Mieczysław Łuksza ,,Stacja Wormditt" cz. XI ,, VII - VIII A" - Forum Ornecianki
Witamy, Gość
Nazwa użytkownika: Hasło: Zapamiętaj mnie
  • Strona:
  • 1

TEMAT:

Mieczysław Łuksza ,,Stacja Wormditt" cz. XI ,, VII - VIII A" 2023/05/14 12:47 #1

  • Aszok
  • Aszok Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Sekcja historyczna
  • Posty: 409
  • Otrzymane podziękowania: 39
VII / VIII A




To czas wypływania na szersze wody, czyli czas penetracji okolic oddalonych od Ornety.
W szkole nudy – nieciekawa codzienna rutyna, jedyne godne uwagi wydarzenie to nowy uczeń w naszej klasie – ,,Łecker”. Starszy od nas (musiał opuścić rok nauki po wypadku drogowym – wpadł pod ciągnik zjeżdżając z górki na sankach), inteligentny, niewysoki blondynek, od razu przypadł mi do gustu. Był doświadczonym wędkarzem i do tego mieszkał niedaleko jeziora.
Wędkarstwo było motorem napędowym naszych peregrynacji. Znudziły nam się szczupaki poławiane w Drwęcy Warmińskiej i wędkowanie w orneckim jeziorku. Zapragnęliśmy nowych akwenów i nowych wyzwań.
Za cel obraliśmy jezioro Taftowo, oddalone od Ornety o około 10 kilometrów jadąc najkrótszą drogą.
Wybór jeziora okazał się strzałem w przysłowiową dziesiątkę.
Można było bez problemów dojechać tam rowerem skręcając w Nowym Dworze w wąską asfaltową drogę prowadzącą do ,,bomboskładu”, czyli miejsca, gdzie wojskowi przechowywali materiały wybuchowe. Przed szlabanem z zakazem wjazdu trzeba było skręcić w lewo i leśnymi drogami dostać się albo na Cypel, albo na Plażę Wojskową.
Można było również jechać inną drogą – przez lotnisko. Stamtąd na Taftę (tak nazywaliśmy jezioro) też było niedaleko. Rzadziej jeździliśmy tędy, gdyż przejazd utrudniały koleiny i kałuże, które znikały tylko na czas długotrwałych upałów.
Nasze ulubione miejsce wędkowania to Drugi Cypel, miejsce naprzeciwko plaży publicznej. Łowiliśmy tam przede wszystkim leszcze i okonie, których było bez liku.
Nasi rodzice, początkowo nieufni i przeciwni dali się przekonać, że nasze wyjazdy są bezpieczne, a przywożone przez nas świeże ryby, były ostatecznie przekonującym argumentem.
Największe problemy miał nasz młodszy kolega ,,Śmirak”, którego matka za nic w świecie nie chciała z nami puścić. Twierdziła, że jest za mały, by złowić jakąkolwiek rybę. A ten rwał się do tego jak kot do waleriany.
Śmirak, sympatyczny blondynek z wiecznie sterczącym na głowie ,,wicherkiem”, mimo mikrego wzrostu od najmłodszych lat miewał przebłyski intelektu, świadczące o tym, że zawartość jego czaszki to nie tylko grube kości. Co zrobił, by mimo wszystko przekonać swoją rodzicielkę?
Otóż sprzedał kilkanaście butelek po alkoholu i uzyskaną gotówkę zainwestował - nabył w sklepie rybnym rybę. Najtańszą a jednocześnie największą. Nie wiadomo co to była za ryba. Nawet sprzedawca nie wiedział. Była pomarańczowo - niebieska, miała olbrzymi łeb z wybałuszonymi, ogromnymi ślepiami, które mimo, że ryba była chyba martwa chytrze zerkały na otaczającą ją rzeczywistość. Miała też duży, prawie pawi ogon.
Matce powiedział, że sam ją złowił, i że jest to ,,sandacz”. Ta kręciła z niedowierzaniem głową, ale gabaryty ryby były na tyle przekonywającym argumentem, że zgodziła się, by Rysio jeździł z nami na ryby. Pod jednym jednak warunkiem – że nie będzie więcej łowił ,,sandaczy”, gdyż po odkrojeniu łba i ogona z przyniesionej przez syna ryby nie zostało nic godnego wrzucenia na rozgrzany na patelni olej.
Potem zaczęliśmy jeździć na ryby na noc. To już było prawdziwe życie traperskie, takie o jakim marzyłem od niezapomnianego pobytu w taborze cygańskim.
Nocą najlepiej brały okazałe leszcze, łowiliśmy je na długie wędki bez kołowrotka, najczęściej na gotowany pęczak, albo na ,,blina”, czyli na usmażonego na suchej patelni grubego naleśnika, najczęściej z dodatkiem jakichś aromatów: wanilii, anyżu, czosnku.
Rzadko udawało nam się wytrzymać całą noc na kładce, trzeba było nad ranem kilka godzin się zdrzemnąć. Nie mieliśmy namiotów, więc spaliśmy albo przy ognisku, na glebie, albo w skleconym z gałęzi szałasie.
Przeklinaliśmy noce kiedy padał deszcz. Pół biedy kiedy był przelotny, nie byliśmy z cukru. Gorzej było jak deszcz nie przestawał padać przez całą noc. To był koszmar. Wszystko było mokre, jakby z wody wyjęte. Często trzeba było pakować się w takich warunkach i po gęstym błocie wracać do domu. Wtedy te kilometry stawały się prawdziwą drogą przez mękę.
Potem trzeba było jeszcze nie zachorować, bo choroba po czymś takim to było pożegnanie się z wyjazdami. Jakoś się na szczęście udawało. Byliśmy na tyle zahartowani, że choróbska omijały nas łagodnym łukiem.
Na ryby jeździliśmy w kilku, albo nawet w kilkunastoosobowych grupach – tylu było chętnych. Piękne to były czasy, zawsze było wesoło (jaka szkoda, że wtedy nie było jeszcze cyfrowych aparatów fotograficznych).
Prawie zawsze przywoziliśmy ze sobą ryby. Jak ktoś nie miał szczęścia i nic nie złowił, to ci co złowili więcej dzielili się z pechowcami. Rzadko, bo rzadko, ale bywało też, ze wracaliśmy ,,o kiju”.
Pamiętam taką jedną wyprawę, na którą zabraliśmy ze sobą mieszkającego na Kwiatowej naszego kolegę - Leszka. Był dziwny. Zawsze patrzył wokoło nieufnie, nienaturalnie błyszczącymi, małymi oczami, jak jakieś małe zwierzątko, zagonione w kozi róg.
Odkąd pamiętam Leszek przebywał w Domu Dziecka, jego ojciec nie żył od lat, matce trudno było utrzymać troje dzieci. Część wakacji spędzał zawsze w domu, więc pojechał z nami.
To była jego pierwsza wyprawa na ryby, po jego zachowaniu widać było, że jest bardziej przejęty i wystraszony niż zazwyczaj. Wiedzieliśmy, że u nich w domu się nie przelewa, więc powiedzieliśmy mu, żeby się nie krępował i korzystał z naszych zapasów jedzenia bez pytania. Nasze mamy dbały o to, byśmy nie zgłodnieli na rybach.
Ryby tej nocy brały słabo, więc zanęciliśmy solidnie resztą pęczaku, zostawiając kilka garści na przynętę i licząc na lepsze brania rano poszliśmy się przespać.
Przed świtem byliśmy już prawie gotowi do łowienia. Prawie, bo nie mogliśmy nigdzie znaleźć pęczaku, który miał służyć za przynętę. Ani blina, który miał być alternatywą. Uczynił się niezły raban, przeszukaliśmy wszystko, co było możliwe do przeszukania po kilka razy i nic.
Kiedy już odeszła nam ochota na dalsze, bezsensowne poszukiwania z szałasu, z nosem dosłownie przy ziemi wypełzł Leszek i drżącym z przejęcia głosem, prawie płacząc, oświadczył:
- To ja zjadłem pęcak, bo w nocy bardzo zgłodniałem. Mało go było, więc jeszcze zjadłem kawałek waniliowego naleśnika. Nie wiedziałem, że to dla ryb.
Przez chwilę trwała złowróżbna cisza, a po chwili zaczęliśmy się śmiać. Najpierw nieśmiało, pod nosem, potem coraz głośniej. Nie śmiał się tylko Leszek, ale jak zaczęliśmy ryczeć na całego, to i on do nas dołączył ze swoim dziwnym, skrzeczącym śmiechem, jakby kaszlem. To był jedyny raz, kiedy słyszałem jego śmiech.
Będąc uczniem siódmej klasy po raz pierwszy w życiu napiłem się kawy. Prawdziwej. Bo były jeszcze inne - ,,nieprawdziwe”, czyli jakieś mieszanki nie wiadomo czego z nie wiadomo czym: ,,Inki”, ,,Turki” itp. Ten dzień również zaliczam do jednego z moich najważniejszych. Pamiętam to wydarzenie bardzo dokładnie. Ciotka Janina Kozakiewiczowa po raz kolejny wróciła z handlowego wyjazdu do Wilna. Jak to w zwyczaju bywało cała rodzina spotykała się, by usłyszeć nowinki z Litwy, spróbować tamtejszych smakołyków i coś ,,egzotycznego” przy tej okazji wypić. Przywiozła ze sobą również duży, kilkukilogramowy worek kawy. Worek był z grubej folii, więc jego zawartość nie budziła mojego zainteresowania, do momentu, kiedy ciotka go rozwiązała, by zaparzyć gościom kawy. Wyczułem subtelny, egzotyczny aromat - moje zmysły wyostrzyły się. Ciotka zapytała kto będzie pił kawę, kilka osób wyraziło chęć, więc i ja podniosłem rękę. Ta, o dziwo potraktowała to jak coś naturalnego i również przede mną postawiła szklankę umieszczoną w złocistej, bogato zdobionej w fantazyjne ornamenty metalowej podstawce – najnowszy krzyk mody rodem zza Buga. Te podstawki wydały mi się symbolem bogactwa i luksusu – niczym z królewskiej zastawy.
- Z czegoś takiego można pić tylko coś wyjątkowego – pomyślałem. Moja mama zaczęła oczywiście protestować, twierdząc, że jestem za młody, by pić kawę, ale Janina, jej starsza siostra zlekceważyła to prychnięciem i wzruszeniem ramion. Bardzo mi się to spodobało. Moja szklanka pozostała więc na swoim miejscu. Gdy ciotka zaczęła mielenie brązowych ziarenek w elektrycznym młynku powietrze wypełniło się intensywniejszym aromatem. Potem nasypała do szklanek stosowną ilość czekoladowo-brązowego proszku i zaczęła zalewać to wrzątkiem. Z niekłamanym zainteresowaniem obserwowałem kawowe misterium. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że to najbardziej barbarzyński sposób przyrządzania kawy (nawet amerykańskie pastuchy przed wiekiem czegoś tak prostackiego nie robiły). Jeszcze przyjemniejsze zapachy połaskotały moje nozdrza. Już wtedy wiedziałem, że smak tego napoju nie rozczaruje mnie. Przełknąłem ślinę, nie mogąc się doczekać degustacji. Przedtem jeszcze trzeba było kawę posłodzić. Podobno dwiema łyżeczkami cukru. Żeby przypadkiem nie było za mało wsypałem do swojej szklanki jeszcze pół łyżeczki. Cukier osiadł niewielką piramidką na wytworzonej pianie. Nie tonął. Obserwowałem przez chwilę innych, oni tym się nie przejmowali, więc i ja postanowiłem uzbroić się w cierpliwość. Po kilku sekundach piramidka w mojej szklance od podstawy zmieniła kolor na brązowy, by niczym spławik przy braniu zatonąć w warstwie piany. To też mi się spodobało. Taka mała rewolucja w szklance. Pozostało tylko zamieszać, by cukier się rozpuścił i kawa była gotowa. Niestety była jeszcze za gorąca, by ja pić, więc moja cierpliwość była nastawiona na maksymalne obroty. Obawiałem się jednego – że poparzę sobie usta przy pierwszym moim ,,pocałunku” z kawą. Wtedy a priori nabrałbym awersji. A ja już wtedy ją kochałem. Od pierwszego… ,,kontaktu węchowego” ? Oczarowała mnie swoimi ,,feromonami”. I nie była to zachcianka rozkapryszonego bachora, o nie ! By nie zaznać ,,goryczy falstartu” postanowiłem zacząć ją pić jak wszyscy już to zrobią. Najdłużej zwlekała ciotka Zosia – żona najmłodszego brata mamy – Czesława. W końcu i ja mogłem spróbować tego długo oczekiwanego napoju. Pierwszy łyk był niczym ambrozja – nie zawiodłem się. Moje kubki smakowe otrzymały godziwą nagrodę za cierpliwość. Piłem małymi łyczkami, by trwało to jak najdłużej i z każdym łykiem nabierałem przekonania, że to najwspanialszy napój na świecie. Dziś też tak uważam. Jak trafi mi się okazja wypić ,,dobrą” kawę, a takiej okazji staram się nie marnować, to porównuję ja z tą moja pierwszą – niezapomnianą. Zazwyczaj, jak łatwo się domyślić wygrywa ta pierwsza. Choć nie zawsze. Przegrała na przykład z kawą pitą na Krecie w małej górskiej wiosce Mohos.
W tym samym mniej więcej czasie poznałem Jurka Lisza. Właściwie był on kumplem ,,Piana”, ale jak się spotkaliśmy, to przypadliśmy sobie, jak to mówią - do gustu. Niepozorny, nawet śmieszny, z bardzo wysokim czołem, ciemnowłosy, krępawy młodzieniec. Nie pochodził z Ornety, przyjechał tu wraz z rodzicami z jakiejś małej wioski gdzieś z końca świata. Jurek postrzegany by przez większość kolegów jako ,,lejwoda”, choć niektórzy uważali, że ma po prostu wybujałą wyobraźnię. Prawie nikt nie wierzył w jego niesamowite historie. Bardzo go to złościło, przy tym zacietrzewiał się niesamowicie, co nie wpływało korzystnie na jego wiarygodność. To dzięki niemu poznałem pustelnika. Nikt nie wierzył jego zapewnieniom, że zna kogoś takiego i wie gdzie on żyje. Bardzo mnie to zaintrygowało. Wprawdzie fascynację baśniami miałem już za sobą, ale nie darowałbym sobie, gdybym tego nie sprawdził. A jeśli mówi prawdę? Powiedziałem więc, że mu wierzę, a on w rewanżu obiecał, że mnie do niego zabierze.
Na wyprawę, późnowiosennym rankiem wyruszyliśmy rowerami. Jurek nie chciał mi powiedzieć gdzie jedziemy, zapewnił mnie tylko, że to nie jest daleko i żebym koniecznie zabrał ze sobą gumowce.
Pojechaliśmy w stronę lotniska, które wkrótce zostawiliśmy za sobą. Minęliśmy Krzykały, Lejławki i dojechaliśmy do Bornit. We wsi skręciliśmy w lewo, a po przejechaniu około kilometra braniewską szosą zjechaliśmy w prawo, w ledwie widoczną, zarośniętą ścieżkę prowadzącą w las. Z szosy wcale jej nie było widać. Po przejechaniu następnego kilometra nie dało się dalej jechać – ścieżka była prawie całkiem zarośnięta. Pojawiły się trzciny, świadczące o bliskości wody. Zaczynałem się niepokoić, miało być niedaleko, a zrobiliśmy już chyba kilkanaście kilometrów. Obiecałem sobie, że nie będę go pytał w czasie drogi, ale nie wytrzymałem:
- Jurek ! Daleko jeszcze ?
- Jesteśmy prawie na miejscu – uspokoił mnie opierając swój rower o drzewo. – Zostaw tu rower, dalej pójdziemy pieszo.
Zrobiłem co kazał i zaczęliśmy iść dalej. Wody nie zobaczyłem, ale poczułem, że pod moimi stopami robi się miękko. Trzcin było coraz więcej.
- Ty, tu jakieś trzęsawisko jest, chcesz nas potopić ? – zaoponowałem.
- Nie bój nic. – Odpowiedział spokojnie brnąc dalej. Cóż miałem robić – podążałem za nim. Dobrze, że mieliśmy na nogach gumiaki. Wkrótce woda sięgała po kostki, a grunt uginał się na jakieś dwadzieścia centymetrów przy każdym kroku.
- A ty myślałeś, że pustelnik mieszka obok przystanku pekaesu, co ? – zapytał zaczepnie i zarechotał do wtóru dokazującym żabom.
Zaczynałem już mieć dość tej wyprawy, pomyślałem o rejteradzie, raz i drugi obejrzałem się za siebie miarkując, czy sam trafię do rowerów, gdy usłyszałem:
- Patrz !
Podszedłem jeszcze kilka kroków i zobaczyłem coś, co spowodowało, że moja dolna szczęka oparła się na mostku: na niewielkim wzniesieniu, na małej polance stała prawdziwa kurna chata. Z pokrytego trzciną dachu leniwie snuł się kosmyk siwego dymu. Pokręciłem z niedowierzaniem głową i uszczypnąłem się w przedramię. Zabolało, a chata nie znikła. Chciałem podejść bliżej, ale Jurek złapał mnie mocno za ramię:
- Nie tędy! Tu wpadłbyś do bagna jak śliwka w gówno i ślad by po tobie zaginął na wieki.
Aż mi ciarki po plecach powędrowały w kierunku dupska. Już nie powątpiewałem w to co mówił, chociaż pustelnika jeszcze nie widziałem.
- Tędy – wskazał ręką kierunek i od prawej strony podeszliśmy pod chatę. Chata była jak z baśni: niska, przysadzista, zbudowana z drewnianych bali poutykanych spłowiałym mchem. Od frontu miała jedno niewielkie okienko i drzwi zamykane na archaiczny skobel. Gdy podeszliśmy bliżej drewniane drzwi zaskrzypiały i ukazał się w nich gospodarz. Nie rozczarowałem się jego widokiem – był taki, jakim go sobie wyobraziłem: chudy, wysoki, płowowłosy, brodaty. Fryzurę posiadał a, la Piast Kołodziej. Odziany był w długą lnianą siermięgę, przepasaną skórzanym rzemieniem, takie same pludry, a stopy miał obute w drewniane saboty. Ogorzała twarz niczym ze spiżu, wydatny nos, ciemne, błyszczące oczy – widać było na pierwszy rzut oka, że to człowiek nietuzinkowy.
- Dzień dobry Rohno! – Zagaił Jurek podnosząc do góry prawa dłoń.
Sędziwy starzec odpowiedział takim samym gestem. Jego posągowa twarz jakby nieco pojaśniała, sumiaste wąsy poruszyły się, domyśliłem się, że się uśmiechnął. Znaczyło to chyba, że nie jesteśmy intruzami. Pogłaskał Jurka po głowie i skierował wzrok w moją stronę z niemym pytaniem. Pomyślałem wtedy, że jest niemową. Jego oczy spojrzały na mnie mądrze, jakby prześwietlając mnie na wylot. Jurek pospiesznie wyjaśnił:
- To mój dobry kolega Mietek, bardzo chciał tu przyjechać, więc zabrałem go ze sobą. Chyba się na mnie nie gniewasz?
Staruszek uśmiechnął się w odpowiedzi i pogłaskał mnie sękatą dłonią po włosach. Instynktownie chciałem odsunąć się, ale tego nie zrobiłem.
- Rohno jest niemową – potwierdził moje przypuszczenia - ale bardzo łatwo jest się z nim dogadać.
Rohno, czy mogę pokazać koledze dom?
Ten kiwnął tylko głową, wziął w rękę stare, wysłużone wiadro i poszedł w stronę studni widniejącej nieopodal. W chacie było prawie ciemno, mimo, że był środek słonecznego dnia. Poczułem dym i mieszaninę dziwnych, tajemniczych zapachów – przypomniała mi się Wileńszczyzna. Po chwili wzrok się zaczął przyzwyczajać do półmroku i zacząłem się rozglądać dokoła. Było bardzo skromnie, wręcz ubogo. Tylko najpotrzebniejsze rzeczy: stół, ława, łóżko – żadnych zbytków. Pośrodku pomieszczenia w palenisku tliły się resztki żaru, nad nim wisiał duży, osmalony garnek. Wnętrze chaty rozczarowało mnie nieco, ale czego niby miałem się spodziewać w chacie pustelnika ? Dziesiątki pytań cisnęły mi się na usta, nie wiem dlaczego szeptem zapytałem Jurka:
- Ty, co to za jeden?
- No jak to? To Rohno. Pustelnik. Mówiłem ci przecież.
- A skąd ty go znasz ?
- Nie twoja sprawa – bezceremonialnie i prostolinijnie odpowiedział Jurek, – a ty co ? Książkę piszesz?
- Może …kiedyś – odpowiedziałem nieco urażony. - Ty, a skąd on tu się wziął ?
- Jego rodzina mieszka tu od wieków, on jest autentycznym Prusem. Z dziada, pradziada.
- A skąd ty to wszystko wiesz?
- Jak to skąd? Od niego samego – popatrzył na mnie spode łba z charakterystycznym dla niego błyskiem w oku. Zrozumiałem, że bezpieczniej będzie zakończyć wypytywanie, bo zaczynał się irytować, a to, niestety nie wróżyło niczego dobrego.
Nie zabawiliśmy tam zbyt długo, gdyż musieliśmy wrócić przed zmierzchem do domu. W drodze powrotnej Jurek poprosił mnie, żebym przysiągł na wszystkie świętości tego świata, że nigdy, przenigdy, nikomu nie pokażę tego miejsca. Strzegłem tajemnicy niczym cyklop swego oka latami. Byłem zauroczony tym tajemniczym miejscem i jego mieszkańcem. Byłem dumny, że znalazłem się w nielicznym gronie osób wtajemniczonych. Rozumiałem, że rozgłos i niepotrzebna reklama zaszkodziłyby tylko zacnemu starcowi.
Dopiero po latach, przypadkiem dowiedziałem się jakim to ,,pustelnikiem” był Rohno. Był mianowicie jednym z trzech cwaniaczków oferujących żądnym niecodziennych wrażeń niemieckim turystom egzotyczne spotkanie z tubylczym eremitą. Panowie uruchamiali ,,interes” na okres wiosenno-letni, a zwijali go wraz z pojawieniem się pierwszych chłodnych nocy. Taka przyjemność kosztowała 100 – 200 marek (była to kwota nie do pogardzenia w tamtych czasach). Podobno chętnych na spotkanie z przeszłością było bardzo wielu. Za Łabą więcej ludzi wiedziało o jego istnieniu niż na Warmii.
W wakacje znów trafiłem pod namioty obozowe, w to samo miejsce, gdzie przed dwoma laty. Tym razem jednak nie jako uczestnik obozu harcerskiego (który też tam funkcjonował), lecz jako uczestnik Nieobozowej Akcji Letniej organizowanej dla młodzieży, która nie wyjechała nigdzie na wakacje. Za pobyt trzeba było płacić – jakieś symboliczne kwoty, ta rozrywka była dostępna nawet dla posiadaczy płytkich kieszeni.
Na wyjazd namówił mnie Kornik, kolega z Kwiatowej. Kornik - szczupły, średniego wzrostu ruchliwy brunet uchodził za ,,jajcarza” – był błyskotliwy, dowcipny i potrafił z tych cech korzystać, jak mało kto. Wszędzie tam, gdzie był Kornik było wesoło. Nie inaczej było i tym razem. Turnusy NAL-u trwały pięć dni, uczestnicy zmieniali się, nie zmieniała się kadra – cztery sympatyczne studentki z Olsztyna spędzały tu wakacje, zarabiając na dalsze studia.
Razem z nami, na tym samym turnusie byli chłopcy z Elbląskiej - ,,banda” Leona. Nasi dawni wrogowie. Teraz panował rozejm, nie było mowy o żadnych ,,wątkach rywalizacyjnych”. Teraz graliśmy w jednej drużynie. Był to spontaniczny sojusz, który po czasie spędzonym nad tym magicznym jeziorem zmienił się w wieczne przymierze.
Sąsiedzi, harcerze zapraszali nas do siebie co wieczór na ognisko. Tak jak przed dwoma laty, tak i teraz atmosfera tych spotkań była dla mnie czymś wyjątkowym, niepowtarzalnym.
Drugiego dnia poproszono nas, byśmy jako goście w rewanżu zaprezentowali coś, co umili nam wszystkim czas. Nie byliśmy na to przygotowani, ale Kornik dosłownie wyciągnął mnie na środek i zapowiedział zgromadzonym, że zaprezentujemy skecz o etnografie. Nie wiedziałem, o co chodzi, więc w kilku słowach wytłumaczył mi w czym rzecz i zaczęliśmy improwizować.
Ja miałem być reporterem-etnografem, który prowadzi wywiad z szamanem dzikiego plemienia.
Kornik błyskawicznie rozebrał się do kąpielówek, z koszuli zrobił niby spódniczkę, niby opaskę, ja rozglądałem się przez chwilę za czymś, co przypominałoby choć trochę mikrofon. Nie znajdując nic stosownego, zwróciłem się do publiczności:
- Szanowni zebrani, bardzo proszę o zwrot mikrofonu, gdyż nie mam zamiaru przekrzykiwać was tu tak licznie zgromadzonych.
Druhom to się spodobało, czego dowodem była salwa śmiechu. Więc kontynuowałem:
- Wierzę, że mikrofon się znajdzie. Tyle naopowiadałem naszemu drogiemu gościowi o uczciwości harcerzy, że ze wstydu musiałbym się spalić, gdyby się nie odnalazł. To podziałało, już po chwili podawany z rąk kawałek drewna, udający mikrofon znalazł się w moim posiadaniu. W międzyczasie Kornik zdążył już przyozdobić twarz węglem z ogniska ,,wzorkami” swojego szczepu. Zacząłem mu zadawać pytania, on wznosząc się na wyżyny swoich możliwości mimiczno - aktorsko-lingwistycznych odpowiadał niezrozumiałym, czasami wznoszącym się o kilka oktaw bełkotem, co spotykało się z coraz głośniejszymi wybuchami śmiechu. Moje humorystyczne tłumaczenie podsycało radosną atmosferę. Wyszło super.
Nie spodziewaliśmy się ani tych paroksyzmów śmiechu, ani braw jakie usłyszeliśmy po występie.
Na koniec Kornik coś mi szepnął na ucho w swoim narzeczu, więc przetłumaczyłem:
- Nasz drogi gość ma jeszcze jedną małą prośbę do was. Trochę jest tym skrępowany – i rzeczywiście kręcił się ze spuszczonym na kwintę nosem, jakby mu ktoś za spódniczkę garść mrówek wsypał.
- Otóż, do naszego kraju przyjechał sam. Rodzina została w dalekiej Oceanii, a on nie potrafi sam spać. Prosi, żeby któraś z druhen, a najlepiej kilka zastąpiło jego nieobecne żony.
To był gwóźdź programu. Podobno sześć osób posikało się ze śmiechu.
Następnego dnia harcerze sami przyszli do nas, by nas ,,doprowadzić” do ogniska. Absencja nie wchodziła w rachubę. Byliśmy na to przygotowani, przez większość dnia szlifowaliśmy repertuar.
Możecie wierzyć, albo nie, ale druhowie po ognisku przynieśli nas do naszych namiotów na swoich ramionach. Nigdy przedtem, ani potem nie zaznałem takich dowodów popularności. Byliśmy rozpoznawani na każdym kroku. Posiłki w stołówce jadaliśmy na honorowych miejscach. Wszyscy nas częstowali smakołykami, poklepywali po ramionach, uśmiechali się do nas. Co wieczór delegacja harcerzy zapraszała nas na ognisko, gdzie bawiliśmy ich do łez.
Kiedy kończył się nasz turnus, to okazało się, że wcale nie musimy wyjeżdżać, możemy zostać i nawet nie musimy za to płacić. Wtedy z naszej strony padł argument, że nasi rodzice nic o tym nie wiedzą i martwiliby się nie wiedząc, gdzie jesteśmy. Okazało się, że i na to jest rada. Jeden ze starszych druhów dysponujący motocyklem marki ,,Jawa” i bardzo chętnie podwiezie jednego z nas do Ornety, by powiadomić naszych rodziców.
Wtedy zgodziliśmy się, ale pod warunkiem, że zostaniemy tu wszyscy, czyli chłopcy z Kwiatowej i chłopcy z Elbląskiej. Wyrażono zgodę. Zostaliśmy. Niesieni na fali popularności, która z czasem zaczęła nam przeszkadzać (nawet w latrynie nie było spokoju) nie domyślaliśmy się nawet, że wśród nas jest ktoś, kto swoimi ,,występami” przyćmi blask naszego sukcesu.
Leon, jako najstarszy, cieszący się charyzmą, był naszym niekwestionowanym szefem. Ale gwiazda jego gasła. Niestety. Spodobały mu się jedna studentka – śliczna, czarnowłosa (jak Leon), niewysoka (jak Leon) Dorota. Zakochał się momentalnie - jak Pies Pluto. Przestał być dla nas autorytetem.
Dziewczyny przeczuwając kłopoty ,,wychowawcze” z nami poprosiły go o pomoc. Bez sprzeciwów wszedł w swoją nowa rolę, jak w masło roślinne. Stał się bardziej papieski niż papież. Zaczął wymagać od nas dyscypliny większej niż w Sodalicji Mariańskiej.
Oczywiście, ani my - chłopcy z Kwiatowej, ani nasi koledzy z Elbląskiej takiego stanu rzeczy tolerować nie zamierzaliśmy. Zaprotestowaliśmy ostro i zdecydowanie. ,,Nec Hercules contra plures”.
Leon był załamany. Nieszczęśliwie zakochany, chciał swojej wybrance nieba przychylić, a tu jego wyrodni koledzy nie chcieli przemienić się w łagodne baranki, tylko dalej dokazywali.
Wtedy po raz pierwszy mogliśmy na własne oczy zaobserwować, do jakiej ,,czarnej dupy” może doprowadzić normalnego człowieka miłość. W końcu zaczął nas przekupywać. A to słodyczami, a to papierosami. Mirkowi ,,Chmielowi” – największemu rozrabiace pozwolił nawet ,,skorzystać” ze swojej gitary. Do tej pory to było nie do pomyślenia - gitara Leona, to była świętość, relikwia! Kupiona w Pewexie za ciężkie pieniądze w rękach ignoranta. Ignoranta, który nawet nie potrafił na niej grać. O tempora, o mores !
Może i nie potrafił wydobyć z niej takich przyjemnie brzmiących dźwięków, jakie potrafił wyczarować Leon, ale wiedział, co z nią zrobić, by widowisko, które zaprezentował znalazło liczne audytorium. Jak zaczął się wydzierać (śpiewać) w jakimś nikomu (nawet chyba jemu samemu) nieznanym języku i ,,szarpać” struny gitary (grać), to nikt, kto to słyszał nie był w stanie oprzeć się pokusie, by sprawdzić, czy to przypadkiem nie jest prolog końca świata. Nasz namiot i jego okolice zapełniły się harcerzami z pobliskiego obozu.
,,Chmiel” miał zachrypnięty od papierosowego dymu wciąganego zachłannie od dzieciństwa głos, co w połączeniu z perwersyjno-ekspresyjnym, na granicy psychozy zachowaniem i kakofonią dźwięków dobywanych z maltretowanej gitary dawało niesamowity efekt. W czasie ,,koncertu” zachowywał się jakby był w jakimś dziwnym transie. To nie były dźwięki z tego świata. Aż się prosił o egzorcystę.
To wtedy prawdopodobnie narodziła się muzyka satanistyczna, a jej prekursorem był Mirek ,,Chmiel” – chłopak z Ornety. Ale świat o tym nic nie wiedział.
Spektakl trwał kilkanaście minut. W pewnym momencie przestał i … nastąpiła dziwna, krępująca cisza. To naprawdę zrobiło na nas wrażenie. Nie było żadnych komentarzy, docinków, żartów. Słuchacze rozchodzili się w milczeniu, jak skruszeni wierni po jakimś tajnym, religijnym misterium.
,,Chmiel” padł na swoje łóżko polowe, prawdopodobnie potwornie zmęczony i natychmiast zasnął. Spał do wieczora.
Jak się obudził, to stwierdził, że nic nie pamięta. Nie wiedzieliśmy, czy mówi prawdę, czy kłamie. Nie drążyliśmy tematu, bo tak naprawdę do czego nam ta wiedza była potrzebna?
Nazajutrz czekaliśmy w napięciu, czy zagra również dziś. Zagrał. O szóstej po południu, jak poprzedniego dnia, wcale nie trzeba go było do tego namawiać. Zgromadził jeszcze liczniejszą publikę. Nie byłem na sto procent pewien, ale wydawało mi się, że śpiewa to samo, co wczoraj.
Zagrał również następnego dnia. Wtedy już byłem pewien, że to nie improwizacja – on wiedział co śpiewa. Znał to na pamięć !
Wieść o ,,dziwnych występach” rozniosła się niczym średniowieczne zarazki dżumy po wiejskich opłotkach. Okoliczni chłopi (niczym litewscy wojowie pamiętnego lipcowego dnia 1410 roku), pochowani w zaroślach z wypiekami na ogorzałych twarzach, paląc jednego ,,sporta” za drugim w ciszy czekali na coś wyjątkowego, co na zawsze mogło odmienić ich życie.
Wracali do domów smutni, przygaszeni. Niejeden żałował, że tam się wybrał.
Złośliwi twierdzili, że widzieli krzątającego się między nimi Leona, próbującego sprzedawać bilety, ale ja w to nie uwierzyłem.
Pod koniec ósmej klasy wydarzyło się coś, co zmieniło moje plany życiowe. Wychowawczyni poinformowała nas, że w Braniewie, siedzibie naszego powiatu funkcjonuje poradnia psychologiczno-pedagogiczna dla młodzieży, która ma trudności związane z wyborem zawodu. Kto chce, może się do tej poradni zgłosić, tam wykwalifikowani specjaliści pomogą niezdecydowanym w wyborze ich przyszłej drogi życiowej zgodnej z ich predyspozycjami. Taki wyjazd usprawiedliwia nieobecność w szkole, oprócz tego zwracane są koszty podróży. Kilku kolegów, po usłyszeniu informacji o wolnym od nauki dniu wyraźnie się ożywiło. Wśród nich Tadeusz, mój kolega z Kwiatowej i nasz nowy kumpel - ,,Łecker”.
Ja wprawdzie wiedziałem co mam robić w życiu – miałem już doświadczenie sceniczne i udaną przygodę z działalnością kabaretową, więc deski wszystkich teatrów czekały na mnie, ale co mi szkodziło przejechać się razem z kumplami i posłuchać jakie to jeszcze predyspozycje drzemią w mym wątłym, młodzieńczym ciele.
,,Było nas trzech, w każdym z nas inna krew…” ale żaden cel nam nie przyświecał. Do czasu wizyty w poradni psychologicznej. Otóż okazało się, że w naszych niepozornych powłokach cielesnych drzemią ukryte talenty rolnicze. Według pani psycholog byliśmy idealnymi kandydatami do technikum rolniczego. Wszyscy trzej.
Baba zrobiła swoje – podupadłe rolnictwo Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej potrzebowało wykształconych kadr. Trzeba młodym namącić w głowach, omamić perspektywą dobrze płatnej, ciekawej pracy na łonie natury i zagonić do rolnictwa. Dziwne było, że w nas to nie wzbudziło żadnych wątpliwości, a najdziwniejsze było to, że ja tego dnia zrezygnowałem ze swoich dotychczasowych planów podbicia wszystkich scen teatralnych świata i postanowiłem zdawać do technikum łąkarskiego (podobnie jak ,,Łecker”).
Pomysł był tak abstrakcyjny i egzotyczny, że mi się spodobał. Równie dobrze mogłem zostać optykiem (takim, co to chałupy mchem optyka), radiestetą, lub geologiem. O żadnej z tych profesji nie miałem również bladego pojęcia. Ojciec pochwalił mój wybór, twierdząc, że syn jego kolegi skończył takie technikum i jest bardzo zadowolony ze swego wyboru.
Państwowe Technikum Łąkarskie mieściło się w Lidzbarku Warmińskim, oddalonym od Ornety o 38 kilometrów. Cieszyłem się, że razem ze mną będzie się uczył ,,Łecker”, tym bardziej, że mieliśmy zamieszkać w internacie, co wiązało się z opuszczeniem domu rodzinnego na pięć lat. Nie byłem gotów na taką samodzielność. Moje dotychczasowe rozstania z domem wiązały się tylko z krótkimi, wakacyjnymi wyjazdami.
Moje obawy wzrosły, kiedy ,,Łecker” nie zdał egzaminu kwalifikacyjnego. Postanowił więc, że zrezygnuje z rolnictwa i podejmie naukę w szkole rękodzielnictwa ludowego, gdzieś na Pomorzu. Zostałem sam ze swoją chaotycznie podjętą decyzją. Trochę mi to humor popsuło, ale nie zamierzałem się tym zamartwiać – przede mną były ponad dwumiesięczne wakacje.
  • Strona:
  • 1