Czarodziejka
Jak ona grała na tych skrzypcach…
Do dziś gdzieś w trzewiach błądzą dreszcze.
Poznałem ją pod koniec lipca,
gdzieś w Trójmieście; chyba we Wrzeszczu.
Egzotyki żadnej nie było:
zauroczenia, moli w brzuchu.
Cóż takiego się wydarzyło?
Do tramwaju wsiadła dziewucha.
Tak właśnie o niej pomyślałem -
(byłem wtedy po dwóch kieliszkach)
snopek na głowie, z futerałem.
- O! Prześliczna wiolonczelistka!
Wyrwało mi się spontanicznie.
- Nie wiolonczelistka, profanie!
Wzburzenie, chyba autentyczne.
- Skrzypaczka. I zdolna, mospanie!
Jeśli ocenić to potrafisz –
dziś wieczorem koncert, w ,,Bohemie”,
o dwudziestej pierwszej, wstęp gratis.
To było takie zaproszenie.
Dyletantem będąc smyczkowym
do śmierci będę to pamiętał.
Jej skrzypiec dźwięk, taki zmysłowy
jak czarna magia mnie opętał.
Przeniósł mnie gdzieś w odległe światy,
na poskręcane wstecz orbity,
kosmiczny duszek trzpiotowaty,
byłem jak pies dobrocią zbity.
Ludzie już dawno się rozpierzchli,
moje zauroczenie trwało,
przerwał je miły głos niewieści:
- No i jak ci się podobało?