,,Stacja Wormditt" część II - Forum Ornecianki
Witamy, Gość
Nazwa użytkownika: Hasło: Zapamiętaj mnie
  • Strona:
  • 1

TEMAT:

,,Stacja Wormditt" część II 2023/03/14 16:53 #1

  • Aszok
  • Aszok Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Sekcja historyczna
  • Posty: 399
  • Otrzymane podziękowania: 39
TO WCALE NIE BYŁO ZABAWNE



Wincek, wylegując się na ciepłym piecu z zainteresowaniem przysłuchiwał się rozmowie starszych. Rodzeństwo już spało, on nie. Rzadko się zdarzało, by wszyscy bracia ojca i szwagrowie spotykali się tyle razy, by rozmawiać na jeden i ten sam temat – jechać, czy nie jechać? Tak było od kilku tygodni. Nie tylko oni byli tym zainteresowani, problem dotyczył wszystkich w Dukojniach. Kobiety między sobą również tylko o tym rozmawiały. No bo jak to tak – zostawić wszystko i wyjechać w nieznane, na poniewierkę.
- Ja tam zdania nie zmienię, wy róbcie jak chcecie! – głos ojca, najstarszego z braci brzmiał dobitnie i stanowczo.
- Zrobisz jak będziesz chciał, ale pamiętaj, że zostaniesz tu sam jak palec. Prawie wszyscy chcą stąd wyjechać – tłumaczył najmłodszy z braci Wacław.
- A co mnie obchodzą wszyscy, niech robią sobie co chcą, ja ojcowizny nie zostawię – trwał przy swoim ojciec. Wszyscy znali Piotra i wiedzieli, jaki jest uparty i bezwzględny. Po wsi krążyły szeptem przekazywane plotki, że jest członkiem grupy majora Łuny i niejednego ma na sumieniu. Grupa Łuny była postrachem Niemców, partyzanci uprzykrzali skutecznie życie okupantom. Wincek, tak jak wszyscy nienawidził Niemców. Do śmierci będzie pamiętał jak przed kościołem dwa lata temu rozstrzelali na oczach całej wsi sześć osób – ,,partyzantów”. Był wśród nich jego serdeczny kolega Wiktor, który nic wspólnego z partyzantami nie miał. Wiedział o tym, bo znał Wiktora lepiej niż swoich braci. To przez tych cholernych fryców we wsi panował głód, zabierali ludziom wszystko co się nadawało do jedzenia. Gdyby ojciec i inni gospodarze nie mieli w okolicznych lasach ukrytych zapasów, to by wszyscy poumierali z głodu. Głód jest straszny, Wincek chyba nigdy nie zapomni tego uczucia i tej niemocy, jak życie powoli uchodzi z człowieka i jedyna myśl to taka, by cokolwiek co nadaje się do jedzenia wziąć do ust. I to ciągłe myślenie o kartoflach pływających w tłuszczu i skwarkach. I ta gorzka ślina napływająca bez przerwy. Aż się wzdrygnął i znów przestraszył – czy to już zawsze tak będzie?
Bóg i tak czuwał nad Dukojniami, inne wsie spotkał gorszy los - przestały w ogóle istnieć. Niemcy wystrzelali wszystkich, nawet dzieci, a domy spalili. Zostały tylko sterczące kikuty kominów. Wincek widział taką wieś, kiedy w zeszłym roku pojechał z ojcem na jarmark do Oszmiany. Teraz na szczęście nie ma już Niemców, ale co z tego, kiedy są Ruscy. Wprawdzie nie zabijają ludzi, ale też zabierają jedzenie. I wywożą. Na razie tylko kułaków.
Pamiętał jak to było za Polski, wtedy nikt nikogo nie zabijał i jedzenia nie brakowało nikomu. I nie było tego strachu na co dzień. I ludzie wtedy umieli się śmiać. I często śpiewali i tańczyli. Znów powrócił do słuchania.
- Ruskie i tak zabiorą ci ziemię, przecież tu będzie kołchoz – przekonywał szwagier Antoni, mąż Zofii, najstarszej siostry ojca. - Nie chcesz jechać z nami? A kto ci zagwarantuje, że nie wywiozą ciebie jak innych na Sybir. Masz prawie tyle ziemi co kułak.
- Ja tam przed czerwoną hołotą uciekać nie będę – trochę ciszej, jakby z rezygnacją odpowiedział ojciec.
- Zastanów się, czasu jest niewiele. My już zaczęliśmy się pakować – dodał swoje Konstanty, milczący do tej pory, najwyższy z braci.
Wincek też był zainteresowany tematem wyjazdu, ale jego o zdanie nikt nie pytał. Nie wiedział, czy chce jechać, czy zostać. W rodzinie wszystkie decyzje podejmował ojciec – wszyscy, łącznie z matką wykonywali jego polecenia bez zastanowienia. Jak ojciec postanowił, że zostajemy, to tak ma być i koniec, kropka. Szkoda, że wszyscy wyjeżdżają, nie będzie za bardzo z kim pogadać w wolnych chwilach. Ale widocznie tak ma być. Najważniejsze, żeby nie być głodnym.


No i w końcu nastał dzień wyjazdu. Jak na tę porę roku było bardzo ciepło. Cała wieś zebrała się na stacji. Dziś większość z nich opuści rodzinne strony, we wsi zostanie niewielu. Pociąg stał na bocznicy, wokół krzątało się mnóstwo ludzi – jak mrówki poruszali się w przyspieszonym tempie, widać było w ich ruchach napięcie i podenerwowanie. Było gwarno jak na świątecznym odpuście. Każdy miał jeszcze coś do załatwienia, coś do przekazania. Starsi ze łzami żegnali się z ziemią rodzinną, tą ziemią, która tyle potu i krwi wchłonęła, młodsi byli podekscytowani perspektywą nowego – lepszego życia w ojczyźnie, która jakimś dziwnym sposobem oddaliła się od nich o setki kilometrów. Jednym się wydawało, że uciekają, inni wierzyli, że wracają. Ludzie żegnali się ze swoimi bliskimi i sąsiadami, ze swoim dotychczasowym życiem. Ci, co jeszcze nie zdążyli pospiesznie pakowali do płóciennych woreczków garście ziemi ojczystej, by została z nimi na dobre i na złe, by nigdy nie zapomnieć o swoich korzeniach. Jutro wszystko będzie zupełnie inne. Zdawali sobie sprawę, że w takim gronie już nigdy w życiu się nie spotkają. Chcieli nasycić się tą atmosferą, by potem – tam - daleko, do tych chwil powrócić. By nigdy nie zapomnieć.
(…I ja tam byłem na tej stacji, i mnie ze wzruszenia brakowało tchu w piersiach, i mnie po policzkach ciekły łzy gorzkie, niechciane…)
Wincek widział zmianę w zachowaniu ojca - był bardziej posępny niż zwykle, jakby obrażony. Szybko, bez zbytnich czułości i wylewności pożegnał się ze wszystkimi odjeżdżającymi i nakazał matce, by zbierać się do domu. On nie chciał jeszcze wracać, chciał pobyć z odjeżdżającymi, aż pociąg odjedzie. Bał się jednak ojca o to poprosić. Bardzo się więc zdziwił, gdy usłyszał:
- Ty Wincek zostań, może trzeba będzie tu im w czymś pomóc, - mówiąc to zdjął swoją kurtkę i zarzucił mu ją na ramiona dodając – weź, wieczory teraz chłodne.
Nie zwrócił na to uwagi, ledwo się powstrzymał, by nie ucałować ojca w rękę, za to, że pozwolił mu zostać. Taki był zadowolony.
- A nie pojedź z nimi – na odchodne zażartowała jego najmłodsza siostra Irena.
Odpowiedział jej szerokim uśmiechem. Został więc i z ochotą przyłączył się do towarzystwa, które zebrało się przy wagonie, w którym była jego rodzina. Napięcie nieco zelżało, ludzie stali się spokojniejsi, bo sygnału do odjazdu jeszcze nie było. Sołdaty pilnujący pociągu nie pozwalali na opuszczanie wagonów, ale przymykali oko, gdy ktoś chciał na chwilę wyskoczyć za potrzebą w pobliskie krzaki.
Pociąg nie odjeżdżał, więc czas zaczął się dłużyć. Bo ile czasu można się żegnać. Źle jest jak na pożegnanie nie ma zbyt wiele czasu, ale źle też jak jest go w nadmiarze. Ktoś w wagonie zaproponował:
- A może tak po kusztyczku na pożegnanie?
Od razu odezwały się pomruki aprobaty, ktoś spiesznie dorzucił:
- Dobra samogonka najlepsza na rozstanie.
Po chwili stakan z samogonką raźno zaczął krążyć z rąk do rąk.
- Chodź Wincek do nas, wypijmy na pożegnanie – zaprosił stryj Anzelm, najstarszy z wyjeżdżających braci.
- A jak pociąg odjedzie ? – zaniepokoił się chętny do wypicia młodzieniec.
- Jak odjedzie ? Najpierw dadzą sygnał, zdążysz wyskoczyć – uspokoił go stryj Wacław.
Nie trzeba było drugi raz go namawiać, znał już piekący smak samogonu i znał to przyjemne uczucie, które pojawiało się, jak gardło przestawało piec. Pomocne dłonie wyciągnęły się w jego kierunku i już po chwili siedział w wagonie trzymając w dłoni napełnioną szklanicę z grubego, mętnego szkła.
- Za waszą szczęśliwą podróż – uniósł stakan i jednym haustem przełknął jego zawartość. Nie skrzywił się nawet, co nie uszło uwagi wuja Konstantego, który z uznaniem pokiwał głową.
Któraś z ciotek podała mu kawałek chleba ze słoniną, podziękował i z ochotą zakąsił. Humor poprawił mu się jeszcze bardziej kiedy znów przyszła jego kolejka do wypicia. Dumny był, że wujowie traktują go jak równego sobie i pije z nimi łeb w łeb. Ojciec w domu pozwolił mu kilka razy na wypicie jednego kieliszka, ale nigdy więcej. Humory poprawiły się wszystkim, Konstanty wyjął z futerału swój akordeon, z którego był taki dumny i z wprawą zaczął przebierać palcami po klawiaturze. Zaczęły się przyśpiewki, prym wiodła ciotka Maria – żona Anzelma. Miała bardzo ładny głos i lubiła śpiewać. Pojawiło się więcej butelek z samogonem. Ich właściciele zapomnieli, że miała to być moneta przetargowa w razie nagłej potrzeby. A może doszli do wniosku, że taka potrzeba pojawiła się teraz właśnie. Zrobiło się gwarniej i swobodniej. Jak rozochocony akordeonista zaczął grać i śpiewać szydercze piosenki o Ruskich pod drzwiami wagonu pojawił się sołdat i zażądał bez pardonu:
- Tiszyna swołoczy !
Tego tylko brakowało, żeby jakiś Rusek tak się do nich odzywał, duma ich została nadszarpnięta, takiej zniewagi nie można puścić płazem.
- O żesz ty suczy synu! – zerwał się na równe nogi Anzelm i już chciał wyskakiwać z wagonu. Powstrzymał go przed tym widok pepeszy na piersi krasnoarmiejca, więc nakazał Konstantemu:
- Graj Kostek, głośniej!
Nie trzeba było drugi raz powtarzać – harmoszka zawyła przeraźliwie i pijackie wrzaski zagłuszyły wszystko. Sołdat nie zastanawiał się długo - zasunął wrota wagonu i zrobiło się ciemno. Tego nikt się nie spodziewał. Wincek wytrzeźwiał momentalnie:
- Jezus Maria wypuśćcie mnie stąd !!! – wrzasnął i zaczął walić pięściami w twarde deski. Inni też podjęli larum.
- Towariszcz nie wygłupiaj się, otwieraj! Wincka trzeba wypuścić! On z nami nie jedzie! Nie ma żadnych dokumentów! On zostaje! – darli się w niebogłosy.
Na nic to. Drzwi były zamknięte na amen. Na szczęście pociąg nie odjeżdżał. Ale to szczęście nie trwało niestety długo. Po chwili odezwał się przeciągły gwizd parowozu, potężna siła targnęła wagonem i pociąg ruszył. Wszyscy zaczęli drzeć się jeszcze głośniej – na nic, pociąg nabierał rozpędu.
Wincek głęboko wciągnął powietrze i zamarł, poczuł jak ołowiana kula przerażenia przesuwa się w dół po kręgosłupie aż do kości ogonowej. Nie był w stanie oddychać. W końcu niedotleniony mózg zmusił go do wypuszczenia powietrza, które uwolniło się z płuc świszczącym:
- Jezus Maria, Jezus Maria, Jezus Maria…
Spojrzał w twarze otaczających go krewnych z niemym wyrzutem i błaganiem o pomoc. Nie dojrzał niestety niczego, co mogłoby choć odrobinę podnieść go na duchu. Dłuższą chwilę panowało trudne do zniesienia milczenie, które w końcu przerwał Anzelm, którego Wincek w myślach zaczął obwiniać za to co się stało:
- Nie ma co się martwić, pociąg zatrzyma się na następnej stacji, Wincka odeśle się do domu i będzie po strachu – przynajmniej chłopak przejedzie się pociągiem.
Nikogo to niestety nie uspokoiło i ponura atmosfera trwała nadal. Bali się odezwać, no bo co mądrego można powiedzieć w takiej sytuacji. Czuli się w jakiś sposób winni, bo gdyby nie pili i nie śpiewali, to wszystko potoczyłoby się inaczej. Butelki z samogonem zostały dyskretnie zakorkowane i pochowane głęboko w czeluściach pakunków, obok obrazków z wizerunkami świętych, które troskliwie zabrali ze sobą.
Wincek usiadł na jakiejś skrzyni, schował twarz w dłoniach, oparł łokcie na kolanach i próbował zebrać jakoś myśli. Za to, co się stało winił swoich stryjów, szczególnie Anzelma, gdyby wtedy się nie rzucił na tego Ruska, to wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale tacy oni już byli - i ojciec i jego bracia. Nie pozwalali nikomu w kaszę dmuchać. Pomyślał, że dobrze byłoby w tej sytuacji zapłakać, miał do tego prawo, nie był przecież jeszcze dorosły. Płacz przyniósłby tak potrzebną w tej trudnej sytuacji ulgę. Ale lata okupacji ze wszystkimi jej potwornościami spowodowały, że nie umiał już niestety płakać. Przerażenie powoli mijało, pojawiał się lęk, który utrudniał myślenie i złość na Anzelma, która w tym momencie była jego sprzymierzeńcem, bo nie pozwalała pogrążać się w beznadziei. Trzeba czekać aż pociąg zatrzyma się na następnej stacji, tak jak mówił stryj.
- Stryju, a jaka będzie następna stacja? – zdecydował się w końcu na przerwanie kłopotliwego milczenia Wincenty zwracając się do Anzelma.
- No … dokładnie nie pamiętam, ale… sobie przypomnę jak się zatrzymamy – odpowiedział zbity z tropu. Ktoś tam zaśmiał się z wymijającej odpowiedzi, ale nikt mu nie zawtórował. Nikt też się nie podpowiedział. Czyżby nie wiedzieli? Może być, że tak. Ich dotychczasowy świat kończył się na Oszmianie, nie było potrzeby jeżdżenia gdzieś dalej, bo i po co? W Oszmianie był jarmark i sklepy, w których mogli nabyć wszystko, co do życia było im potrzebne. W Oszmianie działały urzędy, których wszyscy się bali, bo każda w nich wizyta wiązała się z wydatkami i problemami. Teraz jechali w nieznane i coraz bardziej docierało do nich, że cel ich podróży jest dużo, dużo dalej, niż to sobie wyobrażali. Do tego dochodziła jeszcze sytuacja z Winckiem. Co będzie, jak pociąg się jednak nie zatrzyma? Wszyscy jak jeden wytężali słuch, by usłyszeć, że parowóz zwalnia swój bieg, że pociąg się zatrzymuje, lecz nic niestety nie wskazywało na to. Jednostajny, miarowy stukot żelaznych kół odbierał im wszystkim nadzieję. Wszyscy myśleli o tym samym. Przecież Piotr im tego nie wybaczy! A jak spojrzą w oczy Marii. Przez nich straciła syna, nawet nie mogła się z nim pożegnać. Czy w ogóle się kiedykolwiek spotkają. Jak to wytłumaczyć, jak prosić o przebaczenie? O Boże, Boże, czym zasłużyliśmy na to co przeżywamy? Czemu nas tak okrutnie karzesz? Pociąg mknął dalej zagłuszając ich nieme skargi i żale.
(…I ja tam byłem, w tym wagonie, i mnie brakowało języka w gębie, i ja nie wiedziałem, co począć…)
Wincek popadł w dziwny letarg, miarowy stukot kół wprawił go w dziwny stan. Nie wiedział ile to czasu trwa: minuty, czy godziny? Czuł się tak, jakby tkwił w jakiejś wielkiej mydlanej bańce i nie brał w tym wszystkim udziału. Jakby to jego nie dotyczyło.
Ten stan przerwało wspomnienie, które nagle się pojawiło. Przypomniał sobie ostatnie chwile z ojcem. Wtedy nie zwrócił na to uwagi, ale teraz zobaczył to raz jeszcze w innym świetle. Czemu ojciec dał mu swoja kurtkę? Przecież nie było wtedy zimno. Przypomniał sobie jego dotyk, kiedy zarzucał mu ją na ramiona. Uświadomił sobie, że w tym geście było coś, czego nigdy nie doświadczał od ojca. Jakaś taka delikatność, troskliwość, prawie czułość. Zawsze był szorstki w obyciu, nie przytulał, nie głaskał żadnego z nich. Czyżby przeczuwał, że to tak może się skończyć? Czyżby to było takie dziwne pożegnanie, błogosławieństwo na drogę? Chciałby Wincek, żeby tak było. Ale czy będzie kiedyś się o tym mógł przekonać? Same trudne pytania, żadnej odpowiedzi. Zrozumiał, że bez względu na to co się stanie jutro, jego dzieciństwo skończyło się bezpowrotnie tam, na tej małej stacji kolejowej, kiedy ojciec zarzucił mu swoja kurtkę na jego szczupłe ramiona. Pogodził się z losem, pogodził z rozstaniem z najbliższymi, zechce dobry Bóg, to sprawi, że niebawem ich spotka. Ulga przyszła nagle, tak jak czasem największa burza niespodziewanie cichnie.
Pociąg zatrzymał się dopiero w Białymstoku, ale nikt z obsługi nie chciał słuchać żadnych wyjaśnień, jeden z Ruskich nawet odbezpieczył pepeszę, dając bardzo wyraźny sygnał, że kontynuowanie tematu może się źle skończyć. Po godzinnym postoju ruszyli dalej.
Wincek obrażony na stryja Anzelma w wagonie trzymał się blisko ciotki Zofii i jej męża Antoniego. Lipscy byli spokojnymi i wyjątkowo cierpliwymi ludźmi. Taki też był ich jedyny syn – Staś, trzynastoletni blondynek z wyłupiastymi oczami. Nie miał też wątpliwości co robić, kiedy na następnym postoju, w Olsztynie pojawił się dylemat: co dalej? Na sąsiednim torze stał pociąg jadący do Ornety. Jakiś kolejarz powiedział im, że to pięćdziesiąt kilometrów stąd. Anzelm namawiał, żeby jechać na Pomorze Zachodnie, twierdząc, że tam jest dużo lepiej niż po tej stronie Wisły. Lipscy nie chcieli jechać dalej, wybrali Ornetę. Poparła ich w tej decyzji część krewnych. Rodzina się rozdzieliła. Wincenty został z ciotką Zofią i wujem Antonim.


*

Warmia jako młode europejskie państwo zasiedlana była przez liczne nacje. Trudno byłoby wyliczyć wszystkie, które miały większy, lub mniejszy wpływ na jej krótką, niespełna ośmiowieczną historię – tu miotła historii częściej niż w innych krainach bywała w użyciu. Po jej prawowitych właścicielach – Prusach nie pozostał już żaden, najmniejszy nawet ślad.
Podczas ostatniego zamiatania w 1945 roku zaczęli ją zaludniać kolejni właściciele. Nie będę się zagłębiał w moralno-historyczny aspekt tego, co się wówczas działo. Skwituję to krótkim resime - nie jest to powód do dumy dla nikogo.
Z różnych stron świata zaczęli się zjeżdżać różni ludzie: goniący za uciekającą ojczyzną, kierowani przez socjalistyczne władze do obsadzania stanowisk w urzędach tworzącego się państwa, ci co chcieli zacząć wszystko od nowa po wojennej zawierusze, ale również osobnicy zagadkowej proweniencji i podejrzanej konduity po to, by zaludnić ,,terra incognita” po wypędzonych poprzednich właścicielach. Jedni trafili tu z wyboru, inni z konieczności, jeszcze inni przez zwykły przypadek, można by rzec - psikus losu. W taki sposób Wincenty jako siedemnastolatek, zaliczając przyspieszony kurs dorastania w wagonie towarowym, bez żadnego dokumentu potwierdzającego tożsamość znalazł się pewnego jesiennego poranka w obcym kraju, w obcym mieście, z dala od swoich rodziców, braci i sióstr. Był jedynym pasażerem, który nie przywiózł ze sobą żadnego bagażu.




*



Po otwarciu drzwi wagonu ujrzeli coś, co wprawiło ich w niemałe osłupienie - kilkadziesiąt fortepianów stojących pod gołym niebem obok budynku dworca. Zastanawiali się po co komu tyle instrumentów i czemu stoją one niczym nie przykryte. Przecież w każdej chwili mógł zacząć padać deszcz, albo śnieg. A to były chyba bardzo drogie rzeczy. Z dala lśniły niczym wypolerowane. Potem przyjrzeli się budynkowi dworca. Był wielki, zbudowany z czerwonej cegły. Nad wejściem widniał napis wykonany dziwnymi literami: WORMDITT
Na stacji zostali poinformowani gdzie mają się udać, by załatwić formalności związane z zameldowaniem. Okazało się, że to niedaleko stąd. Szli szeroka ulicą wybrukowaną kamieniami, mijali ładne, duże niczym pałace, zadbane domy.
Wincenty czuł napięcie, bał się, że może mieć problemy w urzędzie repatriacyjnym. Wprawdzie Lipscy zapewniali go, że nie ma co się martwić, że go nie zostawią samego, mimo tego czuł lęk. Nie on jeden zresztą. Chcieli wierzyć, wierzyli, że jadą do siebie, do swojej ojczyzny, ale nic, co zobaczyli w najmniejszym nawet stopniu nie przypominało im ojczyzny. Obcy krajobraz, obce domy, obce ulice. Teraz ich ojczyzną byli ludzie z wagonu, którym podróżowali i tobołki, które ze sobą przywieźli. Choć ich wnętrza nie zawierały żadnych drogocennych przedmiotów, był to ich jedyny majątek. Prócz siebie i tych bambetli nie posiadali nic. Musieli znaleźć swoje miejsce i swoją ojczyznę na tej obcej, poniemieckiej ziemi. Ciotka Zofia oczywiście zadbała o to, by miał co nieść - bagaży mieli pod dostatkiem.
Coraz więcej wątpliwości rodziło się w ich duszach, ale powrotu nie było. Kości zostały rzucone.
(…I ja szedłem z nimi po tym niemieckim bruku z duszą na ramieniu, i ja z lękiem oglądałem się na boki, i ja tuliłem się do mego tobołka, jak do koła ratunkowego…)
Okazało się, że Wincenty nie miał żadnych problemów z uzyskaniem obywatelstwa polskiego i zameldowania w Ornecie. Cała procedura objęła wypisanie przez urzędnika Państwowego Urzędu Repatriacyjnego na świstku papieru zaświadczenia lakonicznej treści: ,,Wincenty Łuksza, urodzony we wsi Dukojnie w ZSRR, został mieszkańcem Ornety”.
Dziwił się Wincenty, dziwili się inni, jak to jest? W zaświadczeniach mieli napisane, że urodzili się w Związku Radzieckim a wszyscy pamiętali, że miejscem ich narodzin była Polska. Mówili też im, że są repatriantami, a przecież repatrianci, to ludzie wracający po latach do ojczyzny. Oni przecież nie wracają, ich ziemia ojczysta została daleko na wschodzie. Oni z ojczyzny wyjechali ! Do obcego, niemieckiego miasta, które teraz ma być Polską. Ale nie taką, jak ich dawna Polska. Ta ma być ludowa, inna. Nawet z innym godłem – orłem bez korony. Jak to dobrze, że nie wypili całego zapasu bimbru, może on rozjaśni im coś w ich tępych, wiejskich czerepach.
Otrzymali zakwaterowanie w ratuszu, w kamienicy numer 1, na pierwszym piętrze. Wyjaśniono im jak mają tam dojść, więc ruszyli raźno, by jak najszybciej dotrzeć do nowego domu.
Teraz Wincenty czuł się dużo lepiej – zniknął niepokój i strach, pojawiło się zaciekawienie. Jaki to będzie ten ich nowy dom? Chyba się zmieszczą we czwórkę. Ulica, która podążali - Bahnhofstrasse zdawała się nie mieć końca. Domy, które mijali po drodze były wielkie, jak dwory. Na niektórych widać było ślady po pociskach, niektóre były częściowo zniszczone. Budziły u niego obawę, ale i zaciekawienie. Domy w Dukojniach wszystkie były takie same, parterowe, drewniane. Tu wszystkie były murowane i wszystkie były wysokie. Miał nadzieję, że ten w którym mają zamieszkać nie będzie taki wielki. Mylił się.
Kiedy w końcu doszli na miejsce ujrzeli ratusz - największy budynek w mieście, takiego wielkiego to Wincenty jeszcze nie widział. Część kamienic w rynku była w ruinie, gdzieniegdzie leżały sterty gruzu. Inne były mniej, lub bardziej zniszczone. Budynek ratusza wprawdzie był olbrzymi, ale ich mieszkanie było malutkie – po wąskich schodkach wchodziło się na piętro, gdzie były dwa pomieszczenia, jedno za drugim. Oba były umeblowane, więc plotki, że jedzie się na gotowe okazały się prawdziwe. Meble nie były nowe, ale przyzwoite, nie trzeba było wiele przestawiać, by się zadomowić. Tym zajęła się ciotka Zofia, która najbardziej cieszyła się z kranu z którego po odkręceniu kurka ciekła woda. Wprawdzie obawiała się, czy ta woda nadaje się do picia, bo ludzie opowiadali, że Niemcy jak uciekali, to zatruli wodę, więc na razie z niej nie korzystała. U nich w Dukojniach takich cudów nie było, po wodę chodziło się na podwórze, do studni. Tu na miejscu też był też ustęp - bardzo wygodne urządzenie.
Wszyscy byli zadowoleni i na jakiś czas zapomnieli o strachu, obawach i niepewności, które im przez cały czas towarzyszyły. Jak tylko dostali swój własny kąt, pojawiła się namiastka poczucia bezpieczeństwa i lęki zniknęły. I dla nich zaświeciło słoneczko, choć nie wiedzieli na jak długo.
Wuj Antoni zarządził spacer, trzeba było poznać miasto, zorientować się gdzie co jest, może się czegoś ciekawego dowiedzą od innych ludzi. Zwiedzanie rozpoczęli od wizyty w ratuszu, gdzie mieścił się najważniejszy urząd miasta. Tam dowiedzieli się, że wodę z kranu można pić bez problemów, dostali też kartki na żywność i zostali poinformowani, czego nie można robić, a co można . Przede wszystkim nie wolno szabrować, czyli kraść. Z tego co jest w ich mieszkaniu mogą korzystać, teraz to jest ich własność. Jeżeli znajdą jakąkolwiek broń, czy też amunicję, mają natychmiast powiadomić o tym w ratuszu. Nie powinni wychodzić z domu wieczorem dla własnego bezpieczeństwa. O wszystkim, co jest podejrzane mają również powiadamiać urzędników. Władza wprawdzie była polska, ale i w ratuszu i na ulicach widzieli uzbrojonych rosyjskich sołdatów, w charakterystycznych, wypłowiałych mundurach.
Miasto zrobiło na nich wielkie wrażenie - domy były stare, historyczne, ulice były brukowane i wszystkie krzyżowały się pod kątem prostym. Sterty gruzu budziły przerażenie. Straszna jest wojna i straszne jest to, co ze sobą niesie. Ratusz, o dziwo nie doznał poważniejszego uszczerbku. Olbrzymi, ceglastoczerwony kościół też nosił ślady zniszczenia, szczególnie po tej niewidocznej od ulicy stronie. Kiedy weszli do środka ich oczom ukazał się widok zapierający dech w piersiach.
- Toż to… katedra – otworzywszy szeroko usta zastygł w milczeniu wuj Antoni.
Kościół był olbrzymi i bardzo piękny. Z niekłamanym zachwytem przyglądali się wielkiemu ołtarzowi z olbrzymimi rzeźbami świętych. Usiedli w wielkich ławkach, z drzwiami jak w pociągu by się pomodlić.
Wincenty przypomniał sobie ich wiejski kościółek i mimo woli uśmiechnął się. Pomyślał sobie, że w takim pięknym kościele na pewno musi być Pan Bóg, tym rychlej zaczął się gorączkowo modlić i prosić o jak najszybsze spotkanie z pozostawioną w Dukojniach rodziną. Wyszedł z kościoła pokrzepiony, z mocnym przekonaniem, że wkrótce spotka się ze swoimi bliskimi.
Na ulicach nie było ludzi, miasto sprawiało wrażenie wyludnionego. Nawet jak kogoś zobaczyli, to ten ktoś znikał za chwilę, tak jakby przed nimi uciekał. Widzieli różne sklepy, mniej, lub bardziej zniszczone i wyszabrowane. Żaden z nich nie był czynny, mimo, że było dość wcześnie. Okna niektórych były pozabijane deskami. Zwiedzili tylko okolice w pobliżu ratusza, korciło ich wprawdzie, by pójść dalej, ale zdrowy rozsądek zwyciężył.
Wincenty chciał się koniecznie dowiedzieć, gdzie jest poczta i czy jest czynna. Chciał napisać list do rodziców i uspokoić ich, że żyje i gdzie jest. Wuj obiecał, że sprawdzą to jutro, dziś już jest za późno, niebawem się ściemni. Zadając wiele pytań, na które nikt nie znał odpowiedzi zjedli kolację sporządzoną z przywiezionych ze sobą zapasów i zmęczeni dniem pełnym wrażeń udali się na spoczynek.
Dziwnie się czuł Wincenty kładąc się do cudzego łóżka, do czyjejś pościeli. Myślał o ludziach, którzy tu przed nimi mieszkali i tak jak oni musieli opuścić swoje domostwa i szukać swego kąta gdzie indziej. Musieli to być zwyczajni, prości ludzie, tacy sami jak oni. Świadczyło o tym wyposażenie mieszkania, które otrzymali od nowej, ludowej władzy. Co się stało z tymi ludźmi tego ani Wincenty, ani nikt inny nie wiedział.
- Jak to w życiu czasem dziwnie się dzieje i czemu to człowiek musi tak cierpieć, tułać się po świecie - z takimi przemyśleniami zasypiał Wincenty w swoim nowym domu, w swoim nowym łóżku.
Nazajutrz wszyscy udali się po chleb do mieszczącej się w pobliżu ratusza piekarni. Okazało się, że ustawiła się już spora kolejka chętnych, wszyscy musieli być więc nowymi mieszkańcami Ornety. Początkowo panowało wśród nich nieufne milczenie, uspokoili się, kiedy usłyszeli polską mowę - byli wśród swoich. Czekając na chleb dowiedzieli się ciekawych rzeczy o mieście, poznali ludzi, którzy tak jak oni przybyli tu z daleka. Dowiedzieli się, że poczta jest czynna i gdzie się znajduje. Dowiedzieli się, że w mieście czynna jest apteka i jest też lekarz, wprawdzie Niemiec, ale podobno życzliwy. Dowiedzieli się, że poszukiwani są ludzie do pracy i gdzie trzeba się zgłosić, by znaleźć zatrudnienie – oczywiście do ratusza. Dowiedzieli się, że burmistrz jest Polakiem i nazywa się Brzozowski, że można się do niego zgłaszać jak ktoś ma problem, chętnie pomaga. Zapanował rozgardiasz jak na jarmarku – w takiej atmosferze poczuli się swobodnie – już tworzyli swoją nowa rzeczywistość. Jeszcze bardziej poprawiły im się humory, kiedy każdy oprócz bochenka chleba otrzymał puszkę z tuszonką. Wracali do domu w wyśmienitych humorach.
Jeszcze jedna rzecz sprawiła im w tym dniu radość. Staś grzebiąc po szufladach w kredensie, który stał w kuchni znalazł klucz, który pasował do zamka w drzwiach wejściowych.
- No teraz to my jesteśmy naprawdę na swoim – stwierdziła zadowolona ciotka Zofia.
Wuj Antoni został zatrudniony na kolei, proponował to samo Wincentemu. Ale Wincenty nie chciał. Wstydził się do tego przyznać, ale po tym co się wydarzyło w jego życiu bał się pociągów. To pociąg zabrał go od rodziców i przewiózł jak więźnia na koniec świat. To w pociągu przeżył chwile największej trwogi i przerażenia, to pociąg zmusił go do bycia dorosłym. Dlatego bał się pociągów, mimo tego, że tchórzem nie był.

,,Stacja Wormditt" część II 2023/03/14 21:55 #2

  • ewa
  • ewa Avatar
  • Wylogowany
  • Admin
  • Posty: 620
  • Otrzymane podziękowania: 20
Aha, spodziewałam się opisu zatopienia Wilhelma Gustloffa

,,Stacja Wormditt" część II 2023/03/15 09:06 #3

  • Aszok
  • Aszok Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Sekcja historyczna
  • Posty: 399
  • Otrzymane podziękowania: 39
A tu... niespodzianka. To nie o tych ,,orneciakach" jest opowieść, choć niewątpliwie i oni mieliby dużo do opowiadania. Ten wstęp miał za zadanie pokazać, że nasza Orneta, to nie tylko ,,nasza" Orneta. To również Orneta opisywana w wierszach Agnes Miegel (dwa z nich przetłumaczyłem). To była też ich ojczyzna.
REKLAMA

,,Stacja Wormditt" część II 2023/03/15 19:21 #4

  • .
  • . Avatar
  • Gość
Aszok dobrze to ująłeś. To była ich ojczyzna, miejsce na ziemi, tu rodziły się ich dzieci, tu grzebali swoich bliskich. Czasami dziwnie się czuję myśląc, że mieszkam w domu, który był dla kogoś wszystkim.

,,Stacja Wormditt" część II 2023/03/15 21:03 #5

  • Aszok
  • Aszok Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Sekcja historyczna
  • Posty: 399
  • Otrzymane podziękowania: 39
Mimo, że to już tyle lat minęło. Nie da się zapomnieć historii i nie mamy prawa tego robić. Nie Twoja to wina - miotła historii jest bezwzględna i nie kieruje się, ani sentymentami, ani humanitarnymi etosami. Pozdrawiam!

,,Stacja Wormditt" część II 2023/03/15 23:09 #6

  • Krzysztof U
  • Krzysztof U Avatar
  • Wylogowany
  • Admin
  • Posty: 364
  • Otrzymane podziękowania: 16
Młode pokolenie niemieckie nie ma kompletnie pojęcia jak i dlaczego Prusy zostały im odebrane. Nie wiedzą że Polacy też zostali wysiedleni ze swoich domów na wschodzie. Nie znają ciągu przyczynowo skutkowego. Czytając ich komentarze na youtube nóż się w kieszeni otwiera.
Prawda? Nie ma takiej.

,,Stacja Wormditt" część II 2023/03/16 18:41 #7

  • Aszok
  • Aszok Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Sekcja historyczna
  • Posty: 399
  • Otrzymane podziękowania: 39
No cóż, od zawsze wiadomo, że historia... damą nie jest.
  • Strona:
  • 1