,,Stacja Wormditt" cz. VIII - V C - Forum Ornecianki
Witamy, Gość
Nazwa użytkownika: Hasło: Zapamiętaj mnie
  • Strona:
  • 1

TEMAT:

,,Stacja Wormditt" cz. VIII - V C 2023/04/22 20:50 #1

  • Aszok
  • Aszok Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Sekcja historyczna
  • Posty: 399
  • Otrzymane podziękowania: 39
V C


Gdy ja z dziecięco-młodzieńczym zapałem tworzyłem swoją rzeczywistość, która rozrastała się i zataczała coraz to szersze kręgi, obok, równolegle, toczyły się losy innych.
Można wiele zarzucić ówczesnej władzy, można wytknąć wiele błędów, ale jedno trzeba przyznać - Polska się rozwijała. Nawet z perspektywy niespełna dziesięciotysięcznego miasteczka, jakim była Orneta. Budowano nowe domy, fabryki, szkoły. Tworzył się przemysł, powstawały nowe zakłady pracy.
To prawda, że karmiono ludzi populistyczną papką, że tępiono jakąkolwiek opozycję, że ograniczano ludziom wolność. Ale każdy, kto chciał, mógł znaleźć zatrudnienie. Kto nie chciał – musiał.
Każdy, kto przepracował wymaganą ilość lat otrzymywał mieszkanie.
Wieczorami można było spokojnie spacerować po ulicach, Milicja Obywatelska czuwała (przy ofiarnej, bezinteresownej pomocy ORMO). Chuligani, wichrzyciele, niebieskie ptaki i wszelkiej maści indywidua niepasujące do socjalistycznej rzeczywistości nie miały lekkiego życia (sam się o tym w swoim czasie przekonałem i na własnej skórze doświadczyłem).
Żadna staruszka nie odchodziła od okienka aptecznego po uświadomieniu sobie, że nie stać ją na leki.
Wszystkie dzieci mogły korzystać z wakacyjnych form wypoczynku, każdego rodzica stać było na zafundowanie swoim pociechom kolonii, lub obozu.
Cena podręczników do szkoły nie przyprawiała rodziców o ból głowy i nie pozbawiała ich snu.
To co oferowała swoim obywatelom Polska Zjednoczona Partia Robotnicza zdecydowanej większości wystarczało, chociaż wpisane w naszą słowiańską mentalność narzekanie, jak zawsze zresztą, słychać było tu i tam.
Państwo socjalistyczne dysponowało szerokim wachlarzem zajęć dla dzieci i młodzieży ze stabilnym i konserwatywnym podejściem do kwestii spędzania wolnego czasu.
Szkoła była otwarta dla uczniów również po południu. Uczniowie mieli do dyspozycji różne formy zajęć połączone ze zdobywaniem wiedzy, kółka: geograficzne, plastyczne, biologiczne, chemiczne. Do dyspozycji amatorów rozwijania tężyzny fizycznej były SKS-y (Szkolne Koła Sportowe).
Również w innych placówkach kulturalno-rekreacyjnych były organizowane zajęcia dla młodych: fotografów, muzyków, filatelistów, tancerzy. Wszystko było bezpłatne, ogólnodostępne.
Również dorośli nie musieli się zbytnio wysilać, by ,,łyknąć nieco kultury”. Władze bardzo chętnie organizowały wszelkiego rodzaju festyny, rocznice i inne imprezy masowe. Towarzyszyły im występy artystyczne o bardzo zróżnicowanym poziomie, które zazwyczaj nie powalały na kolana, ale pozwalały odetchnąć i zabawić się.
Stałym punktem takich imprez była zabawa taneczna przy dźwiękach orkiestry, w której zawsze bardzo licznie uczestniczyli mieszkańcy Ornety i okolic.
Zakłady pracy często organizowały wyjazdy dla pracowników i ich rodzin. Na ryby, grzyby, wycieczki .
Pamiętam mój pierwszy taki wyjazd nad kryształowo czyste jezioro Księżnik (oficjalna nazwa tego akwenu to Wukśniki, ale o tym mało kto wiedział, a na pewno nikt jej nie używał).
Star 25 z odkrytą paką, ławki wykonane z szerokich drewnianych desek, za ,,fajerą” pan Janek, wyjątkowo sympatyczny kierowca Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej. Wszystkie miejsca zajęte, poranne rześkie powietrze i czyste niebo gwarantuje piękną aurę na cały dzień i … ruszamy.
Już sama jazda odkrytym pojazdem, z wiatrem buszującym we włosach, łzami w oczach od zawrotnej prędkości starachowickiego automobilu była niesamowitą frajdą.
Zaskoczeniem dla mnie była kryształowo czysta woda w jeziorze. To było niesamowite, widać było wszystko pod wodą – pływające ryby, bujną roślinność. Tych ryb było zatrzęsienie.
Dwaj panowie, którzy przyjechali z nami byli wędkarzami. Zabrali ze sobą na wycieczkę wędki.
Odłączyli się od rozentuzjazmowanej gromady po przyjeździe i udali się na łowy.
Wrócili po kilku godzinach. Przynieśli ze sobą tyle ryb, że po usmażeniu ich na ognisku jedzenia starczyło dla wszystkich, a było nas kilkadziesiąt osób. Wszyscy najedli się do syta, a wiadomo jak nad wodą dopisują apetyty.
Pałaszowałem świeże ryby z nadgorliwością neofity, ryby które mama przynosiła ze sklepu rybnego ,,śmierdziały”, więc ich nie jadłem, te roztaczały niebiański aromat. A były takie smaczne, że wydawało mi się, że nic smaczniejszego nie istnieje na świecie.
Wszystkie większe zakłady pracy w karnawale organizowały zabawę choinkową dla swoich pracowników. Przed zabawą karnawałową dla dorosłych była zabawa dla dzieci połączona z rozdawaniem paczek przez ,,prawdziwego Mikołaja”.
Co roku do Ornety przyjeżdżał cyrk. Zakłady pracy fundowały swoim pracownikom i ich rodzinom bilety. Oczywiście, że te bilety były finansowane z pieniędzy wygenerowanych przez pracowników, ale jak już ktoś takie bilety otrzymał, to musiał je wykorzystać i zabrać do cyrku całą swoją rodzinę. Sprzedać ich nie mógł, bo w podobnej sytuacji byli prawie wszyscy znajomi.
Był to rodzaj swoistego, dobrowolnego przymusu, który mobilizował jednak ludzi, by ruszyli swoje i swoich bliskich zadki z pieleszy domowych.
Orneckie place i podwórka zapełnione były dziatwą – powojenny bum gospodarczy owocował również wyżem demograficznym. W trzech blokach przy Kwiatowej i kilku jednorodzinnych domkach mieszkało około 140 dzieci.
Nie było problemów z umieszczeniem dziecka w żłobku, czy przedszkolu. Matki, które chciały się realizować zawodowo, mogły to robić bez problemów. Równouprawnienie posadziło kobiety za kierownicami traktorów, za biurkami urzędów i na kierowniczych stolcach.
Zmiana modelu rodzinnego, wymuszona imperatywem dziejowym musiała odbić się niekorzystnie na relacjach rodzice – dzieci, osłabiało to więzi rodzinne, destabilizowało społecznie.
Ale ,,walca cywilizacji” nie dało się zatrzymać. Walec parł do przodu prasując po drodze wszystko; to co potrzebne i to co niepotrzebne.
Ludzie nie zawsze nadążali za nowym, nowe bywało niezrozumiałe, dziwaczne, niepotrzebne. Pamiętam audycję Polskiego Radia, w której redaktor z radiowym mikrofonem poszukiwał - wśród mieszkańców Warszawy, skądinąd stolicy średniej wielkości państwa w środku Europy odpowiedzi na pytanie: ,,Co to jest dyskoteka?” I pamiętam jedną wypowiedź:
,,Jest to nowa dyscyplina sportowa, w której rzuca się na odległość specjalną teczką” . Mówiący wcale nie żartował.
Moje pokolenie było otwarte na wszystkie nowości, cieszyła nas telewizja, radyjka tranzystorowe i inne nowinki techniczne. W niektórych dziedzinach nowoczesność przeganiała codzienność, do innych zaś nijak nie mogła się nawet zbliżyć. Jako najlepszy przykład niech posłuży telekomunikacja – prawie ćwierć wieku po zakończeniu II Wojny Światowej w Ornecie funkcjonowały telefony na korbkę. Nie posiadały tarczy z możliwością wybrania numeru. Trzeba było pokręcić korbką, jak na filmach wojennych, zgłaszała się pani na centrali telefonicznej i przy pomocy wiązki kabli z łączyła z podawanym przez dzwoniącego numerem. Na rozmowę międzymiastową, a nie daj Panie Boże międzynarodową trzeba nieraz było czekać kilka godzin.
Panie pracujące w centrali telefonicznej były bardzo cennymi znajomymi – można było się od nich dowiedzieć bardzo ciekawych informacji o sąsiadach i znajomych, gdyż mogły bez żadnych problemów podsłuchiwać wszystkie rozmowy.
Telefony posiadali tylko wybrańcy losu – małomiasteczkowy establishment i dobrzy znajomi panów z telekomunikacji. Nie było żadnych szans na legalne podłączenie do sieci telekomunikacyjnej. Taka sytuacja trwała jeszcze przez wiele, wiele lat.


*


Po powrocie z wakacji okazało się, że nie będziemy uczniami klasy V A, tylko V C.
Zaskoczenie było totalne, tym bardziej, że nastąpiły takie przetasowania personalne, że z naszej ,,starej” klasy pozostało niewiele osób, większość stanowili nowi uczniowie.
Naszą wychowawczynią i nauczycielką matematyki została Wanda Leszczyńska. Do tej pory uczyła nas jedna nauczycielka, teraz każdy przedmiot był domeną innego nauczyciela. Do tej pory uczyliśmy się w jednej, naszej klasie, teraz skazani byliśmy na permanentną peregrynację po wszystkich zakamarkach szkoły. Miało to swoje dobre, ale i złe strony.
Część ,,nowych” do tej pory nie była uczniami naszej szkoły, zostali do nas dokooptowani po rozwiązaniu Szkoły Podstawowej nr 18 mieszczącej się do tej pory w gmachu liceum ogólnokształcącego.
Nadal byłem jednym z najniższych uczniów i tak już zostało do końca podstawówki.
Kilku nowych uczniów, to byli ,,weterani”, odporni na wiedzę, lub tylko na nowoczesne metody nauczania. Powtarzali piątą klasę po raz kolejny, niektórzy z nich powinni już być absolwentami naszej szkoły, a mimo to z uporem godnym ważniejszej sprawy konsekwentnie naśladowali niejakiego Syzyfa. Towarzyszyła im aura swoistej niezwykłości rodem spod namiotów jarmarcznych cyrków i niechlubne miano - ,,przerośniętych”. Zajmowali ostatnie ławki w klasie, byli postrachem dla ,,nieprzerośniętych” i wiecznym utrapieniem dla belfrów.
Szybko zorientowałem się, że między nauczycielami a przerośniętymi panowało niepisane przymierze. Nauczyciele nie ,,czepiali się” przerośniętych, czyli nie nagabywali czy mają odrobione zadania domowe, nie wywoływali ich do odpowiedzi, a oni w ramach symbiozy nie przeszkadzali nauczycielom w prowadzeniu lekcji. Zapewniali też belfrom specyficzne wsparcie, gdyż nie pozwalali uczniom nieprzerośniętym na żadne ekscesy, które były tylko i wyłącznie ich przywilejem. Swoiste status quo rzadko było zakłócane. A jeśli już, to nauczyciele przeważnie kiepsko na tym wychodzili. Przerośnięci tworzyli wąską, zamkniętą grupę, trochę przypominającą subkulturę więzienną. Trzymali się razem, prezentowali konserwatywne postawy aspołeczne, do pozostałych uczniów raczej się nie odzywali. Jeśli już, to tylko w formie wydawanych poleceń, realizowanych bez szemrania. Na przykład: ,,daj mi tą kanapkę”, ,,spadaj stąd", ,,kopsnij zeta”.
W piątej klasie rodzice pozwolili mi zapisać się do harcerstwa, imponowali mi młodzi ludzie w elegancko wyglądających mundurkach, a najbardziej podobał mi się pas z przytroczoną do niego finką, w skórzanej, brązowej pochwie.
Jako młody druh stałem się posiadaczem wymarzonych atrybutów.
Podobało mi się harcerstwo, zbiórki, pochody, podchody i ta tajemnicza aura temu wszystkiemu towarzysząca. Kiedy pojawiła się informacja, że w wakacje będzie zorganizowany obóz harcerski, jako jeden z pierwszych się zapisałem. Mama była wprawdzie sceptycznie nastawiona do tego pomysłu, bo po raz pierwszy w życiu miałem sam wyjechać z domu, ale ojciec wsparł mnie stwierdzając autorytatywnie:
- Niech jedzie, niech się uczy samodzielności, krzywdy mu tam nikt nie zrobi.
Z niecierpliwością czekałem na lato i wyjazd na obóz.
Ale w międzyczasie miało miejsce zdarzenie, które w sposób zasadniczy wpłynęło na moje dorosłe życie - inicjacja alkoholowa. A jak do tego doszło?
Wśród przerośniętych znalazł się jeden, który przełamał kanon diaspory. Nazywał się Jurki Markun i nie wiadomo z jakiej przyczyny nawiązał znajomość z Tadkiem Piastą, moim kolegą z ławki od pierwszej klasy. A jak z nim, to i ze mną. Jurki był wprawdzie nikczemnego wzrostu, ale miśkowatej postury i budził uzasadniony respekt u wszystkich rozrabiaków w naszej szkole. Źle kończyli ci, co swoją brawurą doprowadzali do konfrontacji z Jurkim.
Razem chodziliśmy palić papierosy za szkolne garaże, razem chodziliśmy na oranżadę w czasie przerw między lekcjami. Jurki był typem ,,bajarza”. Miał dar opowiadania, obojętnie o czym mówił, robił to z takim zaangażowaniem i autentycznością, jakby relacjonował najważniejsze wydarzenie na świecie z nim samym w roli głównej. Przy tym Wszechmocny wyposażył go w niewiarygodnie zaraźliwy śmiech. Jak Jurki zaczynał się śmiać, to wszyscy w jego towarzystwie musieli się śmiać. Bez wyjątku.
Nieraz myślałem, że Jurki świadomie wybrał sobie rolę przerośniętego, bo gdyby podczas dialogu nauczyciel - uczeń zastosował swoje krasomówcze zdolności, to efekt końcowy był delikatnie mówiąc nieprzewidywalny. Dlatego też konsekwentnie milczał na lekcjach, odporny na wszelkie pedagogiczne próby zmotywowania go do mówienia.
Co tu kryć – imponowała nam ta znajomość, czas z nim spędzony nie był czasem straconym, bynajmniej. Dodatkowym handicapem była nasza nietykalność . Nie obawialiśmy się nikogo, na wiele mogliśmy sobie pozwolić, chronił nas szczególny immunitet – byliśmy kumplami Jurkiego.
Było to zimą, był piękny słoneczny, mroźny dzień. Tadeusz (tak mówiła do niego matka, tak też mówiliśmy my) pochwalił się, że jego matka robi bardzo smaczne wino wiśniowe. Jurkiemu aż oczy zabłysły jakimś nienaturalnym blaskiem i skwitował to krótkim:
- No to dawaj !
Tadeusz wiedział, że nie odmawia się Jurkiemu, wiedział też, że wino jest zamknięte w kufrze na strychu, a klucz od strychu i kuferka nosi przy sobie matka i nie ma takiej istoty, która byłaby w stanie jej te klucze odebrać. Poza tym jest teraz w pracy. Nie omieszkał, z duszą na ramieniu przekazać tego Jurkiemu. Ten, o dziwo nie stracił rezonu i zaordynował:
- Idziemy tam.
Pospiesznie udaliśmy się pod wskazany adres, a po obejrzeniu solidnej kłódki Jurki pokręcił niepocieszony głową i zawyrokował:
- Nie dam rady otworzyć tej kłódy. Kto ma jeszcze klucze od tego strychu?
- Sąsiedzi z parteru i z pierwszego piętra - odpowiedział Tadeusz.
- No to pożycz klucz od któregoś – nie tracił rezonu Jurki.
Tadeusz zaczął pukać po kolei do sąsiadów, ale nikt nie otworzył bo prawie wszyscy byli w pracy.
Jurki przez szparę w drzwiach zauważył, że strych jest umieszczony na całej środkowej części bloku, więc z sąsiedniej klatki też można się tam dostać. Potrzebny był tylko klucz. Na to też znalazł się sposób. Jurki przypomniał sobie, że w sąsiedniej klatce mieszka babka jego sąsiadów – stara Stechowa i od niej postanowił wycyganić klucz.
Jak pomyślał, tak uczynił. Poszedł, nakłamał, że jej wnuk Mirek chce wziąć ze strychu narty i prosił go o ich przyniesienie. Nie odmawia się Jurkiemu. Nie wiem, czy stara Stechowa o tym wiedziała, czy nie, ale klucz mu dała. Pobiegliśmy szybko na górę, otworzyliśmy drzwi i pełni zapału wreszcie dotarliśmy do kufra. Niestety, prezentował się jak twierdza nie do zdobycia. Był pokaźnych rozmiarów, wieko było zamknięte na skobel, a na nim wisiała taka sama kłódka jak przy drzwiach.
Ciekaw byłem co zrobi Jurki, nie ukrywam, byłem pod wrażeniem jego pomysłowości i determinacji.
Sprawa wyglądała na przegraną. Jurki raz jeszcze pokręcił z niezadowolenia głową, ale się nie podawał. Niczym Arsen Lupin obejrzał sobie całą skrzynię szukając jej słabych punktów, postukał, popukał i po chwili jego twarz zajaśniała promiennym blaskiem:
- Idź Tadeusz przynieś z domu śrubokręt - wydał polecenie.
- Co ty chcesz śrubokrętem rozwalić kufer? – przestraszył się Tadeusz – przecież stara jak się dowie to mnie zabije.
- Zaufaj mi przyjacielu, nie rozwalę kufra i stara nic się nie dowie. A my winka się napijemy – radosny uśmiech na jego okrągłej twarzy był zwiastunem ciekawych wydarzeń.
Tadeusz niebawem wrócił ze śrubokrętem, wręczył go Jurkiemu i z napięciem oczekiwał dalszego ciągu.
Jurki obejrzał końcówkę śrubokręta, sprawdził palcem jego ostrość i zaszedł kufer od tyłu.
My za nim.
Zaczął odkręcać wkręty, którymi były przymocowane zawiasy wieka.
Nic już nam tłumaczyć nie musiał – nasz niemy podziw dla jego geniuszu towarzyszył mu do ostatniej śrubki.
Nastąpił kulminacyjny moment całego spektaklu – Jurki uniósł w górę wieko i ujrzeliśmy całą baterię butelek ściśle poupychanych we wnętrzu kufra.
- Ola la ! - Radośnie zawołał Jurki Markun i widać było po nim, że radość ta nie jest udawana – Potrzymajcie to, ja wybiorę coś dla nas – dodał.
Chwyciliśmy za wieko z obu strun a Jurki poszedł od tyłu wybierać. Stanął przed butelkami z uniesionymi w górę dłońmi, poruszając w szybkim tempie rozczapierzonymi palcami, niczym cyrkowy magik tuż przed wyciągnięciem śnieżnobiałego króliczka z wnętrza czarnego cylindra. Pochylił się, by lepiej widzieć i wyciągnął dwie butelki. Takie po oranżadzie, zamykane na archaiczne ceramiczne kapsle. Popatrzył na nie zbliżając je do oczu, odstawił na podłogę i po namyśle dobrał jeszcze jedną, większą, półlitrową – taką po piwie. Następnie porozsuwał pozostałe butelki by zakamuflować powstałe dziury zakładając chyba z góry, że mat ich a Tadeusza ich nie policzyła.
- Dobra, zamykamy ! – pomógł nam umieścić wieko na swoim miejscu i nie tracąc czasu, jakby przez całe swoje młode życie nic innego nie robił przykręcił zawiasy.
- Ani śladu! – zadowolony zatarł ręce i wręczył nam po jednej butelce. Nie muszę chyba dodawać, że sobie zostawił największą.
Opuściliśmy pospiesznie strych i po oddaniu Stechowej klucza zaczęliśmy się rozglądać za jakimś spokojnym miejscem, gdzie moglibyśmy skonsumować naszą zdobycz z dala od ciekawskich oczu dorosłych.
Ciekaw byłem jak smakuje wino, moje dotychczasowe kontakty z alkoholem ograniczały się do oblizywania palca zamoczonego w piwie w okresie dzieciństwa - ojciec czasami w czasie spacerów pozwalał mi na takie eksperymenty. Bardzo mnie wtedy intrygowała piana zbierająca się na wierzchu kufla z piwem i nie mogłem się nadziwić, że dorośli jej nie konsumują. Ba, niektórzy nawet specjalnie usuwali ją z piwa, co dla mnie było jawnym marnotrawstwem.
Butelka z winem schowanym za paskiem od spodni była przyjemnym ciężarem. Byłem podekscytowany nową dla mnie sytuacją i nie mogłem się doczekać konsumpcji. Aż mi ślinka ciekła. Tym bardziej, że nie wiedziałem jak to się będzie odbywać. Widziałem jak piją wino dorośli, ale oni pili w domach, z kieliszków i przy stole. My nie dysponowaliśmy żadnym z tych atrybutów.
Krążyliśmy przez kilka minut po osiedlu, w końcu Jurki zaprowadził nas za nowopowstały pawilon spożywczy Wojskowej Centrali Handlowej i zwrócił się do mnie:
- Dawaj swoją flaszkę.
Bez ociągania się wręczyłem ją Jurkiemu, ten wyuczonym gestem otworzył ją uderzeniem lewej dłoni, powąchał, skinął z uznaniem głową i przechylił dnem do góry. Zabulgotało i po chwili jednej trzeciej trunku już nie było. Patrzyłem na niego z niekłamanym podziwem. Z jaką swobodą i lekkością on to zrobił. Ten mlasnął ukontentowany, musiało mu chyba smakować, bo aż się oblizał i przekazał butelkę Tadeuszowi.
On też sobie poradził bez większych problemów. Nie wyszło mu to wprawdzie tak sprawnie jak naszemu starszemu koledze, ale też nie miał się czego wstydzić.
Przyszła kolej na mnie i z duszą na ramieniu przytknąłem usta do butelki z pozostałą zawartością. Nie taki diabeł straszny – poszło mi lepiej niż się spodziewałem. Przełknąłem kilka łyków i butelka była pusta. Prawdę powiedziawszy to nawet nie poczułem smaku, za szybko to się odbyło. Było słodkie i zimne.
Po kilku minutach poczułem w głowie dziwny, ale przyjemny szmerek i humor mi się poprawił jakbym dostał piątkę z chemii. Koledzy chyba poczuli to samo, bo zaczęliśmy śmiać się jak głupki do gomółki sera. A jak Jurki włączył swój rechot, to nasz śmiech stał się niebezpieczny. Nie mogłem się powstrzymać , rechotałem jak głupi. Mięśnie brzucha bolały mnie tak, że musiałem przykucnąć, w końcu się przewróciłem. Brakowało mi powietrza, łzy leciały z oczu jak licytowanemu Żydowi, a mięśnie twarzy doznawały skurczów. Dopiero jak zanurzyłem głowę w śniegu mogłem na chwilę przestać. Ale tylko na chwilę. Wystarczyło, że spojrzałem na rechoczącego, turlającego się w śniegu Jurkiego i paroksyzmy śmiechu wróciły jak sraczka po niedojrzałych gruszkach. Musiałem znowu ratować się nurkowaniem w śniegu.
Nie wiem ile to czasu trwało, ale jak przestaliśmy się śmiać, to czułem się tak, jakby mnie przejechały sanie Świętego Mikołaja. I to kilka razy.
Drugą butelkę wina skonsumowaliśmy już spokojnie. Humory nam dopisywały, ataków ,,głupawki” na szczęście już nie doświadczyliśmy.
Trzeciej nie wypiliśmy, bo Jurki zabrał ją ze sobą. Nie tłumaczył się dlaczego, bo Jurki nigdy się przed nikim nie tłumaczył.
Dobre samopoczucie trwało kilka godzin, do wieczora wszystko wyparowało ze łba i po piciu wina pozostały tylko przyjemne wspomnienia.
Jeszcze jedno ważne wydarzenie miało miejsce tej zimy. Nadal kumplowałem się z Cześkiem i Staśkiem, chociaż widywaliśmy się rzadziej, a to przede wszystkim dlatego, że uczyliśmy się w różnych klasach.
Rodzice Cześka za wszelką cenę, wbrew jego zainteresowaniom chcieli zrobić z niego akordeonistę. Co z tego, że kupili mu nowiutkiego ,,Weltmeistera”, co z tego, że posyłali go do bardzo dobrego nauczyciela gry na tym ciekawym instrumencie, jak chłopak nie miał ani słuchu, ani smykałki do grania na ,,harmoszce”. Chęci zresztą też nie miał. Nie potrafił jednak przeciwstawić się rodzicom i wciskał bez entuzjazmu klawisze swego niekochanego instrumentu, dobywając z niego rachityczne dźwięki, tracąc czas i pieniądze ciężko pracującego, schorowanego ojca. Wtedy to dorobił się ksywki ,,Piano”.
Razem z nim u tego samego nauczyciela nauki pobierał też Zbyszek ,,Lustyk” – również mieszkaniec Kwiatowej. Jemu jakoś tak sprawniej szło i jego instrument wydawał dużo przyjemniejsze dla ucha dźwięki. Do tego stopnia, że występował publicznie, na przykład w czasie akademii szkolnych organizowanych z okazji mniej, czy bardziej bzdurnych uroczystości.
Oprócz smykałki do przebierania palcami po klawiaturze akordeonu Zbyszek posiadał jeszcze jedną, w której wykorzystywał perfekcyjnie sprawność swoich dłoni. Uwielbiał, na oczach ekspedientek sklepowych kraść im sprzed nosa różne rzeczy. Przede wszystkim były to słodycze i owoce. Ale nie tylko. Potrafił na przykład ukraść długopis sprzedawczyni, która odwróciła się na chwilę, by sięgnąć po coś za plecami. Robił to z prestidigitatorską wręcz zręcznością. Potem z miną niewiniątka przyglądał się nieszczęsnej kobiecie, która z niedowierzaniem rozglądała się wokół siebie w poszukiwaniu pisaka, którego jeszcze przed chwilą używała.
Innym razem w ciągu ułamka sekundy potrafił porwać z lady i schować za pazuchą dwukilogramowy blok. Objaśnienie dla niewtajemniczonych – blok to był wyrób cukierniczy, który był namiastką chałwy i składał się z jasnej, twardej, obrzydliwie słodkiej brei z kawałkami herbatników w środku uformowanej w prostopadłościenną bryłę.
,,Lustyk”, jak każdy artysta potrzebował do swoich występów publiczności. Nie kradł jak nie miał widowni. Tę publikę stanowiliśmy my: Piano i ja. Żeby było zabawniej przed spektaklem informował nas, co będzie jego łupem, albo wręcz prosił nas, byśmy sami mu taki cel wskazali. Nie bał się wyzwań. Były to czasy, kiedy dysponowaliśmy taką ilością różnorakich smakołyków, że nieraz nie mogliśmy patrzeć na czekoladę, czy inne słodycze.
,,Lustyk” był bezkarny w swym procederze – ani razu żadna ekspedientka nie przyłapała go na gorącym uczynku. Był coraz bardziej pewny siebie i swoich umiejętności. Do tego zimowego późnego popołudnia, kiedy to jego dobra passa urwała się jak pasek klinowy w Zaporożcu.
Przeżarci słodyczami przechodziliśmy obok sklepu rybnego. Za oknem poustawiane były piramidki z konserw rybnych.
- Zjemy sobie po konserwie rybnej – ni to zaproponował, ni zawyrokował ,,Lustyk”. – Wchodzimy do sklepu.
W sklepie było kilka osób, więc wydawało się, że warunki są sprzyjające. Piramidki z konserw rybnych były ustawione za drewnianą barierką zasłaniającą dolną część okna na wysokość mniej więcej piersi ,,Lustyka”. Zadanie nie było łatwe. Musiał sięgnąć ręką ponad barierką, opuścić rękę, zdjąć z wierzchołka piramidki konserwę tak, by ta nie runęła i potem schować ją za pazuchę. Tym bardziej, że oprócz sprzedawcy musiał uwzględnić przechodniów, którzy mogli zauważyć z zewnątrz jego dziwne zachowanie.
Kręciliśmy się chwilkę po sklepie, po czym ,,Lustyk”, niczym grzechotnik błyskawicznie wyciągnął na chwilę rękę, by po chwili umieścić ją za pazuchą. Nawet nie zauważyłem, czy udało mu się zabrać puszkę.
Po chwili do sklepu weszły dwie kolejne osoby a dwie inne go opuściły. Kręciliśmy się po sklepie oglądając martwe ryby złowione gdzieś tam daleko, daleko, za siódmymi morzami.
Lustyk robił swoje.
W pewnym momencie ze sklepu wyszły kolejne osoby a wraz z nimi do drzwi udał się sprzedawca. Niewysoki, korpulentny, łysiejący brunet w poplamionym, białym kitlu. Wyciągnął z kieszeni klucz, wsadził go w zamek, przekręcił dwa razy, zajrzał za barierkę i z triumfującym uśmieszkiem zwrócił się do ,,Lustyka”:
- Oddawaj złodzieju konserwy !
- Jakie konserwy ? – zapytał z miną znudzonego ministranta.
- Posłuchaj chłopcze – ze stoickim spokojem zwrócił się do niego sprzedawca ryb – znam twego ojca, wiem jak się nazywasz i gdzie się uczysz. Jutro dyrektor szkoły będzie wiedział o twoim wyczynie, przepraszam o waszym wyczynie – tu spojrzał wymownie na mnie i na ,,Piana” – od ciebie zależy, czy o tym ma być powiadomiona również milicja.
Dopiero teraz dotarło do mnie, że ja też poniosę konsekwencje i nogi się pode mną lekko ugięły. Ze strachem patrzyłem na ,,Lustyka”, który zastanawiał się co robić dalej. Na szczęście nie trwało to długo. Sięgnął za pazuchę i wyjął po kolei trzy konserwy ,,Makrela w oleju aromatyzowanym”.
- A wy jak się nazywacie? – spytał sprzedawca odkładając puszki na ladę.
Nie było sensu kłamać, więc podaliśmy swoje nazwiska.
- Waszych rodziców też znam, na pewno będą z was dumni - zakończył spotkanie otwierając nam drzwi.
Wyszliśmy ze sklepu w milczeniu i skierowaliśmy się w stronę Kwiatowej. Przez kilka minut nie odzywaliśmy się do siebie, wkurzeni na to co się stało. Milczenie przerwał ,,Lustyk”:
- To gdzie idziemy zjeść te konserwy? – zapytał ze stoickim spokojem. Po czym wyjął zza pazuchy trzy puszki makreli w oleju aromatyzowanym.
Spotkanie z dyrektorem szkoły zaowocowało bolącymi skroniami i obniżoną po raz pierwszy w życiu oceną ze sprawowania na półrocze. Pod znakiem zapytania stanął mój wyjazd na obóz harcerski. To była dla mnie najdotkliwsza kara. Postanowiłem, że zrobię wszystko by zatrzeć złe wrażenie. Z moim charakterem łatwe to nie było – za żadne skarby nie mogłem znowu podpaść, bo wtedy definitywnie pożegnałbym się z wyjazdem.
Tak naprawdę, to ja nie byłem rozrabiaką. Samo tak jakoś wychodziło. Miałem pecha - albo trafiałem w nieodpowiednie towarzystwo, albo znajdowałem się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Najczęściej z nieodpowiednim towarzystwem. Nawet jak się starałem, żeby robić coś właściwego , to wychodziło jak zwykle.
W piątej klasie zacząłem interesować się radiotechniką i elektroniką. Prenumerowałem w kiosku
Ruchu najpierw ,,ABC Techniki”, potem ,,Horyzonty Techniki”. Czasami kupowałem ,,Młodego Technika”.
Nie ukrywałem swoich zainteresowań, wszędzie gdzie mogłem, różnymi dostępnymi metodami zdobywałem części od starych radioodbiorników, słuchawki telefoniczne, oporniki, kondensatory, tranzystory i każdy inny radiotechniczny złom.
Konstruowałem prymitywne odbiorniki radiowe, między naszą trójką funkcjonowała sprawna łączność telefoniczna. Zamierzałem zostać krótkofalowcem, potem znanym cybernetykiem - wynalazcą. Rodzice nie mieli zastrzeżeń do mojego nowego hobby, chociaż mama narzekała na coraz większą stertę ,,złomu”.
Nie wiem jak potoczyłaby się moja kariera ,,radiowca” gdyby nie mały psikus losu. W szkole naszej, obok sali gimnastycznej mieścił się mały magazynek, w którym przechowywano sprzęt sportowy, turystyczny i inne rzadko używane sprzęty. Ktoś się do tego magazynku włamał i uszczuplił jego zawartość. Zginęły między innymi telefony polowe.
Jakiś miejscowy Sherlock Holmes skojarzył to z moimi zainteresowaniami i gdy któregoś dnia wróciłem wczesnym popołudniem ze szkoły zastałem tam płaczącego brata i okazałej postury milicjanta, który pakował do wielkiego papierowego worka moje radiowe skarby.
Rodziców nie było w domu. Nie było tez naszej łączności telefonicznej – aparaty i przewody zostały zdemontowane i zabrane przez strzegących ładu i porządku funkcjonariuszy w niebieskich uniformach.
- Ty jesteś Mieczysław Łuksza? – zapytał nie przerywając swego zajęcia milicjant.
- Tak – odpowiedziałem zdziwiony i zaskoczony niezwykłą sytuacją.
- Pojedziesz z nami – powiedział mundurowy, a brat zaczął głośniej płakać.
- A ty czego beczysz? – warknął – przecież ciebie nie zabieramy !
O dziwo zamiast się przestraszyć zezłościłem się. Jakim prawem ten gbur mówił tak do mego brata, przecież to jeszcze dziecko.
- Czy to wszystko ? – zapytał patrząc na mnie.
W piwnicy miałem dużo więcej ,,gratów”, ale pomyślałem sobie – Gówno to cię obchodzi chamie – i odpowiedziałem:
- Tak.
- Zbieraj się, jedziemy – powiedział podnosząc wór.
- Wolałbym poczekać na rodziców – odpowiedziałem.
- Gówno mnie obchodzi, co byś wolał, idziemy – zakończył rozmowę popychając mnie workiem.
Zawieźli mnie na komisariat. Kazali mi wybrudzić jakimś czarnym, niezmywalnym ,,świństwem” palce, pobrali moje odciski i zaczęło się ,,maglowanie”. Trwało kilka godzin. Gbur po kolei wyjmował z worka ,,fanty” a ja musiałem opowiadać ze szczegółami skąd je mam i od kiedy jestem ich posiadaczem. On to skrupulatnie zapisywał. Szybko zorientowałem się, że jest to czynność, która zmusza go do nadludzkich niemal wysiłków. Męczył się okrutnie, więc postanowiłem zemścić się za krzywdę moją i brata mego rodzonego. Zacząłem wymyślać dziwne nazwy poszczególnym częściom. I tak kawałek ebonitowej płytki z kilkoma opornikami i kondensatorami stawał się ,,modułem rezystencji binarnej”, a zwykła cewka ,,elektrolizatorem średniozakresowej konwergencji”.
Początkowo próbował mnie dopytywać do czego poszczególne części służą, ale jak zacząłem mu tłumaczyć ,,binarną koniunkcję elektronów obwodowych” szybko z tego zrezygnował – jego mały móżdżek, ukryty głęboko za grubymi kośćmi czaszki był zagrożony przegrzaniem.
Z posterunku odebrał mnie ojciec. Tak zakończyła się moja przygoda z elektroniką.
  • Strona:
  • 1