczętym słonecznym porankiem dniem, kiedy usłyszałem podjeżdżającą na nasze boisko wywrotkę z węglem. Kierowca specjalnym hakiem usunął ciężką zasuwę i ustawił auto tak, by spadający węgiel trafił bezpośrednio do otworu. Zazwyczaj robił to palacz, który aktualnie pełnił dyżur. Potem wrzucał węgiel i zamykał właz. Tym razem było inaczej. Zaczął się ,,spektakl”, któremu zawsze przyglądałem się z niesłabnącym zainteresowaniem. Kierowca wsiadł do szoferki, silnik zaczął pracować na zwiększonych obrotach. Po chwili skrzynia z węglem drgnęła i powoli, milimetr po milimetrze zaczęła podnosić się. Gdy osiągnęła punkt krytyczny umieszczony na pace węgiel z hukiem przypominającym grzmoty otworzył klapę i osunął się do otwartego włazu. Towarzyszyła temu chmura węglowego pyłu, która po chwili opadła. Wywrotka odjechała, a ja odprowadziłem ją wzrokiem obserwując jak skrzynia płynnie wraca na swoje miejsce a klapa posłusznie się zamyka.
Mogłem zajrzeć do środka, ale żeby to zrobić musiałem dostać się do otworu. Nogami odzianymi w sandały wepchałem przeszkadzający węgiel do środka. Okazało się, że z tego co dostało się do środka utworzyła się całkiem spora piramida. Na tyle wysoka, że bez problemu można było na jej szczyt dostać się przez właz. Z takiej okazji grzech nie skorzystać. Decyzja była jak zwykle błyskawiczna. Rozejrzałem się, czy nikt mnie nie obserwuje i po chwili byłem już wewnątrz. Obserwowałem jak szczyt piramidy obniżył się po tym jak na nim wylądowałem. Teraz jeszcze mogłem się wycofać, sięgałem rękoma za krawędź włazu, ale przecież nie o to chodziło. Wszak wszystkie tajemnice kotłowni stały przede mną otworem. Dosłownie i w przenośni. O tym od dawna marzyłem. Kiedy zsuwałem się na dół piramida jeszcze bardziej się osunęła. Z duszą na ramieniu rozpocząłem peregrynację. W kotłowni panował półmrok, przez brudne, okratowane okna do środka przedostawało się niewiele światła. Z zainteresowaniem obejrzałem dwa olbrzymie piece z wielkimi pustymi i zimnymi latem paleniskami. Oczami wyobraźni widziałem je buchające piekielnym ogniem zimą. Bo kotłownia czynna była tylko w sezonie grzewczym. Z zainteresowaniem oglądałem ciężkie, metalowe grace służące prawdopodobnie do grzebania w rozżarzonych węglach. Trochę mi to przypominało kuźnię Baczyny. Zaglądałem do wszystkich pomieszczeń, które nie były zamknięte na klucz. Lęk i strach znikły - wszystko było takie tajemnicze, nowe, ciekawe. Nie przeszkadzało mi, że wszędzie był kurz i brud.
Kiedy już zaspokoiłem swoją ciekawość w stopniu zadowalającym postanowiłem wrócić na powierzchnię, tym bardziej, że w podziemiach było dosyć chłodno, mimo lata na zewnątrz. Ze zdziwieniem i zaniepokojeniem stwierdziłem, że nie będzie to takie proste. Stojąc na szczycie piramidy węgla nie dostawałem do krawędzi włazu. Mój niepokój wzrósł, pojawiła się panika. Co robić, co robić ? - myślałem chaotycznie. Dosypanie węgla na szczyt piramidy, by ją podwyższyć było niewykonalne - za wysoko by dorzucić tam olbrzymią łopatą, która była na wyposażeniu kotłowni. Ustawienie czegokolwiek (pomyślałem o krzesłach stojących w pomieszczeniu socjalnym palaczy) na stercie węgla też nie było dobrym pomysłem. Wołać o pomoc? Bezsens. Musiałem się uspokoić, by zacząć myśleć logicznie. Poszedłem więc najpierw do obskurnej łazienki i napiłem się zimnej, orzeźwiającej wody. Potem usiadłem na chwilę na kiblu i … znalazłem rozwiązanie.
Wystarczy do krawędzi otworu przystawić długą gracę i po niej wspiąć się do wyjścia. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Kiedy już miałem zacząć swą wspinaczkę, kiedy już prawie czułem ciepłe promienie słońca na swojej skórze usłyszałem zbliżający się warkot ciężarówki. Pomyślałem sobie, że w samą porę, zabrałem szybko ciężką gracę i czekałem na podwyższenie piramidy węgla, bym mógł bez problemów opuścić ,,kazamaty”. Nie czekałem długo, po kilkudziesięciu sekundach najpierw usłyszałem, a potem zobaczyłem sypiący się węgiel. Niestety, sypnęło jak z rogu obfitości. Wpadające z góry czarne bryły najpierw rozsypały się na boki piramidy, potem uniósł jej szczyt, aż w końcu całkowicie zasypały okrągły otwór w górze i zapanowała ciemność. W nosie i ustach poczułem miał węglowy. Nie miał żadnego smaku. Wraz z nastaniem ciemności żelazna obręcz strachu złapała mnie za gardło jak wściekły Czeczen. Moim ciałem wstrząsnął dreszcz, jakby mnie trzyfazowy prąd poraził, włosy stanęły dęba. Przestałem oddychać.
- Jezu, co teraz będzie – usłyszałem po chwili wydobywający się z moich ust żałosny skowyt i natychmiast popłynęły z moich oczu łzy. Lały się bardzo obfici, mimo że tak naprawdę, to nie płakałem i nie chciałem płakać. Rzuciłem się na stertę węgla i rękoma zacząłem chaotycznie zgarniać bryły węgla. Nie trwało to długo, po chwili poczułem ból w lewej dłoni i palce zrobiły się lepkie. Wiedziałem, ze się skaleczyłem, to ostudziło mój zapał. Zranioną, zakrwawioną ręką niewiele zdziałam. Zmusiłem się do zaprzestania bezsensownej grzebaniny. Poszedłem na górę, do pomieszczenia socjalnego, wiedziałem, że jest tam apteczka (wcześniej zdążyłem nawet do niej zajrzeć). Pamiętałem, że oprócz czterech kieliszków do wódki był tam też bandaż i woda utleniona. Na szczęście uraz nie był poważny. Umyłem ręce, przelałem ranę wodą utlenioną, zrobiłem sobie prowizoryczny opatrunek i jedno tylko pytanie kołatało mi się pod czaszką – co dalej?
Miałem do wyboru dwa rozwiązania. Pierwsze – wołać o pomoc, najlepiej przez drzwi wyjścia awaryjnego, które na moje nieszczęście były zamknięte na kłódkę. Drugie – poczekać spokojnie aż ktoś przyjdzie do kotłowni i wtedy chyłkiem się wymknąć na zewnątrz.
Uświadomiłem sobie, że w obecnym stanie przez gardło by mi nie przeszło wołanie o pomoc. Moja sytuacja była wprawdzie zła, ale nie beznadziejna. Pozostało więc czekanie. Musiałem przyczaić się w pobliżu drzwi wejściowych, tak by mnie wchodzący nie zauważył, bo to prawdopodobnie zakończyłoby się przykrymi konsekwencjami. Gdybym wiedział ile to czasu potrwa, to bym chyba jednak zdecydował się na poniżające wołanie ,,ratunku”. Czekałem bardzo długo, wydawało mi się, że pół wieczności. W międzyczasie rozgrzewałem się biegając wkoło pieców, doprowadziłem się do jako takiego porządku, jak mogłem oczyściłem swoje ubranie, umyłem nawet nogi. Wiedziałem, że jak wrócę do domu po tak długiej nieobecności, to będę skrupulatnie przepytany.
Za dużo czasu upłynęło, żebym ,,opędził się” byle czym. Musiałem wymyślić taką wersję, która uchroni mnie przed nieuchronnym. Czasu wszak miałem pod dostatkiem. I jeszcze trochę. Niestety, żaden rewelacyjny pomysł nie przychodził mi do głowy. Im więcej czasu mijało, tym mniej miałem możliwości wymyślenia czegoś przekonującego. Mogłem powiedzieć prawdę, wtedy podobno lania bym nie dostał. Ojciec zawsze nam powtarzał:
- Powiesz prawdę, lania nie będzie.
Ale my mu nie wierzyliśmy. I dostawaliśmy lanie. Za kłamanie. Ojciec, może nie był mistrzem intelektu, ale zawsze bezbłędnie zgadywał kiedy kłamaliśmy.
Kiedy już utraciłem wszelką nadzieję, że ktokolwiek zjawi się, by mnie uwolnić z tej beznadziejnej sytuacji usłyszałem dudniące głosy na schodach. Serce zaczęło mi bić jak zwariowane, stałem przyczajony za winklem czekając na rozwój wypadków. W końcu ciężkie, metalowe drzwi otworzyły się ze zgrzytem i usłyszałem tubalny bas:
- Romek, jak ja bym tego skurwysyna dorwał w swoje łapy, to bym mu giczoły z nerkami powyrywał.
Już po mnie pomyślałem – jakimś cudem dowiedzieli się, że tu jestem. Wmurowało mnie w betonową posadzkę kotłowni. Po chwili zrozumiałem, ze to nie o mnie chodziło, bo usłyszałem jak skierowali się na lewo, w stronę schodów do pomieszczenia socjalnego. Na szczęście wchodzący nie zamknęli drzwi na klucz. Nadzieja rozmiękczała paraliż przerażenia. Odczekałem jeszcze chwilę, z całej siły naparłem na metalowe drzwi, a kiedy ustąpiły jak z katapulty śmignąłem na górę. Nikt chyba jeszcze tak szybko nie pokonał tych stromych schodów.
Ze zdziwieniem zauważyłem, że wcale nie jest tak późno jak mi się wydawało. Dopiero teraz poczułem wilczy apetyt i nie obawiając się poważniejszych reperkusji wpadłem jak burza do domu. Na wszelki wypadek, by uniknąć jakichkolwiek podejrzeń zdjąłem z ręki bandaż. Apetyczne aromaty wskazywały jednoznacznie, że na obiad będzie coś smacznego. Rodzice byli w kuchni. Gdy na mnie spojrzeli, to w ich oczach zobaczyłem coś, co mi powiedziało, że zanim zasiądę do stołu, to czeka mnie coś bardzo nieprzyjemnego.
- A gdzieś ty był ? – z nutą enigmatycznego zdumienia zapytał ojciec.
- Aaaa, u kolegi – odpowiedziałem wymijająco. – Obiad jest ?
- Hola, hola, nie tak szybko – zmitygował mnie ojciec. – A co tam robiłeś?
- Graliśmy w piłkę – odpowiedziałem rezolutnie.
- Na przodku ? – zapytał z głupia frant ojciec.
- Co ?
- A w kotłowni nie byłeś ? - dodał.
- A skądże znowu, absolutnie.
- Więc będziesz wiedział, za co dostajesz lanie – zakończył rozmowę i sumiennie wypełnił swój ojcowski obowiązek. Skąd on do cholery to wiedział? To przecież niemożliwe. Istny Sherlock Holmes - nie mogłem się nadziwić inkasując co mi należne. Jak skończył i powiedział spokojnie:
- Idź się umyć.
Gdy dotarłem do lustra zrozumiałem. Zobaczyłem tam ,,Murzynka Bambo” z dwiema jasnymi, pionowymi kreskami biegnącymi po policzkach.
Dlatego propozycja ,,Malina” była dla mnie ryzykowna. Była też na tyle atrakcyjna, że nie zastanawiałem się długo i po kilku minutach byliśmy już w kotłowni. Okazało się, że służbę tego wieczora ma ,,Żywiec”, do którego ,,Malin” zwracał się per ,,wujek”. Był jego sąsiadem, a skąd ksywa to chyba tłumaczyć nie muszę. Był w dobrym humorze, po kilku swoich ulubionych ,,browarkach”, poproszony pokazał nam całą kotłownię, wytłumaczył działanie poszczególnych urządzeń, mogłem więc uzupełnić swoją wiedzę na temat jej funkcjonowania. Pokazał nam jak się wrzuca do rozżarzonego pieca węgiel, jak się rusztuje, jak wydobywa popiół i szlakę. A że byliśmy chętni do pomocy, to pozwolił nam sprawdzić się jako pomocnicy. Wyszło to nam nie najgorzej, on też był zadowolony, że nie musiał tego robić sam. Na koniec upiekliśmy w popielniku ziemniaki, które smakowały prawie tak samo jak te pieczone w ognisku i w ten oto sposób zrekompensowaliśmy sobie nieprzyjemny incydent z piwnicy bloku vis a vis. Nawiązaliśmy też nową, interesującą znajomość, dzięki której mogliśmy w bardzo ciekawy dla nas sposób spędzać niektóre jesienne i zimowe wieczory. Dzięki znajomości z ,,Żywcem” poznaliśmy też innych palaczy. Nie wszystkim podobało się towarzystwo małolatów, ale większość z nich była do nas nastawiona przychylnie i pozwalała nam na przebywanie w kotłowni.
Incydent w klubie-świetlicy, na pozór błahy i bez znaczenia miał jednak swoje poważniejsze następstwa. Stosunki z ,,wojskowymi” uległy pogorszeniu, a kotłownia stawała się powoli wieczornym centrum rozrywkowym (w sezonie grzewczym). Ze swoimi zakamarkami, tajemniczymi pomieszczeniami i olbrzymia kubaturą była idealnym miejscem do zabawy w chowanego. Piec służył nam do przyrządzania różnych, coraz wymyślniejszych potraw. Zaczęło się od pieczonych ziemniaków, potem były pieczone kiełbaski, potem kradzione okolicznym gospodyniom kurczaki i kury. Raz nawet upiekliśmy ukradzioną pewnemu kapitanowi gęś kruszejącą na parapecie jego okna. Nie był to jednak szczyt kulinarnych możliwości i egzotyki w kategorii ,,potrawa z kotłowni”. Tu prym wiódł niejaki ,,Ynio”, który ustawił poprzeczkę baardzo wysoko - w kotłowni, w której pracował (za rzeką) łabędzia ,,Kubusia”, wieloletniego ,,mieszkańca” orneckiego jeziora życia pozbawiwszy w piecu upiekł i skonsumował.
  • Strona:
  • 1