Mieczysław Łuksza - ,, Tel Awiw" cz. 2 - Forum Ornecianki
Witamy, Gość
Nazwa użytkownika: Hasło: Zapamiętaj mnie
  • Strona:
  • 1

TEMAT:

Mieczysław Łuksza - ,, Tel Awiw" cz. 2 2024/04/19 18:00 #1

  • Aszok
  • Aszok Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Sekcja historyczna
  • Posty: 404
  • Otrzymane podziękowania: 39
Kiedy się obudziłem było ciemno. Leżałem w ubraniu na swoim tapczanie, łeb mi pękał, w ustach miałem szambo. Nie wiedziałem, czy to wieczór, czy trzecia część nocy? Wiedziałem natomiast, że jest antidotum na moje dolegliwości - napić się wódki. Skąd wiedziałem? Może wyssałem to z mlekiem matki, albo odziedziczyłem to w poskręcanych chromosomach DNA, a może to odruch bezwarunkowy? A może warunkowy? Nieważne. Ważne, że jest prosty sposób, by nie cierpieć. Z nadzieją i niepokojem wcisnąłem włącznik lampki nocnej, światło obudziło stado wrednych owadów w mojej czaszce. Myślałem, że mi ją rozwalą od środka. Po chwili odzyskałem wzrok i się uśmiechnąłem – w jednej z butelek stojących na stole zauważyłem zawartość. Wprawdzie było tego niewiele, ale jednak. Starczyło na dwie skromne banieczki. Dobre i to na początek. Ciąg dalszy muszę sobie zorganizować. Spojrzałem na zegarek – wskazówki zatrzymały się na dwójce. Odlałem się, przemyłem twarz zimną wodą, przeczesałem skołtunione włosy. Wciąż miałem na sobie ,,pogrzebową”, zakrwawioną koszulę.
- Dość tego! Koniec żałoby!
Ściągnąłem ją przez głowę, rzuciłem ostentacyjnie w kąt, w szafie znalazłem jakiś sweter i po chwili byłem gotów do wyjścia. Schodząc po schodach spotkałem sąsiada – Romeczka, który z wypisanym na twarzy wysiłkiem wspinał się na swoje piętro.
- Cześć Romeczek, która jest godzina? – zagaiłem. Spojrzał na mnie bardzo zmęczonym wzrokiem i z ociąganiem , jakby mu to sprawiało ogromną trudność odpowiedział:
- Szóósta.
- Ale rano, czy wieczór?
Tego się chyba nie spodziewał. Spojrzał na mnie ponownie, potem na swój zegarek. W jego oczach ujrzałem pustkę. Już myślałem, że się nie doczekam odpowiedzi, ale jednak wybrnął z opresji:
- Szósta w południe.
- Dzięki, Romeczek – zakończyłem nasze bardzo krótkie spotkanie i nie wiedziałem czy parsknąć śmiechem, czy załkać. Chociaż … Wbrew pozorom ta odpowiedź miała swój głęboki sens. Być może on tego nie wiedział, ale … cholera go wie. Miał coś takiego dziwnego w tych swoich ślepiach. Są na świecie rzeczy… Bo tak naprawdę, to jakie to miało teraz znaczenie? Żadnego. Musiałem napić się wódki, bez względu na to, czy to szósta rano, czy wieczór. Czy też w południe. To ze stoickim spokojem przekazał mi mój filozof-sąsiad. Jak często nie zdajemy sobie sprawy z tego, kogo mijamy po drodze, spiesząc się nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co? No, ale nie tym razem. Tym razem to ja dobrze wiedziałem po co. Nie znałem jeszcze odpowiedzi na pytanie - gdzie? Ale z tym też nie było problemu. Jeśli to wieczór, to do ,,Zanzibaru”. Jeśli przedświt, to albo do Szkapy, albo do Rózi.
Szkapa - emerytowany złodziej (tak siebie nazywał), wychowanek legendarnego lwowskiego speca od skubania –Igora, prowadził bardzo specyficzny ,,lokal”. Jego klientelę stanowił ,,element o szemranej proweniencji” – tak bywalców przybytku określił jeden z rokujących wychowanków szczytnieńskiej szkoły orląt milicyjnych. Ten ,,element” to przede wszystkim wielokrotni bywalcy zakładów karnych: Sztumu, Strzelców Opolskich, czy Łęczycy – najcięższych więzień w Polsce. Meta była tylko dla grypsujących. Szkapa, właściciel dużego domu prowadził też rodzaj pensjonatu dla kolegów, którzy po latach wychodzili na wolność i nie bardzo potrafili sobie z nową rzeczywistością radzić. Pomagał im jakoś się urządzić. Mogli tam przez jakiś czas mieszkać i korzystać z jego gościnności. Mieli do dyspozycji kilka pokojów. Może to się wydać dziwne, ale panował tam ład i porządek. (Szkapa nieraz sobie żartował: jak w kryminale)
Obowiązywały rygorystycznie przestrzegane zasady. Przede wszystkim nie było kobiet. Miały zakaz wstępu. Żaden z gości nie miał prawa uderzyć, ani obrazić kogokolwiek, kto u Szkapy przebywał. Priorytetem była zasada pełnej dyskrecji. Nie można było rozmawiać na tematy ,,zawodowe”, dotyczące planów na przyszłość. Grypsujący tworzyli specyficzną enklawę, która funkcjonowała zadziwiająco sprawnie. Każdy, kto był gościem miał prawo korzystać z lodówki i barku, który był zawsze obficie zaopatrzony. Impreza alkoholowa trwała non stop. Kto miał pieniądze płacił, kto nie miał – nie musiał. Szkapa kiedyś, w przypływie szczerości powiedział mi, że takich met jest w Polsce więcej, że istnieje specjalny fundusz z którego są one prowadzone. Nie wiedziałem czy mówi prawdę, czy mnie bajeruje. Wolałem nie pytać o szczegóły, bo kto jak kto, ale kryminaliści bardzo nie lubią ciekawskich. Byłem jednym z niewielu ,,cywilów”, którzy mogli u niego przebywać. Czym sobie na takie przywileje zasłużyłem? Ano byłem zaufanym koleżką Szkapy. A czym sobie na to zasłużyłem? Kto ciekaw, niech spyta Szkapy.
Jednego nie mogłem robić. Nie miałem prawa grypsować. Bardzo się pilnowałem, by będąc nieraz porządnie wstawionym nie palnąć czegoś niestosownego. Nasłuchałem się tego tyle, że znałem gryps lepiej niż niejeden urka. Ryzykowne też było zadawanie pytań. ,,Ludzie” traktowali mnie życzliwie, ale jednak z rezerwą. ,,Meta” była czynna 24 godziny na dobę. Nikt nie zamykał tam drzwi na klucz. Nie było takiej potrzeby. Kto przy zdrowych zmysłach odważyłby się tam wejść? Nawet milicja tam nie zachodziła. Wyglądało to tak, jakby obie strony obowiązywała jakaś tajemnicza umowa.
Choć czułem się wśród nich bezpiecznie, to nigdy jednak swobodnie. Co innego u Rózi. Ona też była właścicielką domu w którym uprzywilejowana klientela mogła coś niecoś wypić, zakąsić, a pojęcie pruderii nie było znane ni właścicielce, ni jej gościom płci obojga. Nawet jeśli kiedyś czułem się nieco skrępowany swobodą tam panującą, szybko się wyzbyłem uprzedzeń i fałszywego wstydu. Obficie lane tam trunki bardzo ułatwiały zadanie. Ten lokal do tanich nie należał. Rózia – ongiś piękność, której ślady mimo upływu lat łatwo było dostrzec, podobno tancerka przedwojennego kabaretu ,,Qui Pro Quo” - złotówki liczyć umiała i do rozrzutnych na pewno się nie zaliczała. Ale była bardzo sympatyczna i bezpośrednia, zatem mało kto żałował pieniędzy zostawionych w jej przybytku. Była też bardzo uczciwa i nie pozwalała, by ktokolwiek, kto w jej progach przebywał był na nieuczciwość narażony. Przeto nie zdarzało się, by ktoś tam kogoś okradł, lub oszukał. Rózia serwowała alkohol po cenach mocno zawyżonych, mimo to klienteli jej nigdy nie brakowało. Alkohol nie był jedynym magnesem przyciągającym klientelę. Równie ważnym, a dla niektórych ważniejszym wabikiem były panie. Jak już wspomniałem pruderia nie cechowała żadnej z nich. Za to nietuzinkowa uroda była obowiązującym kanonem. Jeśli jakaś para chciała w odosobnieniu spędzić nieco czasu – nie było z tym żadnego problemu. Willa Rózi była jedną z największych w mieście. Ale niechby ktoś, choćby w żartach nazwał lokal Rózi burdelem. Ło matko! Już by nie żył.
Oczywiście, że nie każdy mógł tam wejść, jak do pierwszej, lepszej knajpy. Goście byli osobiście weryfikowani przez Szefową – tak kazała do siebie mówić mniej obytym klientom. Każdy nowy konsument musiał być wprowadzony i przedstawiony przez stałego bywalca. Jeśli nie przypadł do gustu Rózi, nie było zmiłuj – musiał zrezygnować z oczekiwanych uciech. Właścicielka również musiała mieć jakiś układ z tak zwanymi organami ścigania, gdyż żaden z funkcjonariuszy nigdy się tam nie pojawiał. No chyba, że incognito.
Kiedy już byłem przy wyjściu, już łapałem za klamkę coś mnie zatrzymało w miejscu. Kurwa mać, gdzie ja lezę? Dwa dni temu pochowałem ojca pijaka, a sam zachowuję się gorzej od niego. Narobiłem bydła na cmentarzu, schlałem się jak świnia w Zanzi, potraktowałem swego kumpla jak ostatnia łajza i idę robić następne głupoty, albo świństwa? Nie kurwa, tak być nie może. Spierdalam z powrotem do domu. Odwróciłem się szybko na pięcie, żeby się przypadkiem nie rozmyślić i wbiegłem na schody. Gnałem co sił i nie był to najlepszy pomysł. Na drugim piętrze ciemno mi się zrobiło przed oczami i łeb omal nie eksplodował. Resztę drogi przebrnąłem jak wolny najmita, z nosem przy ziemi. Resztki wódki wyparowały i kac przejmował nade mną władzę. Czekała mnie nieprzespana noc i kiepskie samopoczucie. Pomyślałem o kąpieli. Przede wszystkim muszę zmyć z siebie kilkudniowy brud. Gorąca kąpiel pomoże mi przetrwać kaca. Lepiej się wypocić w wannie niż w łóżku. Tak też zrobiłem – nalałem pełną wannę gorącej wody, wyrzuciłem ciuchy do wiklinowego kosza na brudy i z ulgą zanurzyłem się w parującej wannie. To był jeden z moich sposobów na przepicie. Mankamentem było to, że jak wychodziłem po godzinie z wanny to byłem osłabiony jak niemowlak. Ledwo mogłem dowlec się do wyrka. Padłem jak placek. Jak placek krowiego gówna – pomyślałem i wcale to nie było zabawne. Leżąc przypomniałem sobie, że w końcu pomyślałem o swoim starym – ojciec. I zrobiło mi się bardzo smutno. Choć tego nie chciałem poczułem na policzkach łzy. Ale to nie jest płacz – pomyślałem – to tylko łzy. I wtedy się zaczęło. Zacząłem szlochać i nie mogłem tego powstrzymać. Dostałem jakichś spazmów, cały się zasmarkałem, ryczałem jak dziecko. Skuliłem się w kłębuszek oplotłem rękoma kolana i wyłem. Wiedziałem, że któryś z sąsiadów może to usłyszeć przez ścianę i gówno mnie to obchodziło. Ryczałem jeszcze głośniej. Nie wiem jak długo to trwało. W końcu zasnąłem.


*

Byliśmy na wakacjach, nad naszym jeziorem, u Kszyków. Mama opalała na leżaku na pomoście, ja z tatą płynąłem łódką. Mama, młoda i śliczna uśmiechnęła się, zdjęła przeciwsłoneczne okulary i zamachała do nas. Mimo tego, że byliśmy dość daleko widziałem ją bardzo dokładnie, nawet ten jej pieprzyk na policzku i pomalowane czerwonym lakierem paznokcie. Sprawiała wrażenie szczęśliwej. Odmachaliśmy jej pospiesznie, tato siedział przy wiosłach, przede mną. Widziałem jego opalone, szerokie bary i ciemne, gęste włosy, nieco przydługie. Też chciałem być szczęśliwy i prawie byłem. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko, żeby tato odwrócił się do mnie i tak uśmiechnął jak mama. Czekałem na to. Ale on się nie odwracał, tylko wiosłował. Coraz szybciej i szybciej. Mama została daleko w tyle, poczułem niepokój. Tato, wiosłujący jak automat nie miał już szerokich barów. Był też łysy i wiedziałem, że jest pijany. Ogarniało mnie coraz większe przerażenie, chciałem żeby przestał, żeby zawrócił, mamy już nie było widać. Nie mogłem nic zrobić, chyba krzyknąłem i … obudziłem się.
Czułem się okropnie, żyć mi się nie chciało. Gdyby mi ktoś teraz zaproponował bezbolesną eutanazję, zgodziłbym się bez mrugnięcia, ale kurwa musiałem żyć nadal. Niestety. Nie chciało mi się wstawać, nie chciało mi się leżeć, spać, jeść, nic mi się nie chciało. Gdy tak pławiłem się w tej bezdennej, lepkiej, czarnej rozpaczy jak światełko w tunelu pojawiła się nagle myśl – Stefan i jego herbatka!
Prędzej, czy później musiałem w końcu pójść do pracy. Żeby się nie rozmyślić ubrałem się szybko jak rekrut na unitarce i pognałem w stronę firmy. Przez tory miałem blisko, na takie skróty mogli pozwolić sobie tylko pracownicy PKP, innych skutecznie wyłapywali sokiści, kończyło się to zazwyczaj wysokim mandatem. Jak wszedłem na tory, to poczułem się nieco lepiej, bezpieczniej.
W Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych pracowałem już cztery lata. Po studiach pracę zaproponował mi sąsiad z osiedla, pan Eugeniusz Perlak, stary partyzant. Rzadko kiedy się tym chwalił, ale wszyscy o tym wiedzieli. Sąsiedzi i znajomi szanowali go za wojenną przeszłość, ale nie tylko. Był porządnym facetem. Takim do bitki i do wypitki. Mimo, że miał już swoje lata energii mu nie brakowało. Nie stronił od kieliszka, rzadko kiedy odmawiał, ale też nigdy się nie upijał. Ci, co go znali wiedzieli, że lepiej być jego przyjacielem, niż wrogiem. Wrogów raczej nie miał. Z jednym wyjątkiem - nienawidził komunistów. Odsiedział kilka ładnych lat w peerelowskich więzieniach za swoją okupacyjną przeszłość, ale to była tajemnica poliszynela. Dlatego pluł jadem na komunę, choć ta nienawiść nie była skierowana do konkretnych osób. W firmie był ważną personą, sam dyrektor był jego starym kumplem. Co tu dużo gadać – był szarą eminencją, więc miał wpływ na wiele spraw, również personalnych. Gdy mi zaproponował pracę, to się trochę zeźliłem, bo pomyślałem, że mój stary go o to poprosił. Nie chciałem, żeby się wpierdalał w moje życie, bo już wtedy nie cierpiałem go za jego chlanie. Pan Gienek (tak go nazywaliśmy) wyczuł chyba o co chodzi, bo zapewnił mnie, że to jest jego i tylko jego propozycja. Uwierzyłem mu, bo był gościem któremu po prostu się wierzy. Trochę się obawiałem, że nie nadaję się do siedzenia osiem godzin za biurkiem, ale w końcu zostałem kolejowym gryzipiórkiem. Wbrew pozorom praca była ciekawa, z możliwościami podnoszenia kwalifikacji, a co za ty idzie z możliwościami awansu, co przekładało się na gratyfikację finansową. Zostałem młodszym inspektorem do spraw infrastruktury kolejowej. Moje zajęcie polegało nie tylko na pracy biurowej, w grę wchodziły również wyjazdy w teren, co zdecydowanie uatrakcyjniało moje zajęcie. Zarobki były niezłe, przyszłość jawiła się więc w pstrych barwach. W biurze alkohol pojawiał się rzadko – z okazji czyichś imienin, na Dzień Kolejarza, na ,,śledzika”. Natomiast w terenie było już inaczej. Ze zdziwieniem zauważyłem, że naczelnicy stacji zawsze częstują nas (czyli pracowników dyrekcji) alkoholem. Było to tak nagminne, jak spuszczanie za sobą wody w kiblu. Nietaktem było odmawiać. Wszelkie próby i tak paliły na panewce, bo namawiający byli tak skuteczni w swoich zamierzeniach, że namówiliby Arabów do zakupu piasku, a Eskimosów - lodu. Wódka bratała ludzi, więc każda kolejna inspekcja była wizytą starego, dobrego znajomego. A, że z ludźmi trzeba było jakoś żyć, przeto przymykało się czasami oko na to i owo. Tym bardziej, że te niedociągnięcia nie wiązały się bezpośrednio z bezpieczeństwem pasażerów, czy pracowników. Sprawdziłem się w terenie, więc wkrótce awansowałem na inspektora. Oprócz poczęstunku gościnni gospodarze zaopatrywali nas w: wędliny (osobiście wędzone), nalewkę (osobiście robioną), warzywa i owoce (osobiście zrywane). Za każdym razem, gdy wracałem z delegacji rosło i umacniało się we mnie przekonanie, że pracownicy kolei, to jedna, wielka, kochająca się rodzina.
Rano niestety takim optymistą już nie byłem. Powrót z delegacji zawsze kończył się kacem, tym bardziej, że po preludium na wyjeździe zawsze miałem ochotę na ciąg dalszy i raźnie ruszałem w miasto. Coraz częściej zjawiałem się w pracy skacowany, co zauważali moi koledzy i przełożeni. Uśmiechali się pobłażliwie, komentowali żartobliwie: ,,młody jesteś, niedoświadczony, jeszcze się nauczysz”. Zastanawiałem się wtedy, czego to ja mam się nauczyć? Najchętniej to nauczyłbym się tak pić, żeby na drugi dzień nie mieć kaca. Ale im bardziej się tego uczyłem, tym bardziej opłakane skutki to przynosiło. Po każdej imprezie męczyłem się okrutnie, przez kilka dni nie mogłem nawet patrzeć na alkohol, za żadne pieniądze bym go nie wypił. Propozycja klina powodowała automatycznie odruch wymiotny trudny do powstrzymania. Ale przychodził czas wyjazdu w teren i znów trzeba było stanąć oko w oko z rzeczywistością. Ale wtedy awersja już była historią, a nieuniknione i tak następowało.
Bardzo dobrze pamiętam dzień w którym znalazłem sposób na moje cierpienie, a właściwie na pozbycie się go. Była to majowa sobota, wczesny, pogodny ranek – wybieraliśmy się we czterech na ryby, na Łynę. Miałem takiego kaca, że myślałem, że zdechnę. Cóż może być gorszego od rychłej śmierci? Chyba tylko dlatego zgodziłem się na klina, którego mi zaproponował Wiktor, widząc mnie w takim stanie - nawet na rzyganie nie miałem ochoty. Wypiłem podany mi trunek, w myślach żegnając się z życiem i o dziwo - nie zwymiotowałem. Ba, po krótkiej chwili poczułem, że to jeszcze nie jest ten dzień. Życie do mnie wracało, cierpienie mijało. Beknąłem i uśmiechnąłem się nieśmiało. Byłem gotów ucałować za to dobrodziejstwo mojego przyjaciela Wiktora, ale on nie oczekiwał aż takich wyrazów wdzięczności.
Od tej pory już nie miewałem kaca. Wystarczyło tylko wcześniej zaopatrzyć się w alkohol. Robiłem to w tajemnicy przed mamą, nie chciałem by zauważyła, że piję, dość miała zmartwień ze starym. W głowie mi się nie mieściło, że człowiek może spaść tak nisko. Facet, który był kiedyś moim autorytetem, wzorem do naśladowania, na kolanach błagający matkę, by mu dała na piwo. Ale sobie autorytet wybrałem. Na psa urok! Ja taki na pewno nie będę. Nigdy! Prędzej bym gałąź sękatą przygiął, niż tak się upodlił.
Do pracy coraz częściej przychodziłem z nieświeżym oddechem. Nie wszystkim to się podobało, ale nikt z tego powodu nie robił afery. Coraz trudniej było mi wytrzymać do piętnastej, coraz chętniej wyjeżdżałem w teren. W dyrekcji nawiązałem bliższy kontakt z energetykiem okręgu - Stefanem, który nie był ortodoksyjnym konserwatystą i nie czekał do 15.00, żeby się napić. To on mnie nauczył pić ,,wzmocnione” herbatki posiadające cudowne właściwości – uzdrawiały i przywracały do życia. Stał się moim najlepszym kolegą. Zorientowałem się, że takich amatorów jest w biurowcu więcej. Coraz częściej więc wpadałem do jego ,,herbaciarni” , gdzie zazwyczaj już ktoś z ukontentowaniem konsumował gorący napój. Oczywiście, że większość tych wizyt to były kontakty ,,służbowe”.
Śmierć mamy dla wszystkich była zaskoczeniem. Jak zwykle w takich wypadkach. Właściwie nigdy nie chorowała, a jeśli nawet, to nigdy o tym nie mówiła i nie narzekała. Od narzekania i biadolenia był ojciec, szczególnie gdy miewał krótkie, coraz krótsze przerwy w piciu. Zmarła podczas snu – na serce. Dla mnie był to ogromny wstrząs, lepiej nazwać tego nie potrafię. Spowodował, że poczułem wewnętrzne odrętwienie, tak naprawdę nie wiedziałem co się dzieje. Z jej pogrzebu prawie nic nie pamiętam, tak jakbym był świadkiem pochówku nieznanej mi osoby. A przecież mamę kochałem, bardzo kochałem. Uświadomiłem sobie, że w tym odrętwieniu trwałem prawie rok. Przez ten czas nie wypiłem ani łyka alkoholu. Pracowałem (wszyscy moi współpracownicy szczerze mi współczuli, szanowali moją decyzję trwania w abstynencji), zajmowałem się domem (sprzątałem, robiłem zakupy, pranie, gotowałem), niańczyłem ojca (pił nadal, jakby nie zauważył, że mamy już nie ma, teraz przede mną klęczał, by wyżebrać na piwo, jakby nie miało dla niego znaczenia przed kim klęczy, bo liczył się tylko efekt końcowy – garść drobniaków) i życie toczyło się jakimś takim ślimaczym tempem, bez przyspieszeń i zwrotów. Nie wiem, jak to się stało, ale zachowywałem się w stosunku do ojca dokładnie jak mama. Dopiero jego śmierć spowodowała, że ocknąłem się z letargu, zacząłem wszystko widzieć inaczej, dopiero teraz pojawiła się złość na niego - sprawcę wszystkich moich nieszczęść. Eksplodowała jak granat wrzucony do dołu z gnojem. Gówno rozbryzgało się wokoło i długo jeszcze będzie śmierdzieć.
Bałem się powrotu do pracy – tych frazesów, wstydliwych spojrzeń, nieporadnych gestów. Stefan, zgodnie z moimi przewidywaniami przyjął mnie po przyjacielsku. Przełknąłem jakoś ,,szczere wyrazy współczucia”, dużo lepiej poszło mi z przełknięciem jego słynnej herbatki. Rzeczywiście przywracała do życia. Jak zwykle w takich wypadkach, koledzy z biura szybko dowiedzieli się o mojej wizycie i każdy z nich czuł się w obowiązku złożyć mi kondolencje. Na szczęście po drugiej, trzeciej i następnych herbatkach stawałem się coraz bardziej na nie odporny. Po kolejnej słuchałem już tego jak dziennika telewizyjnego, czyli z totalną olewką. Pasowało mi to, chciałem mieć to już za sobą. Satysfakcja moja osiągnęła pełnię, kiedy to zrobił sam naczelny dyrektor, który zaszedł do biura energetyka. Musiał zauważyć, że jestem ,,czknięty”, ale człowiekowi, który w ciągu niespełna roku został sierotą można wiele wybaczyć. Nawet jego ,,niedyspozycję” w miejscu pracy. Tym bardziej, że oficjalnie byłem na urlopie okolicznościowym. Ale urlop się skończył, a ja nie skończyłem. Przegiąłem trochę z tą ,,żałobą”.
  • Strona:
  • 1