Mieczysław Łuksza - ,,Tel Awiw" cz.3 - Forum Ornecianki
Witamy, Gość
Nazwa użytkownika: Hasło: Zapamiętaj mnie
  • Strona:
  • 1

TEMAT:

Mieczysław Łuksza - ,,Tel Awiw" cz.3 2024/04/26 21:14 #1

  • Aszok
  • Aszok Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Sekcja historyczna
  • Posty: 404
  • Otrzymane podziękowania: 39
POCIĄG POD SPECYFICZNYM NADZOREM





Pierdolić biurokratów i ich gównianą robotę. Obejdzie się bez łaski. Właściwie to dobrze się stało, bo już tej syfiastej roboty biurowej miałem dość. Codziennie te same gęby, nudne sprawozdania, jak flaki ciągnące się bezowocne narady. Jebać to! Teraz będę znowu w terenie, na świeżym powietrzu, w niewątpliwie najciekawszym kawałku mojej ukochanej Warmii. Rekonesans wypadł bardzo korzystnie – totalne odludzie! Z dala od dyrektorów i ich przydupasów. Swoją drogą - ktoś mnie musiał podpierdolić – ta myśl ciągle powracała i nie dawała mi spokoju. Prędzej, czy później dowiem się kto, marny wtedy będzie jego gówniany los – zajebię skurwysyna. Żywcem zajebię. Znów, na szczęście dupę mi uratował pan Gienek, marny byłby mój los, gdyby nie on. Dobrze, że poszedł do naczelnego i wyprosił mi tę fuchę, bo Naczelny nie chciał nawet ze mną gadać. Jeszcze skurwysyn kazał żebym zgłosił się na detoks do psychiatryka i wszył sobie esperal. Nawet znajomego chirurga mi naraił, może sam też się zaszywał. Taki wstyd! Nie bardzo mi to się uśmiechało, ale cóż było robić. Nie dość, że musiałem przynieść zaświadczenie od lekarza, to jeszcze kazał mi pokazać miejsce wszywki. Zboczeniec! A jeszcze to pierdolenie, że to dla mojego dobra. Srali muchy! Jeszcze – synu – do mnie mówi. Goń się frajerze. Może rzeczywiście trochę przeginałem z piciem, ale przecież już raz mnie za to ukarał – zakazał mi wyjazdów w teren i przeniósł do ,,sprawozdawczości”. Pluł się wtedy, że to ostatni mój wyskok, że daje mi ostatnią szansę i tylko ze względu na mojego ojca. Może to dobrze, że nie był konsekwentny, bo gdyby mnie wyjebał z ,,kolei”, to byłoby naprawdę niedobrze. Gdzie znalazłbym robotę z dyscyplinarką? Chyba w melioracji. He, he, he – mimo wszystko humor mnie nie opuszczał. Czarny, bo czarny, ale jednak – humor. Generalnie – nie jest źle, mogło być dużo gorzej. Mając wszyty esperal nie zamierzałem eksperymentować z alkoholem. Może i dobrze się stało, że Stary kazał mi się ,,obszyć”. Przez rok odpocznę sobie od picia, bo ostatnio rzeczywiście trochę przegiąłem.
Tak sobie rozmyślałem jadąc pociągiem po raz pierwszy do mojej nowej pracy, na nowym stanowisku. Zostałem kierownikiem pociągu zmechanizowanego DZTM - 1 na stacji Czerwonka. Pensji mi na szczęście nie zmniejszyli, per saldo wyjdę na tym finansowo nienajgorzej – dojdzie mi do wypłaty delegacja, za dojazdy płacić nie muszę, dodatkowo będę miał codziennie darmowe posiłki regeneracyjne. Tylko trochę daleko – między Fromborkiem, a Tolkmickiem. No i niesprzyjająca aura – koniec jesieni to na tej szerokości geograficznej chyba najgorsza pora roku: zimno, piździ wiatr i często pada. Tercet egzotyczny. Ale praca ciekawa – mam nadzorować zabezpieczanie nasypów kolejowych przed falami. Zalew Wiślany, niby akwen niewielki, to przecież nie pełne morze, ale w czasie sztormów jesienno-zimowych fale dość skutecznie niszczą nasypy kolejowe i stwarzają bardzo poważne zagrożenie. Ktoś w dyrekcji wymyślił, żeby w tym celu wykorzystać stare podkłady betonowe tak zwane - oszczędne. Czym one się różniły od normalnych – betonowych. Ano, betonowe były całe wykonane z betonu, a oszczędne miały tylko oba końce betonowe (na nich montowano szyny kolejowe). Były one połączone dwoma kątownikami metalowymi. Trochę to przypominało sztangę z podwójnym gryfem z kątowników. To był pomysł racjonalizatorski, który miał na celu zaoszczędzenie betonu potrzebnego do rozbudowy socjalistycznej Polski. Autor pomysłu otrzymał podobno bardzo wysoką nagrodę i równie wysokie odznaczenie państwowe. ,,Racjonalizator” nie wziął niestety pod uwagę, że pociąg towarowy załadowany czymś ciężkim może gibnąć się na takiej misternej konstrukcji i doprowadzić do katastrofy. Zanim ktoś mądrzejszy zwrócił na to uwagę rodzimy przemysł naprodukował tego tyle, że pojawił się problem - co z tym zrobić. Poleciałyby głowy w Ministerstwie Transportu i Kolejnictwa, ale od czego mamy racjonalizatorów. Znów premia i odznaczenie i … można nimi chronić nasze tory przed niszczycielskim działaniem czynników atmosferycznych. A kto będzie tego pilnował? Oczywiście - Błażejek! - człowiek do zadań specjalnych.
W skład pociągu zmechanizowanego wchodził: parowóz, brankard, dwie lory wypełnione podkładami i lora z dźwigiem. Ta z dźwigiem była między tymi z podkładami – to umożliwiało operatorowi zdjęcie wszystkich podkładów z obu. Do tego obsługa: maszynista z parowozu, operator dźwigu, ośmiu robotników i ja – szef tego stadka. Pociąg stacjonował na bocznicy w Braniewie. Tam codziennie uzupełniano zapas podkładów. Na tej samej bocznicy, tuż przy budynku dworca stał nasz wagon’’ pulmanowski”.
Ktoś dowcipny tak go nazwał. Z Pullmanem miał niewiele wspólnego. Chyba tylko to, że można było się w nim przespać. Wagon był urządzony w ten sposób, że kilkanaście osób mogło w nim mieszkać. Luksusów nie gwarantował, ale to, co najważniejsze, czyli ciepły i suchy kąt do spania - zapewniał. Była w nim też prymitywna, ale sprawna kuchnia, wprawdzie bez bieżącej wody, ale z węglową kuchenką, nawet z piekarnikiem. Był też kibel, ale bardzo rzadko używany, bo wtedy fetor z niego wydobywał się nieludzki – jakby się małpy dupczyły. Tajemnicą poliszynela było, że wagon wyposażony był w aparaturę do pędzenia bimbru (oczywiście nieoficjalnie), a urządzenie to było tak przemyślnie zamontowane, że nic na to nie wskazywało. Tylko wtajemniczeni wiedzieli jak to działa. Wagon służył też jako bardzo dyskretne miejsce do wielu nieoficjalnych spotkań, czasami bardzo tajemniczych. Mimo, że stał tuż przy budynku dworca, wejść i wyjść z niego można było bez obawy, że ktoś zauważy. Podobno częstym bywalcem tego azylu bywał sam naczelnik stacji i panowie z Prezydium Miasta. Wagon stał na bocznicy, przez cały czas był przygotowany do natychmiastowego wyjazdu, gdyby zaistniała taka konieczność. Robotnicy z brygady na zmianę pełnili nocne dyżury. Obowiązkiem dyżurnego było sezonowe palenie w piecu, który zapewniał funkcjonowanie centralnego ogrzewania. Dyżurny dbał też o porządek i pilnował, by koledzy również o tym pamiętali. Rzeczywiście było tam czysto i nie wiem jak inni, ale ja nie miałbym obiekcji, gdybym musiał tam na jakiś czas zamieszkać. Wszystko to i wiele więcej przekazał mi nieoceniony pan Gienek. Odbyliśmy długą rozmowę na temat mojej nowej pracy. Dowiedziałem się, że jest to bardzo niebezpieczne zajęcie. Z wielu względów. Przede wszystkim odpowiedzialność za pociąg pracujący w trudnym terenie. Do tego dochodzą warunki atmosferyczne. Jest zima, śniegu jeszcze wprawdzie nie ma, ale z dnia na dzień może sypnąć z pół metra. Ludzie z którymi mam pracować to twardziele, ta brygada jest jak komandosi, działają po swojemu, mają swoje zasady, przestrzegają ich jak ortodoksyjni Żydzi tory. Mam tam być szefem, ale tak naprawdę, to mam udawać, że nim jestem. Oni sami podobno wiedzą lepiej, co mają robić i jak. Nie pasowało mi to, ale nie mówiłem tego głośno. Oczywiście, że nie będę udawał najmądrzejszego z mądrych, ale marionetką też być nie zamierzam. Przyznam szczerze, że gdy pociąg wjeżdżał do Ornety czułem podniecenie prawie jak przed pierwszą randką. Tu miała do mnie dołączyć moja brygada.
Wkrótce weszli do przedziału służbowego. Przywitali się tradycyjnym - dzień dobry, każdy z nich podał mi rękę – krótkie, mocne uściski mocnych, spracowanych dłoni. Ciasno się zrobiło, dziewięciu nas było w przedziale. Po chwili ich płaszcze i kurtki zawisły na wieszakach, a na stoliku pod oknem stanęła półlitrówka wódki i literatka. Zanim pociąg ruszył najstarszy z nich nalewając wódkę powiedział:
- Ja jestem Kazik, brygadzista, mówią na mnie Stary, wypijemy na dobry początek.
Zanim zdążyłem zaprotestować, dodał:
- Kierownik nie pije, Wojtek też, bo za młody – oby nam się… - wskazał wzrokiem na siedzącego obok niego olbrzyma. Ten zrozumiał zaproszenie, jakby obawiając się, że ktoś mu nie pozwoli wypić pospiesznie podniósł szkło do ust i szybkim, dopracowanym do perfekcji ruchem uczynił coś, co przypominało ukłon, ale do tyłu. Równie szybko odstawił pusty kieliszek i dodał:
- Ja też jestem Kazik, mówią mi Łempa – wytarł rękawem pokaźnych rozmiarów wargi, jakby wyjaśniając, skąd ta ksywka. Jego fizjonomia przywodziła na myśl Indianina z ,,Lotu nad kukułczym gniazdem”. Rzeczywiście miała w sobie coś z filmowego Wodza.
Każdy z nich przedstawiał się po wypiciu wódki i po kilku minutach ceremonia zapoznania była zakończona, bo moja wypowiedź:
- A ja jestem… - została z radosnym uśmiechem przerwana:
- Wiemy, wiemy, kierowniku, kim kierownik jest. My na kolei już ładnych pare lat robimy.
Właściwie to powinienem się obrazić. Ale za co? Chłopaki po swojemu dali mi do zrozumienia, że wiedzą więcej niż chciałbym im powiedzieć. Po chwili poczułem się jakbym z nimi wypił. Pierwsze wrażenie było pozytywne - wyglądali na zgraną paczkę. Okazało się, że Wojtek, najmłodszy z nich, dziewiętnastolatek, to syn Starego. W brygadzie był też drugi jego starszy o kilka lat syn - Jurek, zwany Zadymą. Chyba nie trzeba tłumaczyć dlaczego. Następni dwaj bracia to Zające: Stasiek i Tomek, trzydziestokilkulatki, mieszkańcy podorneckich Karkajm. Następny był kolejny Jurek, zwany Koniokradem, gdyż rodzina jego prowadziła gospodarstwo rolne, a jego konikiem były konie i handel nimi - wysoki jak Łempa, ale szczupły, wręcz chudy trzydziestolatek. Ostatni z brygady, to wyglądający na cwaniaka Mietek, też młody - ornecianin. Mówili na niego Ucho. Jedynie on jakoś mi nie bardzo pasował do brygady. Nie wiem dlaczego.
Podróż minęła szybko, chłopaki dowcipkowali, miałem wrażenie, że czuli się w moim towarzystwie swobodnie. Dlaczego miałoby być inaczej? Oni byli u siebie, to ja byłem tym, który doszedł. Mimo tego nie czułem skrępowania.
W Braniewie udałem się do naczelnika po wytyczne i papiery przewozowe, a chłopcy udali się do wagonu ,,coś przekąsić”. Gdy zjawiłem się w ,,Pullmanie”, siedzieli przy stole, rozmawiali, coś konsumowali. Zauważyłem butelkę wódki i … wkurwiłem się. Co oni sobie wyobrażają?! Siedzą sobie, jak w knajpie, wchodzi przełożony, a oni nawet nie schowali gorzały! Już chciałem pokazać kto tu rządzi, ale w ostatniej chwili powstrzymałem się. Przypomniałem sobie, co mówił pan Gienek: ,,Oni będą cię sprawdzać, prowokować. Nie daj się na to złapać. Oni niejednego kierownika przeżyli. Ostatniego prawie wykończyli – Kazka Gazę, powinieneś znać. Gość wylądował w psychiatryku”. Więc zamiast ich opierdolić, powiedziałem:
- Panowie, zbieramy się, czas ratować polskie tory przed złośliwością Neptuna.
- Sie robi kierowniku – usłyszałem w odpowiedzi, – ale zanim pojedziemy, może kierownik popróbuje swojskiej galarety. Żona moja robiła – zaproponował Tomek Zając. – A jak moja żonka zrobi galaretę, to nie ma chuja we wsi!
Chłopaki ryknęli śmiechem, też się uśmiechnąłem. Galaretę lubiłem, ta wyglądała rzeczywiście apetycznie. Nałożyli mi solidną porcję na talerz. Ślinka mi pociekła.
- A ocet macie? – zapytałem.
- Ależ oczywiście, jak można jeść galaretę bez octu – powiedział drugi Zając podsuwając mi stojącą na stole butelkę z napisem ,,Baltic vodka”. Na moje uniesienie brwi odpowiedział:
- Opakowanie zastępcze. Pożyczyliśmy octu od dyżurnego ruchu, bo nasz gdzieś wcięło.
Tak to docieraliśmy się w mojej nowej pracy. Już pierwszego dnia przekonałem się, że przestrogi pana Gienka to nie była czcza gadanina.
Gdy dojechaliśmy do Fromborka mieliśmy pół godziny, bo tory do Tolkmicka tarasował elektrowóz energetyków z Elbląga. Musieliśmy zaczekać. Chłopcy udali się do miasta, do sklepu, ja czekałem zastanawiając się jak to będzie, jak już dojedziemy na miejsce. Po chwili podszedł do mnie Stary i zagadnął:
- Kierowniku, jest sprawa, pogadamy ?
- Ano, pogadajmy – odpowiedziałem.
- Gość ma do załadowania na ciężarówkę starą, przedwojenną dekawkę. Chciałby skorzystać z naszego dźwigu. Dałoby się radę?
- A gdzie jest ta dekawka? – spytałem.
- Ano stoi przy torach za portem, na poniemieckiej rampie. Gość ma już przygotowane zawiesia, tylko podczepić i załadować. Pięć minut roboty.
- A skąd on wiedział, że będziemy tam jechać z dźwigiem?
Stary podrapał się po głowie i z ociąganiem powiedział:
- Eee, dogadywał się z Rumcajsem.
Rumcajs to operator dźwigu, kudłaty, brodaty, czterdziestoletni, rubaszny grubas.
Zastanawiałem się co z tym fantem zrobić. Chłopaki chcieli zarobić parę złotych na lewo, ryzyko było niewielkie, mogły być wprawdzie jakieś kłopoty, gdyby ktoś ,,życzliwy” doniósł gdzie trzeba, ale ….
Niech tam.
- Powiedz Rumcajsowi, że zgadzam się. Niech załaduje to auto.
- Dzięki, panie kierowniku, dzięki – zadowolony brygadzista pobiegł podzielić się radosną nowiną z pozostałymi.
Kiedy już otrzymaliśmy zgodę na wyjazd od dyżurnego ruchu podjechaliśmy pod wspomnianą rampę. Załadunek potrwał rzeczywiście kilka minut. Rumcajs został w swojej kabinie, nie opuścił ramienia dźwigu, pociąg ruszył powoli.
- Kierowniku, niech lepiej on lepiej opuści tą lagę, bo jeszcze o coś zawadzi – zaproponował Tomek.
- Masz rację – odpowiedziałem – dajcie znać maszyniście, żeby się zatrzymał.
Dźwig nie mógł pracować w trakcie jazdy. Takie były przepisy. Dojeżdżaliśmy do zakrętu, mieliśmy skręcić w prawo. Wojtek gwizdnął głośno i dał znak stopu, maszynista pokiwał głową, że zrozumiał. Zaczął zwalniać. Wysunięte do przodu, podniesione ramię dźwigu na zakręcie niebezpiecznie zbliżyło się do grubego konara wielkiego dębu rosnącego przy torach. Jeszcze chwila i oparło się na nim. Pociąg jechał nadal. Wielki dźwig drgnął i zaczął podnosić się do góry. Jego ramię podnosiło się coraz wyżej. Zamarłem, wstrzymałem oddech. Jeszcze chwila a dźwig się przewróci! A w kabinie siedzi Rumcajs!
- Jezus Maria!!! – wrzasnął któryś w niebogłosy i chyba w niebiesiech usłyszeli ten pełen trwogi krzyk, bo pociąg zatrzymał się. Dźwig stał dęba. U dęba. Prawie pionowo. Na szczęście Rumcajs, prawdopodobnie sparaliżowany strachem, nie próbował wydostać się stamtąd. Maszynista zachował zimną krew i bardzo wolno cofnął parowóz. Dźwig po chwili opadł na gąsienice a z kabiny wychynęła naprawdę trupioblada gęba Rumcajsa. Wcale się nie uśmiechał. Nikomu do śmiechu nie było. Obawiałem się tylko jednego – że dyżurny ruchu, lub ktoś ze stacji we Fromborku, widział te ,,ekwilibrystyki”. Gdyby tak było miałbym przejebane – taka wpadka w pierwszy dzień pracy na nowym stanowisku wyczerpałaby resztki zrozumienia u naczelnego i wyleciałbym na zbitą mordę. Musiałbym pożegnać się z pracą na kolei na zawsze. Choć nie dawałem tego po sobie poznać, byłem przerażony. Nie wiedziałem co robić: kazać jechać dalej, czy zawrócić.
Wiedział stary partyzant, co mówi opowiadając o mojej brygadzie – Stary szybko podjął decyzję:
- Dajcie znać maszyniście, żeby zatrzymał się za zakrętem. – Popatrzył na swoich chłopaków i zapytał:
- Kto może iść do dyżurnego i załatwić z nim, żeby trzymał gębę na kłódkę?
Po chwili milczenia odezwał się Ucho:
- Ja to załatwię z Zadymą.
Popatrzyłem na niego z powątpiewaniem:
- A jak ty chcesz to załatwić? – spytałem ostrożnie odzyskawszy zdolność wyrażania werbalnych komunikatów.
- Spokojna głowa, kierowniku, ma się te swoje metody – odpowiedział niezrażony.
Bardzo w to wątpiłem, ale Stary chyba wiedział co i jak, bo skwitował:
- Dobra, idźcie. Tylko nie naróbcie głupstw.
- Spokojna głowa staruszku – zakończył debatę Zadyma.
Po chwili obaj wyskoczyli z wagonu i udali się w kierunku stacji. Myślałem, że jajko zniosę czekając aż wrócą, trwało to i trwało. Napięcie było nie do zniesienia. Gdyby mnie ktoś w tym momencie poczęstował szklanką wódki, to wychlałbym ją jednym haustem. Pierdolić esperal! Aż poczułem w gębie znajomy, cierpki smak. Nikt jednak z taką propozycją się nie wychylił, może to dobrze.
W końcu zjawili się uśmiechnięci jakby ktoś im w kieszenie nasrał. Zadyma taszczył ciężką torbę, bez problemu domyśliłem się jej zawartości.
- Wszystko załatwione tak jak trzeba. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał – zrelacjonował enigmatycznie Ucho.
- Znaczy się jak, – próbowałem się czegoś dowiedzieć – nie zauważyli tego?
- Czy to ważne, kierowniku? Najważniejsze, żebyśmy … zdrowi byli. Czego i wam z całego serca życzymy – zakończył sięgając do torby po raźno brzęczące półlitrówki.
Wkurwiła mnie jego gadka, ale co miałem robić? Sam się w to wpakowałem zgadzając się na fuchę. Zachciało mi się być dobrym kierownikiem. Ale przecież nie mogłem im odmówić! Mogłem! Ale po odmowie długo miejsca wśród nich bym nie zagrzał. Skończyłbym jak Kazek. Skurwysyny wykorzystali to, by zyskać nade mną przewagę i zrobili to perfekcyjnie. A niby takie proste wieśniaki. Pierwszego dnia wyruchali mnie na cacy, bez mydła. Teraz mają mnie w garści, mam wobec nich dług wdzięczności, powinienem mieć. Oni tak uważają. Przecież zrobili mi wielką przysługę – załatwili, że moja wpadka nie ujrzy światła dziennego. Słusznie myślą. Może wcale nie byli u dyżurnego? A jeśli nawet, to co? Sprawdzę to? Ja pierdolę, ale kaszana! Najchętniej to przyssałbym się do którejś z półlitrówek, które przynieśli, ale gdybym nawet chciał to zrobić, to mi nie dadzą! W trosce o moje dobro! Kurwa jego w dupę mać. Czymajcie mnie ludzie!!!
Wiedziałem, że nie wytrzymam do fajrantu. Z napięcia. Ale co robić? Jak wybrnąć z tej czarnej dupy? A ci sobie spokojnie popijali. Jak gdyby nigdy nic. Wiedzieli, że złego słowa ode mnie nie usłyszą. A już na pewno dziś. Zastanawiałem się, czy wiedzą o moim esperalu? Bo jeśli nie, to może jakoś ich przekonam, żeby mnie poczęstowali. Wprawdzie wiedziałem, że zapijanie esperalu jest bardzo ryzykowne i może się zakończyć tragicznie, ale przecież jedna pięćdziesiątka mi nie może aż tak bardzo zaszkodzić. Jak poczuję, że coś jest nie tak, to wyrzygam. To potrafię zrobić bez problemu. A może naczelny poprosił tego swojego konowała, żeby mi wszył witaminki, znając moją słabość i zakładając, że mogę się złamać. Miałby mnie na swoim sumieniu. Kurwa, co ja najlepszego robię? W najczarniejszych scenariuszach nie zakładałem, że będę musiał upaść aż tak nisko. Cóż ja do dziś wiedziałem o czarnych scenariuszach. A, niech się dzieje, co chce.
- Wiecie co chłopaki, byłbym niewdzięcznym sukinsynem, gdybym wam się nie odwdzięczył za to co zrobiliście. Zapłacę za jedną połówkę, niech idzie na moje konto, wypijemy za szczęśliwe zakończenie sprawy. Zawołajcie też Rumcajsa, kto jak kto, ale on powinien to uczcić. Wszak dzisiaj był już bardzo, bardzo blisko.
To był mój joker, zagadywałem, żeby nie przypomnieli sobie o mojej abstynencji i chyba mi się udało. Wiedziałem, że Rumcajs w pracy nie pije, ale sądziłem, że uda mi się go namówić na jednego. Chyba nie wierzyli, że mi się uda, bo był bardzo zasadniczy w tej materii. Rzeczywiście nie chciał się zgodzić, ale w końcu mój argument, że dzisiaj w ramach rekompensaty za wstrząsające przeżycia ma wolne - przeważył. Wypił jednego. Ja też powiedziałem, że tylko symbolicznie.
Nigdy w życiu wódka mi tak nie smakowała. Nie wiedziałem, że może tak smakować. Niczym ambrozja jakaś… Oczywiście bałem się, że może mi zaszkodzić, ale to było zdecydowanie uczucie z drugiego, a może nawet z trzeciego planu. Odczekałem pół godziny, zakładając, że ewentualne komplikacje dadzą o sobie znać przez ten czas. Poczułem przyjemny szmerek i … żadnych innych niespodzianek. Wtedy ,,dałem się namówić” na jeszcze jednego. Oj, jak mi pomogło, nie zrozumie tego nikt, co tego nie przeżył. Wódeczka to jednak cudowny wynalazek. Chwała temu Arabowi, co to wpadł na pomysł destylacji. Chwała i medal!


POCIĄG POD SPECYFICZNYM NADZOREM





Pierdolić biurokratów i ich gównianą robotę. Obejdzie się bez łaski. Właściwie to dobrze się stało, bo już tej syfiastej roboty biurowej miałem dość. Codziennie te same gęby, nudne sprawozdania, jak flaki ciągnące się bezowocne narady. Jebać to! Teraz będę znowu w terenie, na świeżym powietrzu, w niewątpliwie najciekawszym kawałku mojej ukochanej Warmii. Rekonesans wypadł bardzo korzystnie – totalne odludzie! Z dala od dyrektorów i ich przydupasów. Swoją drogą - ktoś mnie musiał podpierdolić – ta myśl ciągle powracała i nie dawała mi spokoju. Prędzej, czy później dowiem się kto, marny wtedy będzie jego gówniany los – zajebię skurwysyna. Żywcem zajebię. Znów, na szczęście dupę mi uratował pan Gienek, marny byłby mój los, gdyby nie on. Dobrze, że poszedł do naczelnego i wyprosił mi tę fuchę, bo Naczelny nie chciał nawet ze mną gadać. Jeszcze skurwysyn kazał żebym zgłosił się na detoks do psychiatryka i wszył sobie esperal. Nawet znajomego chirurga mi naraił, może sam też się zaszywał. Taki wstyd! Nie bardzo mi to się uśmiechało, ale cóż było robić. Nie dość, że musiałem przynieść zaświadczenie od lekarza, to jeszcze kazał mi pokazać miejsce wszywki. Zboczeniec! A jeszcze to pierdolenie, że to dla mojego dobra. Srali muchy! Jeszcze – synu – do mnie mówi. Goń się frajerze. Może rzeczywiście trochę przeginałem z piciem, ale przecież już raz mnie za to ukarał – zakazał mi wyjazdów w teren i przeniósł do ,,sprawozdawczości”. Pluł się wtedy, że to ostatni mój wyskok, że daje mi ostatnią szansę i tylko ze względu na mojego ojca. Może to dobrze, że nie był konsekwentny, bo gdyby mnie wyjebał z ,,kolei”, to byłoby naprawdę niedobrze. Gdzie znalazłbym robotę z dyscyplinarką? Chyba w melioracji. He, he, he – mimo wszystko humor mnie nie opuszczał. Czarny, bo czarny, ale jednak – humor. Generalnie – nie jest źle, mogło być dużo gorzej. Mając wszyty esperal nie zamierzałem eksperymentować z alkoholem. Może i dobrze się stało, że Stary kazał mi się ,,obszyć”. Przez rok odpocznę sobie od picia, bo ostatnio rzeczywiście trochę przegiąłem.
Tak sobie rozmyślałem jadąc pociągiem po raz pierwszy do mojej nowej pracy, na nowym stanowisku. Zostałem kierownikiem pociągu zmechanizowanego DZTM - 1 na stacji Czerwonka. Pensji mi na szczęście nie zmniejszyli, per saldo wyjdę na tym finansowo nienajgorzej – dojdzie mi do wypłaty delegacja, za dojazdy płacić nie muszę, dodatkowo będę miał codziennie darmowe posiłki regeneracyjne. Tylko trochę daleko – między Fromborkiem, a Tolkmickiem. No i niesprzyjająca aura – koniec jesieni to na tej szerokości geograficznej chyba najgorsza pora roku: zimno, piździ wiatr i często pada. Tercet egzotyczny. Ale praca ciekawa – mam nadzorować zabezpieczanie nasypów kolejowych przed falami. Zalew Wiślany, niby akwen niewielki, to przecież nie pełne morze, ale w czasie sztormów jesienno-zimowych fale dość skutecznie niszczą nasypy kolejowe i stwarzają bardzo poważne zagrożenie. Ktoś w dyrekcji wymyślił, żeby w tym celu wykorzystać stare podkłady betonowe tak zwane - oszczędne. Czym one się różniły od normalnych – betonowych. Ano, betonowe były całe wykonane z betonu, a oszczędne miały tylko oba końce betonowe (na nich montowano szyny kolejowe). Były one połączone dwoma kątownikami metalowymi. Trochę to przypominało sztangę z podwójnym gryfem z kątowników. To był pomysł racjonalizatorski, który miał na celu zaoszczędzenie betonu potrzebnego do rozbudowy socjalistycznej Polski. Autor pomysłu otrzymał podobno bardzo wysoką nagrodę i równie wysokie odznaczenie państwowe. ,,Racjonalizator” nie wziął niestety pod uwagę, że pociąg towarowy załadowany czymś ciężkim może gibnąć się na takiej misternej konstrukcji i doprowadzić do katastrofy. Zanim ktoś mądrzejszy zwrócił na to uwagę rodzimy przemysł naprodukował tego tyle, że pojawił się problem - co z tym zrobić. Poleciałyby głowy w Ministerstwie Transportu i Kolejnictwa, ale od czego mamy racjonalizatorów. Znów premia i odznaczenie i … można nimi chronić nasze tory przed niszczycielskim działaniem czynników atmosferycznych. A kto będzie tego pilnował? Oczywiście - Błażejek! - człowiek do zadań specjalnych.
W skład pociągu zmechanizowanego wchodził: parowóz, brankard, dwie lory wypełnione podkładami i lora z dźwigiem. Ta z dźwigiem była między tymi z podkładami – to umożliwiało operatorowi zdjęcie wszystkich podkładów z obu. Do tego obsługa: maszynista z parowozu, operator dźwigu, ośmiu robotników i ja – szef tego stadka. Pociąg stacjonował na bocznicy w Braniewie. Tam codziennie uzupełniano zapas podkładów. Na tej samej bocznicy, tuż przy budynku dworca stał nasz wagon’’ pulmanowski”.
Ktoś dowcipny tak go nazwał. Z Pullmanem miał niewiele wspólnego. Chyba tylko to, że można było się w nim przespać. Wagon był urządzony w ten sposób, że kilkanaście osób mogło w nim mieszkać. Luksusów nie gwarantował, ale to, co najważniejsze, czyli ciepły i suchy kąt do spania - zapewniał. Była w nim też prymitywna, ale sprawna kuchnia, wprawdzie bez bieżącej wody, ale z węglową kuchenką, nawet z piekarnikiem. Był też kibel, ale bardzo rzadko używany, bo wtedy fetor z niego wydobywał się nieludzki – jakby się małpy dupczyły. Tajemnicą poliszynela było, że wagon wyposażony był w aparaturę do pędzenia bimbru (oczywiście nieoficjalnie), a urządzenie to było tak przemyślnie zamontowane, że nic na to nie wskazywało. Tylko wtajemniczeni wiedzieli jak to działa. Wagon służył też jako bardzo dyskretne miejsce do wielu nieoficjalnych spotkań, czasami bardzo tajemniczych. Mimo, że stał tuż przy budynku dworca, wejść i wyjść z niego można było bez obawy, że ktoś zauważy. Podobno częstym bywalcem tego azylu bywał sam naczelnik stacji i panowie z Prezydium Miasta. Wagon stał na bocznicy, przez cały czas był przygotowany do natychmiastowego wyjazdu, gdyby zaistniała taka konieczność. Robotnicy z brygady na zmianę pełnili nocne dyżury. Obowiązkiem dyżurnego było sezonowe palenie w piecu, który zapewniał funkcjonowanie centralnego ogrzewania. Dyżurny dbał też o porządek i pilnował, by koledzy również o tym pamiętali. Rzeczywiście było tam czysto i nie wiem jak inni, ale ja nie miałbym obiekcji, gdybym musiał tam na jakiś czas zamieszkać. Wszystko to i wiele więcej przekazał mi nieoceniony pan Gienek. Odbyliśmy długą rozmowę na temat mojej nowej pracy. Dowiedziałem się, że jest to bardzo niebezpieczne zajęcie. Z wielu względów. Przede wszystkim odpowiedzialność za pociąg pracujący w trudnym terenie. Do tego dochodzą warunki atmosferyczne. Jest zima, śniegu jeszcze wprawdzie nie ma, ale z dnia na dzień może sypnąć z pół metra. Ludzie z którymi mam pracować to twardziele, ta brygada jest jak komandosi, działają po swojemu, mają swoje zasady, przestrzegają ich jak ortodoksyjni Żydzi tory. Mam tam być szefem, ale tak naprawdę, to mam udawać, że nim jestem. Oni sami podobno wiedzą lepiej, co mają robić i jak. Nie pasowało mi to, ale nie mówiłem tego głośno. Oczywiście, że nie będę udawał najmądrzejszego z mądrych, ale marionetką też być nie zamierzam. Przyznam szczerze, że gdy pociąg wjeżdżał do Ornety czułem podniecenie prawie jak przed pierwszą randką. Tu miała do mnie dołączyć moja brygada.
Wkrótce weszli do przedziału służbowego. Przywitali się tradycyjnym - dzień dobry, każdy z nich podał mi rękę – krótkie, mocne uściski mocnych, spracowanych dłoni. Ciasno się zrobiło, dziewięciu nas było w przedziale. Po chwili ich płaszcze i kurtki zawisły na wieszakach, a na stoliku pod oknem stanęła półlitrówka wódki i literatka. Zanim pociąg ruszył najstarszy z nich nalewając wódkę powiedział:
- Ja jestem Kazik, brygadzista, mówią na mnie Stary, wypijemy na dobry początek.
Zanim zdążyłem zaprotestować, dodał:
- Kierownik nie pije, Wojtek też, bo za młody – oby nam się… - wskazał wzrokiem na siedzącego obok niego olbrzyma. Ten zrozumiał zaproszenie, jakby obawiając się, że ktoś mu nie pozwoli wypić pospiesznie podniósł szkło do ust i szybkim, dopracowanym do perfekcji ruchem uczynił coś, co przypominało ukłon, ale do tyłu. Równie szybko odstawił pusty kieliszek i dodał:
- Ja też jestem Kazik, mówią mi Łempa – wytarł rękawem pokaźnych rozmiarów wargi, jakby wyjaśniając, skąd ta ksywka. Jego fizjonomia przywodziła na myśl Indianina z ,,Lotu nad kukułczym gniazdem”. Rzeczywiście miała w sobie coś z filmowego Wodza.
Każdy z nich przedstawiał się po wypiciu wódki i po kilku minutach ceremonia zapoznania była zakończona, bo moja wypowiedź:
- A ja jestem… - została z radosnym uśmiechem przerwana:
- Wiemy, wiemy, kierowniku, kim kierownik jest. My na kolei już ładnych pare lat robimy.
Właściwie to powinienem się obrazić. Ale za co? Chłopaki po swojemu dali mi do zrozumienia, że wiedzą więcej niż chciałbym im powiedzieć. Po chwili poczułem się jakbym z nimi wypił. Pierwsze wrażenie było pozytywne - wyglądali na zgraną paczkę. Okazało się, że Wojtek, najmłodszy z nich, dziewiętnastolatek, to syn Starego. W brygadzie był też drugi jego starszy o kilka lat syn - Jurek, zwany Zadymą. Chyba nie trzeba tłumaczyć dlaczego. Następni dwaj bracia to Zające: Stasiek i Tomek, trzydziestokilkulatki, mieszkańcy podorneckich Karkajm. Następny był kolejny Jurek, zwany Koniokradem, gdyż rodzina jego prowadziła gospodarstwo rolne, a jego konikiem były konie i handel nimi - wysoki jak Łempa, ale szczupły, wręcz chudy trzydziestolatek. Ostatni z brygady, to wyglądający na cwaniaka Mietek, też młody - ornecianin. Mówili na niego Ucho. Jedynie on jakoś mi nie bardzo pasował do brygady. Nie wiem dlaczego.
Podróż minęła szybko, chłopaki dowcipkowali, miałem wrażenie, że czuli się w moim towarzystwie swobodnie. Dlaczego miałoby być inaczej? Oni byli u siebie, to ja byłem tym, który doszedł. Mimo tego nie czułem skrępowania.
W Braniewie udałem się do naczelnika po wytyczne i papiery przewozowe, a chłopcy udali się do wagonu ,,coś przekąsić”. Gdy zjawiłem się w ,,Pullmanie”, siedzieli przy stole, rozmawiali, coś konsumowali. Zauważyłem butelkę wódki i … wkurwiłem się. Co oni sobie wyobrażają?! Siedzą sobie, jak w knajpie, wchodzi przełożony, a oni nawet nie schowali gorzały! Już chciałem pokazać kto tu rządzi, ale w ostatniej chwili powstrzymałem się. Przypomniałem sobie, co mówił pan Gienek: ,,Oni będą cię sprawdzać, prowokować. Nie daj się na to złapać. Oni niejednego kierownika przeżyli. Ostatniego prawie wykończyli – Kazka Gazę, powinieneś znać. Gość wylądował w psychiatryku”. Więc zamiast ich opierdolić, powiedziałem:
- Panowie, zbieramy się, czas ratować polskie tory przed złośliwością Neptuna.
- Sie robi kierowniku – usłyszałem w odpowiedzi, – ale zanim pojedziemy, może kierownik popróbuje swojskiej galarety. Żona moja robiła – zaproponował Tomek Zając. – A jak moja żonka zrobi galaretę, to nie ma chuja we wsi!
Chłopaki ryknęli śmiechem, też się uśmiechnąłem. Galaretę lubiłem, ta wyglądała rzeczywiście apetycznie. Nałożyli mi solidną porcję na talerz. Ślinka mi pociekła.
- A ocet macie? – zapytałem.
- Ależ oczywiście, jak można jeść galaretę bez octu – powiedział drugi Zając podsuwając mi stojącą na stole butelkę z napisem ,,Baltic vodka”. Na moje uniesienie brwi odpowiedział:
- Opakowanie zastępcze. Pożyczyliśmy octu od dyżurnego ruchu, bo nasz gdzieś wcięło.
Tak to docieraliśmy się w mojej nowej pracy. Już pierwszego dnia przekonałem się, że przestrogi pana Gienka to nie była czcza gadanina.
Gdy dojechaliśmy do Fromborka mieliśmy pół godziny, bo tory do Tolkmicka tarasował elektrowóz energetyków z Elbląga. Musieliśmy zaczekać. Chłopcy udali się do miasta, do sklepu, ja czekałem zastanawiając się jak to będzie, jak już dojedziemy na miejsce. Po chwili podszedł do mnie Stary i zagadnął:
- Kierowniku, jest sprawa, pogadamy ?
- Ano, pogadajmy – odpowiedziałem.
- Gość ma do załadowania na ciężarówkę starą, przedwojenną dekawkę. Chciałby skorzystać z naszego dźwigu. Dałoby się radę?
- A gdzie jest ta dekawka? – spytałem.
- Ano stoi przy torach za portem, na poniemieckiej rampie. Gość ma już przygotowane zawiesia, tylko podczepić i załadować. Pięć minut roboty.
- A skąd on wiedział, że będziemy tam jechać z dźwigiem?
Stary podrapał się po głowie i z ociąganiem powiedział:
- Eee, dogadywał się z Rumcajsem.
Rumcajs to operator dźwigu, kudłaty, brodaty, czterdziestoletni, rubaszny grubas.
Zastanawiałem się co z tym fantem zrobić. Chłopaki chcieli zarobić parę złotych na lewo, ryzyko było niewielkie, mogły być wprawdzie jakieś kłopoty, gdyby ktoś ,,życzliwy” doniósł gdzie trzeba, ale ….
Niech tam.
- Powiedz Rumcajsowi, że zgadzam się. Niech załaduje to auto.
- Dzięki, panie kierowniku, dzięki – zadowolony brygadzista pobiegł podzielić się radosną nowiną z pozostałymi.
Kiedy już otrzymaliśmy zgodę na wyjazd od dyżurnego ruchu podjechaliśmy pod wspomnianą rampę. Załadunek potrwał rzeczywiście kilka minut. Rumcajs został w swojej kabinie, nie opuścił ramienia dźwigu, pociąg ruszył powoli.
- Kierowniku, niech lepiej on lepiej opuści tą lagę, bo jeszcze o coś zawadzi – zaproponował Tomek.
- Masz rację – odpowiedziałem – dajcie znać maszyniście, żeby się zatrzymał.
Dźwig nie mógł pracować w trakcie jazdy. Takie były przepisy. Dojeżdżaliśmy do zakrętu, mieliśmy skręcić w prawo. Wojtek gwizdnął głośno i dał znak stopu, maszynista pokiwał głową, że zrozumiał. Zaczął zwalniać. Wysunięte do przodu, podniesione ramię dźwigu na zakręcie niebezpiecznie zbliżyło się do grubego konara wielkiego dębu rosnącego przy torach. Jeszcze chwila i oparło się na nim. Pociąg jechał nadal. Wielki dźwig drgnął i zaczął podnosić się do góry. Jego ramię podnosiło się coraz wyżej. Zamarłem, wstrzymałem oddech. Jeszcze chwila a dźwig się przewróci! A w kabinie siedzi Rumcajs!
- Jezus Maria!!! – wrzasnął któryś w niebogłosy i chyba w niebiesiech usłyszeli ten pełen trwogi krzyk, bo pociąg zatrzymał się. Dźwig stał dęba. U dęba. Prawie pionowo. Na szczęście Rumcajs, prawdopodobnie sparaliżowany strachem, nie próbował wydostać się stamtąd. Maszynista zachował zimną krew i bardzo wolno cofnął parowóz. Dźwig po chwili opadł na gąsienice a z kabiny wychynęła naprawdę trupioblada gęba Rumcajsa. Wcale się nie uśmiechał. Nikomu do śmiechu nie było. Obawiałem się tylko jednego – że dyżurny ruchu, lub ktoś ze stacji we Fromborku, widział te ,,ekwilibrystyki”. Gdyby tak było miałbym przejebane – taka wpadka w pierwszy dzień pracy na nowym stanowisku wyczerpałaby resztki zrozumienia u naczelnego i wyleciałbym na zbitą mordę. Musiałbym pożegnać się z pracą na kolei na zawsze. Choć nie dawałem tego po sobie poznać, byłem przerażony. Nie wiedziałem co robić: kazać jechać dalej, czy zawrócić.
Wiedział stary partyzant, co mówi opowiadając o mojej brygadzie – Stary szybko podjął decyzję:
- Dajcie znać maszyniście, żeby zatrzymał się za zakrętem. – Popatrzył na swoich chłopaków i zapytał:
- Kto może iść do dyżurnego i załatwić z nim, żeby trzymał gębę na kłódkę?
Po chwili milczenia odezwał się Ucho:
- Ja to załatwię z Zadymą.
Popatrzyłem na niego z powątpiewaniem:
- A jak ty chcesz to załatwić? – spytałem ostrożnie odzyskawszy zdolność wyrażania werbalnych komunikatów.
- Spokojna głowa, kierowniku, ma się te swoje metody – odpowiedział niezrażony.
Bardzo w to wątpiłem, ale Stary chyba wiedział co i jak, bo skwitował:
- Dobra, idźcie. Tylko nie naróbcie głupstw.
- Spokojna głowa staruszku – zakończył debatę Zadyma.
Po chwili obaj wyskoczyli z wagonu i udali się w kierunku stacji. Myślałem, że jajko zniosę czekając aż wrócą, trwało to i trwało. Napięcie było nie do zniesienia. Gdyby mnie ktoś w tym momencie poczęstował szklanką wódki, to wychlałbym ją jednym haustem. Pierdolić esperal! Aż poczułem w gębie znajomy, cierpki smak. Nikt jednak z taką propozycją się nie wychylił, może to dobrze.
W końcu zjawili się uśmiechnięci jakby ktoś im w kieszenie nasrał. Zadyma taszczył ciężką torbę, bez problemu domyśliłem się jej zawartości.
- Wszystko załatwione tak jak trzeba. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał – zrelacjonował enigmatycznie Ucho.
- Znaczy się jak, – próbowałem się czegoś dowiedzieć – nie zauważyli tego?
- Czy to ważne, kierowniku? Najważniejsze, żebyśmy … zdrowi byli. Czego i wam z całego serca życzymy – zakończył sięgając do torby po raźno brzęczące półlitrówki.
Wkurwiła mnie jego gadka, ale co miałem robić? Sam się w to wpakowałem zgadzając się na fuchę. Zachciało mi się być dobrym kierownikiem. Ale przecież nie mogłem im odmówić! Mogłem! Ale po odmowie długo miejsca wśród nich bym nie zagrzał. Skończyłbym jak Kazek. Skurwysyny wykorzystali to, by zyskać nade mną przewagę i zrobili to perfekcyjnie. A niby takie proste wieśniaki. Pierwszego dnia wyruchali mnie na cacy, bez mydła. Teraz mają mnie w garści, mam wobec nich dług wdzięczności, powinienem mieć. Oni tak uważają. Przecież zrobili mi wielką przysługę – załatwili, że moja wpadka nie ujrzy światła dziennego. Słusznie myślą. Może wcale nie byli u dyżurnego? A jeśli nawet, to co? Sprawdzę to? Ja pierdolę, ale kaszana! Najchętniej to przyssałbym się do którejś z półlitrówek, które przynieśli, ale gdybym nawet chciał to zrobić, to mi nie dadzą! W trosce o moje dobro! Kurwa jego w dupę mać. Czymajcie mnie ludzie!!!
Wiedziałem, że nie wytrzymam do fajrantu. Z napięcia. Ale co robić? Jak wybrnąć z tej czarnej dupy? A ci sobie spokojnie popijali. Jak gdyby nigdy nic. Wiedzieli, że złego słowa ode mnie nie usłyszą. A już na pewno dziś. Zastanawiałem się, czy wiedzą o moim esperalu? Bo jeśli nie, to może jakoś ich przekonam, żeby mnie poczęstowali. Wprawdzie wiedziałem, że zapijanie esperalu jest bardzo ryzykowne i może się zakończyć tragicznie, ale przecież jedna pięćdziesiątka mi nie może aż tak bardzo zaszkodzić. Jak poczuję, że coś jest nie tak, to wyrzygam. To potrafię zrobić bez problemu. A może naczelny poprosił tego swojego konowała, żeby mi wszył witaminki, znając moją słabość i zakładając, że mogę się złamać. Miałby mnie na swoim sumieniu. Kurwa, co ja najlepszego robię? W najczarniejszych scenariuszach nie zakładałem, że będę musiał upaść aż tak nisko. Cóż ja do dziś wiedziałem o czarnych scenariuszach. A, niech się dzieje, co chce.
- Wiecie co chłopaki, byłbym niewdzięcznym sukinsynem, gdybym wam się nie odwdzięczył za to co zrobiliście. Zapłacę za jedną połówkę, niech idzie na moje konto, wypijemy za szczęśliwe zakończenie sprawy. Zawołajcie też Rumcajsa, kto jak kto, ale on powinien to uczcić. Wszak dzisiaj był już bardzo, bardzo blisko.
To był mój joker, zagadywałem, żeby nie przypomnieli sobie o mojej abstynencji i chyba mi się udało. Wiedziałem, że Rumcajs w pracy nie pije, ale sądziłem, że uda mi się go namówić na jednego. Chyba nie wierzyli, że mi się uda, bo był bardzo zasadniczy w tej materii. Rzeczywiście nie chciał się zgodzić, ale w końcu mój argument, że dzisiaj w ramach rekompensaty za wstrząsające przeżycia ma wolne - przeważył. Wypił jednego. Ja też powiedziałem, że tylko symbolicznie.
Nigdy w życiu wódka mi tak nie smakowała. Nie wiedziałem, że może tak smakować. Niczym ambrozja jakaś… Oczywiście bałem się, że może mi zaszkodzić, ale to było zdecydowanie uczucie z drugiego, a może nawet z trzeciego planu. Odczekałem pół godziny, zakładając, że ewentualne komplikacje dadzą o sobie znać przez ten czas. Poczułem przyjemny szmerek i … żadnych innych niespodzianek. Wtedy ,,dałem się namówić” na jeszcze jednego. Oj, jak mi pomogło, nie zrozumie tego nikt, co tego nie przeżył. Wódeczka to jednak cudowny wynalazek. Chwała temu Arabowi, co to wpadł na pomysł destylacji. Chwała i medal!



*



*
  • Strona:
  • 1