Dla leniwych:
Ulica Dolna miała swego ,,dobrego ducha”. Był nim Dziadek Korniłow. Mnie kojarzył się ze Skarbkiem - siwiuteńki zasuszony staruszek z długimi, białymi wąsami w starej, wojskowej furażerce.
Jak tylko słoneczko zagościło na nieboskłonie siadał na starym pniaku przy końcu drewnianego płotu, podpierając się sękatą laską, z nieodłączną fajką i czekał. Czekał, aż ktoś zatrzyma się, by z nim porozmawiać, a właściwie posłuchać jego opowieści, a miał o czym opowiadać.
Był synem polskiego powstańca zesłanego na katorgę, żołnierzem carskiej armii pułku Korniłowa i czerwonoarmistą, który postanowił dożyć swoich dni w Ornecie. Nie wiedzieliśmy jak się nazywał naprawdę, bardzo często w jego opowieściach pojawiało się nazwisko jego dawnego dowódcy , więc dorobił się nowego nazwiska - bardzo lubił, jak się do niego tak zwracano.
Mnie najbardziej podobała się jego opowieść o snajperze, który z wieży kościoła zastrzelił wielu jego kolegów w czasie ,,wyzwalania” Ornety, zimą 1945 roku.
Dziadek Korniłow twierdził, że sam wszedł na dzwonnicę i ,,udusił gada własnymi ręcami”. Niedowiarkom jako dowód prawdomówności pokazywał ręce, którymi dokonał tego heroicznego czynu i medal, który otrzymał od swoich dowódców.