Mieczysław Łuksza - ,,Tel Awiw" - Forum Ornecianki
Witamy, Gość
Nazwa użytkownika: Hasło: Zapamiętaj mnie
  • Strona:
  • 1

TEMAT:

Mieczysław Łuksza - ,,Tel Awiw" 2024/04/12 20:15 #1

  • Aszok
  • Aszok Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Sekcja historyczna
  • Posty: 404
  • Otrzymane podziękowania: 39
JESIEŃ




- Dlaczego mi to zrobiłeś, skurwysynu??? Ta krótka fraza tłukła się w mojej pustej głowie jak ten jesienny deszcz łomoczący w blaszany dach cmentarnej kaplicy. Było zimno, choć tego nie czułem. Nic nie czułem. Nawet złości na niego, choć powinienem. Nie miałem mu za złe, że umarł. Każdy, nawet największa kanalia ma prawo umrzeć. No, ale nie tak jak on - w delirium, zarzygany i oszczany.
Teraz leżał w tym ,,wysztafirowanym piórniku” jak ktoś, kto rzeczywiście zasłużył na godny pochówek. Tak ładnie ubranego to ja go chyba nigdy nie widziałem. Ludzka hipokryzja sięga zdecydowanie poza opłotki przyzwoitości. Jakiś patafian, chyba szef związków zawodowych pieprzył jakieś bzdury o rzekomych cnotach i zasługach mego gotowego na przyjęcie przez ,,anielski orszak” ojca. Tylko tego się jeszcze obawiałem - że jak usłyszę tę ckliwą i do granic absurdu infantylną śpiewkę, to się popłaczę. A ten skurwysyn nie zasługiwał na niczyje łzy. Nawet swego jedynego syna. Gdy na tę krótką chwilę przerwałem swoją natrętną mantrę, złość wróciła. Na szczęście. Już wiedziałem, że się nie rozpłaczę.
- Niedoczekanie twoje, skurwielu! - aż zazgrzytałem zębami. - Za wszystkie krzywdy, których od ciebie doznałem, za cierpienia mamy, którą wykończyłeś prędzej nasram na twój grób, niż uronię choćby jedną, najmniejszą łezkę.
Poczułem, że mam dość tej farsy. Te ukradkowe, wstydliwe, lisie spojrzenia, tych pożal się boże -,,żałobników” - nie zawierające krzty współczucia, ni empatii - mówiły same za siebie. Oni nie przyszli tu, by pożegnać kogoś bliskiego, oni tu przyszli na widowisko. Przyszli popatrzeć na pogrzeb pijaka, który marnie skończył. Przyszli, by pocieszyć się, że to nie oni są na moim miejscu. Najchętniej to wyszedłbym stamtąd i zostawiłbym całą tę hałastrę samopas.
Po chwili uświadomiłem sobie, że spodobał mi się ten na pozór absurdalny pomysł - to byłby świetny sposób, by się na nim odegrać. Choć raz. Więc gdy ,,na scenie” pojawił się mistrz ceremonii - ksiądz, ja powoli, jakbym za chwilę miał popuścić w gacie, wstałem z krzesła i ostentacyjnie wyszedłem z kaplicy.
Jakaż to ulga! Jakbym zrzucił z barków od lat dźwigane jarzmo. Wciągnąłem w płuca zimne, wilgotne powietrze, aż mnie coś w środku zakuło.
,,Zanzi – bar”. Tam mnie ciągnęło - niedaleko cmentarza. Bywałem tam często, więc wiedziałem dokąd idę i po co. Cel miałem tylko jeden – napić się wódki.
- Ja ci skurwysynu urządzę stypę zanim cię zakopią! – pomyślałem otwierając drzwi szynku.
W środku było ciepło i pusto. Na stałych klientów było trochę za wcześnie, inni tu raczej nie bywali. Zatorze nie było przyjazną dzielnicą dla ,,obcych”. Rolo – rosły barman, znający ludzką psychikę lepiej niż niejeden psycholog w mig rozpoznał, że składanie mi kondolencji to nie będzie najlepszy pomysł. Zanim doszedłem do baru już nalewał wódkę do literatki. Znał potrzeby swoich klientów.
- Nalej sobie Rolo na mój rachunek, dziś stypa po ,,ukochanym tatusiu” – zaproponowałem z cynizmem.
- Coś szybko ten pogrzeb się skończył – zerknął na stary, ścienny zegar z kukułką wiszący tu od zawsze.
- A kto tobie powiedział, że się skończył ? – odpowiedziałem pytaniem, wychylając zawartość mego ,,szkła”.
- Aha, takie to buty. – Pokiwał ze zrozumieniem wielką, kudłatą głową. Jako niedościgniony wzór dyskrecji o nic nie zapytał. Nie tracąc czasu napełnił znów szkło:
- Dawno cię tu nie było. To na mój koszt – wyjaśnił.
- O nie, nie, Rolo. To mój ,,tatuś” odwalił kitę, więc ja stawiam. Moje synowskie prawo. A wiesz ty Rolo za co pijemy? Pijemy za to, żeby temu skurwysynowi ziemia ciężką, bardzo ciężką była. Żeby ten skurwiel do nieba za karę trafił, do tych aniołków. Tam mu na pewno nikt nie postawi. Niech bydlak pozna smak wiecznej abstynencji, to będzie dla niego najgorsza kara – dawałem upust swojej frustracji.
Barman znał mego ojca, wszyscyśmy się tu znali, wiedział o jego piciu, ze szczegółami znał jego marny koniec. To był wciąż aktualny ,,news” – a moje przekleństwo i źródło ogromnego wstydu. Wiedziałem, że za kilka tygodni temat mojego ojca pójdzie w zapomnienie, nie on pierwszy i nie ostatni taką ,,męską” śmiercią poległ. Ale musiałem przez to przejść, musiałem patrzeć swoim sąsiadom i znajomym w oczy. Ani dla mnie, ani dla nich przyjemne to nie było. O nie. Cóż – Tel Awiw jak mawiają Francuzi.
Wypita wódka dobrze mi zrobiła. Zresetowałem się na tyle, że poczułem chęć na więcej.
- Wyciągnij Rolo, przyjacielu, z lodówki ,,krówkę” tego skandynawskiego specjału.
Wtajemniczeni wiedzieli, że prędzej wielbłąd nadepnie na ucho iguanie, niż w ,,Zanzi-barze” zabraknie zimnej ,,Finlandii”. Nikomu nie zdradzał jakie ,,dobre duszki” dostarczały mu trunku, jedno było pewne – to nie były ,,duszki’’ z Polmosu. Powtarzać nie musiałem. Po chwili na barze pojawiła się przyzwoitych gabarytów butelka. Rolo nie lekceważył takich propozycji. Zawsze też był gotów się napić, ale nikt nigdy nie widział go jeszcze pijanego. A potrafił wypić wiaderko wódki. Potrafił też dogadać się z każdym. Nawet z kurwiszonami z sanepidu i z innej maści kontrolerami. Gdyby tak nie było, jego ,,speluna” nie miałaby prawa istnieć. A istniała już długo i nawet jakoś prosperowała. Zmieniała tylko swoje nazwy na szyldzie. Jedyna knajpa w mieście funkcjonująca od przedwojennych czasów. Rolo tkwił na posterunku za barem od otwarcia do późnych godzin nocnych pełniąc honory ,,ambasadora Zanzibaru”. W kuchni zaś królowały bliźniaczki Wikier. Klara i Edyta pamiętały jeszcze czasy kiedy klienci rozmawiali ze sobą po niemiecku, a na honorowym miejscu wisiał portret zbira z czarnym wąsikiem. Lokal nosił nazwę ,,Adler”, a jego właścicielem był ojciec bliźniaczek. Azjatycka hołota nie uszanowała od wieków respektowanej zasady, że nie zabija się karczmarza, podobnie jak kowala. Zabili również jego żonę, która nierozważnie stanęła w jego obronie. Jeszcze okrutniej potraktowali Klarę i Edytę. Żadna już nie spojrzała na mężczyznę jak na potencjalnego kandydata na męża. Dziewczynami zaopiekował się dziadek Rola – Anzelm Szarej, którego los rzucił tu zza Buga. Asymilacja przerodziła się w symbiozę, która przetrwała naprawdę trudne czasy i scementowała więzi silniejsze niż rodzinne. Dziwne roszady urządza czasami los z ludźmi na szachownicy życia.
Ćwiartka wypita na pusty żołądek zdziałała cuda - w dupie miałem co się dzieje z moim jeszcze chyba nie pochowanym ojcem, a zacząłem się roztkliwiać nad losem całkiem obcych mi osób. I o to właśnie chodziło.
- Lej Rolo, niech życie odsłoni przed nami tę swoją lepszą stronę.
- Hola, hola, młody człowieku – ostudził mój optymistyczny zapał mój niedźwiedziowaty kolega, – nie mam nic przeciw temu, by towarzyszyć ci w tym trudnym dniu. Wiesz, że możesz liczyć na mnie, ale pod dwoma warunkami.
Nieco zdziwiony i zaskoczony spojrzałem mu w oczy z niemym pytaniem.
- Po pierwsze primo – zjesz jajecznicę, którą ci usmaży Edyta. Po drugie – będziemy pili z kieliszków. Literatki są dla literatów i prawdziwych mężczyzn. Ja zapomniałem, że ty nie jesteś ani tym pierwszym, ani drugim. Ty jesteś tylko kolejarzem i czy chcesz, czy nie, musisz się z tym pogodzić.
Skrzywiłem się, udając niezadowolenie, ale nie sposób było nie przyznać mu racji. Żadnego celu nie miało też spieranie się z nim w tak zasadniczo stawianych kwestiach. Bestia była inteligentna, dowcipna i wyjątkowo konsekwentna. Wiedział, że nie będę protestować, więc poszedł na zaplecze wydać stosowne dyspozycje. Nie wiem jak oni to zrobili, ale po chwili wrócił z tacą. Na tacy: talerz pachnącej jajecznicy na wędzonce, drugi z mikroskopijnej wielkości ogóreczkami kiszonymi, koszyczek małych zarumienionych bułeczek własnego wypieku i duży dzbanek kompotu wiśniowego. Popisowe danie Dziewuch (tak nazwał dziewczyny dziadek Anzelm - i tak zostało do dziś). Wydawało mi się, że nie jestem głodny i miałem rację – wydawało mi się. Nawet gdybym nie był, nie byłbym w stanie oprzeć się takiej kulinarnej pokusie. Aromat przysmażonej wędzonki obudził we mnie pierwotny głód i nie czekając na jakąkolwiek zachętę wziąłem się do pałaszowania. Poszło mi całkiem nieźle, po kilku minutach wycierałem kawałkiem bułki resztki tłuszczu z talerza. Beknąłem donośnym forte - w tym lokalu nie było to objawem niekulturalnego zachowania, lecz akceptowalnym przez wszystkich gestem ukontentowanego konsumenta. Po minie Rola widziałem, że i on jest zadowolony. Teraz mogliśmy przystąpić do części zasadniczej. Tłuste jedzenie zneutralizowało nieco kojące działanie alkoholu, chciałem więc jak najprędzej znaleźć się na innej orbicie. Ta, z której próbowałem się wyrwać była zdecydowanie nie do przyjęcia. Nie chciałem myśleć, co będzie jutro, pojutrze, kiedyś. Dziś chciałem się napierdolić. Miałem z kim i miałem czym – to było najważniejsze.
- Rolo, druhu – opowiedz mi coś o innym, kolorowym, beztroskim świecie. Zachęć mnie, żebym pierdolnął tym wszystkim i popłynął tak jak ty kiedyś, hen, daleko - ku egzotycznym, kuszącym lądom. Nic mnie tutaj już nie trzyma.
- Oj Błażej, Błażej, gdybyż to było takie proste. Albo gdybyś był naiwnym młodzieniaszkiem naczytanym Borchardtami i innymi ,,wichrzycielami” – uderzył w filozoficzno-pesymistyczną nutkę były marynarz. Takim go uwielbiałem.
- No, nie mów mi Rolo, że żałujesz lat spędzonych na morzu?
Wielkolud milczał. Albo nie wiedział, co powiedzieć, albo nie chciał. Nalał skandynawskiego trunku do kieliszków, trącił swoim w mój i nadal milcząc przełknął. Poszedłem za jego przykładem. Wódeczka smakowała jak powinna – zimna strużka łagodnie podrażniła mój przełyk niczym kojący balsam. Zakąsiłem chrupiącym ogóreczkiem. Pomyślałem, że nie doczekam się odpowiedzi, ale Rolo odezwał się w końcu:
- To nie tak stary, tak tego interpretować nie można: żałujesz, czy nie żałujesz? Nie da się odpowiedzieć jednym słowem. Zadałeś mi bardzo trudne pytanie. Powiem szczerze, że nie spodziewałem się, że ktoś kiedykolwiek zapyta mnie o to. Dotychczas nikt nie miał takiego prawa. Tylko ze względu na twoją obecną sytuację nie odpowiem ci brzydko – gówno cię to obchodzi. Zrobił krótka przerwę, spojrzał mi głęboko w oczy i powrócił do wątku:
- Powiem tak – po raz drugi bym tego na pewno nie zrobił. Czemu? Nie potrafię odpowiedzieć. Jak pływałem - nigdy nie żałowałem, że to robię. To było coś, co wciąga i trzyma. Coś co pozwala żyć inaczej. Nie chcesz tego zmieniać. Trwasz w tym, bo wydaje ci się, że to jest to coś nie do zastąpienia. Dopiero jak z tym skończysz przychodzi refleksja – po kiego chuja ty tyle lat zmarnowałeś! Po kiego chuja szlajałeś się po całym świecie w pogoni za chuj wie czym. Ale to przecież było takie zajebiste, krwiste i soczyste. Za nic bym tego nie oddał. Rozumiesz ty mnie?
No i co ja mu miałem odpowiedzieć? Po raz pierwszy usłyszałem coś takiego od niego. Zazwyczaj jego ,,morskie opowieści” to były przaśne anegdotki z dużą ilością ,,pieprzu”.
- Rolo! Mój przyjacielu! Jesteś ostatnią osobą, którą chciałbym urazić, przeto nie odpowiem na twoje pytanie. Wybacz mi, jeśli potrafisz.
- No właśnie. Tylko na tyle cię stać? Zadajesz trudne pytania, wymagasz mądrych odpowiedzi, a sam chowasz swoją pustą główkę w piasek, gdy trzeba porozmawiać jak mężczyzna – udawał obrażonego Rolo.
Uwielbiałem z nim pić i rozmawiać. Był do takiej roli stworzony. Miał też wiele innych cennych zalet. Kobieta, która zaciągnęłaby go do ołtarza miałaby najwspanialszego męża na tej półkuli. A może i na obu. Ale jeszcze się taka nie znalazła. I chyba nieprędko się znajdzie. Dziewuchy strzegły Rola przed zakusami potencjalnych narzeczonych bardzo skutecznie, on sam twierdził, że nie nadaje się na męża, że lata spędzone na morzu zrobiły z niego starego wilka, niekoniecznie morskiego. A stare wilki są raczej samotnikami. Miewał, owszem jakieś romanse, miłostki, niejedna próbowała go usidlić.
Jaki to cudowny wynalazek – alkohol – pomyślałem czując totalną beztroskę. Niewielka ilość wystarczyła, by wygrzebać się z totalnej czarnej dupy, w której jeszcze godzinę temu tkwiłem po pachy. Teraz, zamiast rozpaczać, martwić się i narzekać spędzałem sobie przyjemnie czas z kimś, kto mnie rozumie, ufa mi i jestem tego pewien, że jakby trzeba było, to poszedłby ze mną nawet do samego Belzebuba, albo jeszcze dalej. Chyba byłem już pijany, bo zachciało mi się śpiewać. Resztki jakiejś nieprzetrawionej przyzwoitości powstrzymały mnie przed zaintonowaniem: ,,Gdzie ta keja, przy niej ten ląd”.
Klientów w knajpie przybywało, ja stawałem się jakiś taki apatyczny, jakbym funkcjonował na zwolnionych obrotach. Wódka straciła swój smak i swoją moc, piłem ją jak wodę. Czułem, że moje ciało tkwi w miejscu, a ja jakbym odklejał się od rzeczywistości, rozpływał się. Nie byłem w stanie nic na to poradzić. Potem zgasło światło.


*


Obudziło mnie walenie w drzwi. Ktoś rozpaczliwie próbował dostać się do mego mieszkania. Tłukł się, jakby się na zewnątrz paliło. Ten łomot rozsadzał mi czaszkę, gdyby nie to, nie zwlókłbym się z wyra i nie poszedłbym chwiejnym krokiem, żeby zabić tego skurwysyna. Gdy przekręciłem zamek, żeby sprawdzić kto zakończy żywot dzisiejszego ranka, drzwi runęły na mnie z takim impetem, że wylądowałem w pozycji horyzontalnej w przedpokoju. Z nosa miałem pędzel. Krew bryznęła jak z hydrantu na moją białą, pogrzebową koszulę.
- Kurwa, to nie ja miałem zginąć! – zacharczałem nieswoim głosem. Nade mną stał z wybałuszonymi oczami i otwartą gębą Kokosza. Jeden z moich osiedlowych kolegów.
- Jezus Maria! Błażej strasznie cię przepraszam. Czemu nie otwierałeś?! Już myślałem, że nie daj Boże po tym nieszczęściu jakiś durny pomysł ci do głowy strzelił.
Cała złość przeszła mi momentalnie, jak chęć puszczenia drugiego bąka po kleksie. Poczciwy Kokosza przywrócił mi wiarę w ludzki gatunek. Tym bardziej, że po chwili wycierał mi nos wilgotną szmatką.
- Kokosza, która jest godzina? – zapytałem, by ukryć nagły przypływ wzruszenia.
- Błażej, zaraz będzie szósta – odpowiedział wypłoszony.
- Co?! To ty kurwa budzisz mnie o świcie i pieprzysz farmazony, że przyszedłeś sprawdzić, czy mi się coś nie stało!? Pojebało cię? – Po moim wzruszeniu nie zostało śladu.
- Hola, hola, Błażej, jestem zgodnie z umową – odszczeknął hardo.
- Z jaką kurwa umową?
- Ho, ho, ho! To się wczoraj szanownemu koledze filmik upierdolił. No, no. To nie pamiętasz jak wczoraj w ,,Zanzi” chodziłeś z butelką wódki, częstowałeś wszystkich i opłakiwałeś swego staruszka?
Momentalnie poczułem nieprzyjemny dyskomfort w okolicach odbytu. Kurwa, tylko nie to! To nie może być prawda!
- Kokosza, zrobię wszystko co zechcesz, nawet loda, tylko powiedz, że to nieprawda.
Popatrzył na mnie z politowaniem i rzekł:
- Nie bój nic. Żartowałem.
- Ja cię chyba Kokosza jednak zajebię – odpowiedziałem niemal z czułością. Jakaż ulga. Gdyby to była prawda to nie mógłbym sobie w pysk spojrzeć. Gotów byłem go ucałować, choć jego fizjonomia zdecydowanie nie zachęcała do tego rodzaju karesów.
- No dobrze, a co z tą umową?
- Dżentelmeńska umowa Błażej. Wczoraj w knajpie jak już byłeś porządnie zadziabany dałeś mi kasę na litra i kazałeś przyjść rano.
- Rano, ale nie nad ranem, na litość.
- Nie tylko ty Błażej wczoraj się najebałeś. Ja też dziś mam kaca giganta. Ty myślisz, że ja wytrzymałbym długo w takim stania w towarzystwie dwóch półlitrówek? Nie Błażej, takim masochistą to ja nie jestem. Podziękuj lepiej i dawaj jakieś szkło, zamiast mnie opierdalać.
Wyjął zza pazuchy dwie półlitrówki żytniej i postawił na stole. Już się na niego nie złościłem. Może to i lepiej, że zjawił się z samego rana z gorzałą. Po wczorajszym łeb mi pękał a w pysku miałem szambo, więc perspektywa rychłego klina była zbawienna. W związku z pogrzebem miałem kilka dni wolnego, nie musiałem nigdzie iść i nie musiałem nic robić. Dzięki alkoholowi zapomniałem prawie o wczorajszym pogrzebie i gówno mnie obchodziło, co ludzie o mnie mówili. Zakrzątnąłem się raz dwa i mogliśmy przystąpić do konsumpcji.
- Szkoda Błażej twojego starego, fajny był z niego… – zaczął po wychyleniu pierwszego głębszego Kokosza. Przerwałem mu bezpardonowo:
- Bardzo cię proszę - przestań mówić o moim starym. Temat jest zamknięty. Na sto procent pewien nie jestem, ale gość najprawdopodobniej leży dwa metry pod ziemią. Tam jest jego miejsce i basta.
- Nie wkurwiaj się Błażej, nie chciałem nic złego powiedzieć, chciałem tylko… – zaczął się tłumaczyć Kokosza.
- Lepiej kurwa nie mów nic! – palnąłem bez zastanowienia.
Tego było za wiele nawet dla kogoś tak cierpliwego i skacowanego jak Kokosza.
- Wiesz co Błażej? Pij sobie sam tę gorzałę, mnie się już odechciało. Mam nadzieję, że ci w gardle stanie, pojebańcze.
I wyszedł trzasnąwszy drzwiami tak, że chyba wszyscy w kamienicy usłyszeli. Chciałem iść za nim, przeprosić, chłopak nie zasłużył na takie traktowanie. Ale coś mnie trzymało w miejscu, coś kazało mi zachować się jak ostatnia łajza.
- Pierdolić to wszystko – powiedziałem beznamiętnie i nalałem sobie żytka do szkła.
No i co dalej? Co teraz? Co mam robić? Wszystko się popierdoliło. Wszystko przez tego skurwysyna! No nie, no. Chyba zwariuję. Dobrze, że Kokosza przyniósł wódę. Wypiłem nawet się nie krzywiąc. To niesamowita cecha gorzały. Zawsze smakuje inaczej, a wtedy kiedy jest najbardziej potrzebna to smakuje jak woda. Tak było i tym razem. Trochę się uspokoiłem. Muszę się zastanowić co robić dalej. Jak to co robić dalej? To samo, co do tej pory, tylko normalnie. Bez tego odium, które odkąd mama odeszła zatruwało mi życie. Ileż to razy życzyłem mu śmierci i jakież to plany snułem, czekając kiedy go w końcu piekło pochłonie. Pochłonęło (mam nadzieję) i co? Gówno! Teraz dopiero nie wiem, co mam robić. A te wszystkie moje plany i zamiary o kant dupy można rozjebać! Spokojnie, Błażejku, spokojnie, w czarniejszej dupie bywałeś i jakoś sobie radziłeś. Poradzisz sobie i teraz. Musisz się spokojnie zastanowić, wybrać to, co dla ciebie najlepsze i robić swoje. Kurwa mać – czym ja się przejmuję? Mam trzydzieści lat, jestem wykształcony, mam dobrą pracę, kumpli, teraz już własne mieszkanie, udało mi się też odłożyć trochę grosza przez ostatni rok, mam za co żyć.
- Tylko nie mam po co! – zarechotałem nieszczerym, pustym śmiechem. - Jak to kurwa nie mam po co? Teraz dopiero jestem wolnym człowiekiem, mogę robić co chcę, nic mnie nie krępuje, nie ogranicza, żyć kurwa, nie umierać. Ale kurwa jak???
Stop. Muszę do tego podejść racjonalnie. Muszę to spokojnie przeanalizować graficznie. Taka analiza niejednokrotnie pomogła mi wybrnąć z poważnych opresji. Przygotowałem papier, moje ulubione, przedwojenne pióro marki ,,Pelikan”, otworzyłem też konserwę turystyczną, bo wypita ćwiartka przypomniała, że lubi zakąskę. Nalałem następną działkę i usiadłem nad czystą kartką papieru. Humor mi się poprawił, powróciła chęć działania. Przedzieliłem kartkę na dwie połówki pionową kreską, po lewej stronie napisałem ,,wyjechać”, a po prawej ,,zostać”. Nie zastanawiałem się, gdzie miałbym wyjechać, to sobie zostawiłem na później - jeśli wybiorę takie rozwiązanie.
,,Zacznę wszystko od nowa z czystym kontem” – napisałem bez wahania po lewej stronie.
,,Nie będę miał żadnych zobowiązań, nikt nie będzie mi życia układał”
,, Bez problemu znajdę wszędzie pracę” – jako inżynier mechanik nie będę miał z tym żadnego problemu. Mogę pracować w każdej firmie, niekoniecznie za biurkiem. W każdej chwili mogę spakować torbę i wyjechać, choćby na koniec świata.
Wypiłem, zagryzłem pokaźnym kęsem turystycznej i dopisałem:
,, Sam będę dokonywał wyborów” – nareszcie wolny. Jak ptak. Nikt nie będzie mnie zmuszał do żadnych decyzji, nikt nie będzie mną sterował. Nie będę musiał oglądać się na innych.
,, Nikt za mną nie będzie tęsknił” – nie mam tu już żadnej rodziny, z Kirą rozstałem się definitywnie, było minęło, nic nas już nie łączy. Mam czyste konto.
,, Mieszkanie mogę bez problemu sprzedać, lub wynająć” – będzie dodatkowy zastrzyk gotówki, kasa zawsze się przyda.
,, Nie będę musiał oglądać pysków fałszywych dobrych sąsiadów ‘’ - ta dulszczyzna pomieszana z bigoterią i słomą wystającą z butów bokiem mi już wyłaziła.
No dobrze, to argumenty za opcją – ,,wyjazd”. A co z wariantem ,,zostać”?
Uzupełniłem szkło i deficyt kalorii tuszonką i zabrałem się za zapisywanie prawej strony.
,, Mam własne mieszkanie” – nie muszę się martwić, gdzie posadzić dupsko w ciepłym kącie. Moje królestwo powiększy się jeszcze, kiedy wypieprzę rzeczy …. Nadal nie przechodziło mi prze gardło słowo – ojca. Będę mógł urządzić je po swojemu. Nareszcie kupię sobie porządny sprzęt nagłaśniający. Będę mógł ,,umilić życie” moim sympatycznym sąsiadom. Na pewno lubią ,,Black Sabbath” i ,,Led Zeppelin”. Tylko do 22.oo. Oczywiście z odpowiednią dawką decybeli. To im wystarczy.
,, Mam nieźle płatną pracę, którą lubię i fajnych ludzi w pracy” – rzadko kto ma takiego farta, żeby robić to co się lubi i żeby mu jeszcze za to płacili.
,, Mam kumpli, swoja ulicę i swoja dzielnicę. Wszystkich tu znam i mnie wszyscy znają” – nie muszę się obawiać nikogo i niczego, no może trochę tych trolli z milicji, ale z nimi jeszcze nie miałem ,,na pieńku”. Byłem niekarany, moja kartoteka była prawie czysta – kilka mandatów, kilka razy kolegium za zakłócanie porządku publicznego. Przedstawiciele tak zwanej władzy nie lubili rozśpiewanych ,,patriotów”, a ja niestety do takich należałem po wypiciu odpowiedniej ilości alkoholu.
,, Tu na cmentarzu leży pochowana moja mama i jeszcze ten… jej mąż. I dziadkowie” – sentymentalny zbytnio nigdy nie byłem, ale groby rodzinne szanowałem i zawsze dbałem o nie. ( Jak teraz będę się modlić na grobie mamy, wiedząc, że ten skurwysyn leży obok niej - jak za dawnych, dobrych czasów) Mimo woli uśmiechnąłem się pod nosem. To trzeba opić – wychyliłem następną ,,banię”. Zauważyłem, że półlitrówka prawie się skończyła. Ale to nie stanowiło problemu. Była jeszcze druga, a ja miałem przecież ważny dylemat do rozstrzygnięcia. Gdyby nie to, to na pewno sam bym do lustra nie pił. Co innego wypić klina, a co innego samemu się napierdolić. Robiłem to po raz pierwszy w życiu, ale też sytuacja w jakiej się znalazłem była delikatnie mówiąc wyjątkowa. ,,Łabądek” z drugiej, otwieranej półlitrówki, skrzecząc przyznał mi rację.
Po wypiciu następnej kolejki dylemat miałem rozstrzygnięty – po kiego grzyba mam stąd wyjeżdżać, gdzie mi będzie lepiej niż na starych śmieciach? Nie będzie tak źle. Jakoś przełknę tę żabę, dojdę do siebie, jeszcze i dla mnie słoneczko zaświeci. Nie ma co się za bardzo przejmować, trzeba iść do przodu, naprzeciw wichrom i burzom. Hajda na koń! Humor mi wrócił, na to konto nalałem sobie jeszcze jednego. Pomyślałem, że przejdę się do ,,Zanzibaru”, dowiem się może coś ciekawego, pogadam z kumplami, coś wypijemy. Będzie jak kiedyś. Spotkam może Kokoszę i go przeproszę. Bardzo mnie ten rym ubawił, śmiałem się jakby mi ktoś za to płacił. Dobra wódeczka zrobiła swoje. Nie miałem już żadnych problemów. Wszystko było jasne i bardzo proste. No to jeszcze na jedną nóżkę – stonóżkę! He, he, he!


*
  • Strona:
  • 1