Mieczysław Łuksza - ,,Tel Awiw" cz.VIII - Forum Ornecianki
Witamy, Gość
Nazwa użytkownika: Hasło: Zapamiętaj mnie
  • Strona:
  • 1

TEMAT:

Mieczysław Łuksza - ,,Tel Awiw" cz.VIII 2024/05/29 22:59 #1

  • Aszok
  • Aszok Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Sekcja historyczna
  • Posty: 409
  • Otrzymane podziękowania: 39
*


Obudziło mnie stukanie do drzwi. Zerwałem się na równe nogi. Widocznie po tak pysznym posiłku, w tak wyjątkowym miejscu, napięcie towarzyszące mi w ostatnich dniach uleciało jak powietrze z balonika i usnąłem jak niemowlę.
- Czas na nas Błażeju – oznajmił Anzelm.
Szedłem za nim po średniowiecznej posadzce krużganka i czułem się jak z bohater powieści Umberto Eco. Dobrze mi z tym było. Dziwiło mnie, że tak szybko przyzwyczaiłem się do tego wyjątkowo egzotycznego miejsca i jego mistycznej wręcz atmosfery. Wyprzedzało nas echo naszych kroków niczym niewidzialny drogowskaz, długi korytarz ciągnął się i ciągnął. Pomyślałem, że mógłbym tak iść bez końca, obok człowieka, którego poznałem dopiero kilka godzin temu. Miałem wrażenie jakbym znał go od zawsze. Emanowała od niego tak intensywna aura, że omal fizycznie ją czułem. Poczułem to już wcześniej, jadąc z nim motocyklem, choć wtedy zinterpretowałem to trochę inaczej. Jego obecność była jak balsam, wszystko co się przy nim działo było czymś wyjątkowym: najpierw jazda Harleyem, potem ta uczta, ten prawie hipnotyczny sen, teraz to. Niesamowite! Niech to trwa jak najdłużej. W dziwnym stanie byłem, miałem tego świadomość. Zastanawiałem się nawet, czy to normalne, ale – na pohybel! Niech będzie nienormalne, byleby było.
Do kościoła weszliśmy bocznym wejściem, panował w nim półmrok i ten charakterystyczny dla takich miejsc zapach. Dziwny do zinterpretowania, ale tak charakterystyczny, że nie do podrobienia. Zapach historii, kadzidła, ludzi, starego drewna, wypalonych świec, wielowiekowego kurzu i jeszcze czegoś... Nie do podrobienia.
Klęczeliśmy, czekaliśmy na rozpoczęcie nabożeństwa, a ja trwałem w jakimś dziwnym, balsamicznym półletargu. Czas się dla mnie zatrzymał i nie miałem nic naprzeciw, by to się zmieniło. Czułem się komfortowo i wiedziałem dlaczego - przestałem cierpieć i nie musiałem podejmować żadnej decyzji. Na razie. Ale o tym nie myślałem. Właściwie, to wyłączyłem myślenie, a moje istnienie wyrażało się wyłącznie emocjami. Bardzo intensywnymi i przyjemnymi. To było prawdopodobnie coś na kształt tych wschodnich medytacji, jakaś nirwana, czy inne licho. Jak wspaniale byłoby trwać w takim stanie w nieskończoność…
Wyłączyłem się z rzeczywistości, że nawet nie zauważyłem, że modły już się zakończyły. Brat pociągnął mnie delikatnie za rękaw dając sygnał do wyjścia. Wracaliśmy w milczeniu tą samą drogą. Po drodze pokazał mi gdzie jest jego cela. Choć to, że tu nikt prawie wcale się nie odzywa było dziwne, wcale mi nie przeszkadzało i choć z natury byłem gadułą, nie czułem potrzeby mówienia czegokolwiek. Przy drzwiach mojej celi Anzelm pożegnał się ze mną i zaordynował:
- Nabożeństwo poranne o szóstej, będę u ciebie kwadrans przed. Dobranoc.
- Dobranoc . Bardzo dziękuję za wszystko.
Spojrzał mi w oczy mądrym wzrokiem i dodał:
- Gdyby stało się coś z czym nie będziesz mógł sobie poradzić wiesz gdzie mnie szukać. Śpij spokojnie, Błażej.
Zostałem sam. Zrobiło mi się jakoś smutno. Żałowałem, że Anzelm zostawił mnie samego. Wolałbym spędzić ten wieczór z nim. Wieczór wydawał mi się idealną porą do rozmowy. Byłem na nią gotowy. Błogi nastrój towarzyszący mi dotychczas gdzieś się ulotnił. Jakbym gwałtownie wytrzeźwiał. Mimo woli uśmiechnąłem się. Przez całe dzisiejsze popołudnie i wieczór, pierwszy raz od wielu, wielu dni nie pomyślałem ani razu o piciu. Aż do teraz. Zacząłem się zastanawiać, czy ten mój dziwny stan rzeczywiście przypominał rausz? Chciałbym, żeby tak nie było. To byłoby tragiczne! Myślałem, że udało mi się osiągnąć wyższy poziom percepcji, a to miałaby być zwykła kalka alkoholowego szmeru? Nie, nie – zdecydowanie – nie! To było coś zdecydowanie innego. Nie dam się oszukać. Nie ze mną te numery. Nawet jeśli to miałoby się już nigdy nie powtórzyć, to wara od tego. To moje i tylko moje. Nie dam sobie tego odebrać. Nikomu!
Hola, hola … Po kiego grzyba ja tak się nakręcam? Czy ktoś mi chce coś ukraść? Czy ktoś chce mnie skrzywdzić? Nic z tych rzeczy. Luz, koleżko, luz. Jak to mówił Anzelm: ,, Bracie – miej ufność w Bogu”.
Otworzyłem na oścież okno. Powiało wieczornym rześkim, świeżym powietrzem. Spojrzałem w idealną czerń nocy letniej, nawet jedna gwiazdka nie świeciła na nieboskłonie. Wszystko tu było idealne: cisza, spokój, jedzenie, teraz ta ciemność. Podszedłem pod drzwi i wyłączyłem wątłe oświetlenie mego lokum. Gdy po omacku podchodziłem do okna czując na twarzy wiew świeżej bryzy znad jeziora jak na zawołanie zza chmur wynurzył się księżyc. Wielki, prawie okrągły, nocny przyjaciel. Zawsze mnie fascynował. Kusiła jego ciemna strona wysłuchiwana do zdarcia płyty Pink Floydów. Może u innych wywoływał negatywne skutki, podobno w szpitalach psychiatrycznych pełnia to czas wzmożonej aktywności pacjentów i koszmar nocnych dyżurów lekarskich i pielęgniarskich. Nie u mnie. Mnie zawsze uspokajał. Od dziecka, jak tylko była pełnia, odsuwałem zasłony okna w moim pokoju i zasypiałem z ,,łysym”. To był moja przytulanka. Dlatego z wdzięcznością przywitałem jego pyzatą gębę. Tafla jeziora była idealnie gładka, więc przeglądał się w niej jak w zwierciadle. Ja widziałem ich dwóch, od razu za oknem zrobiło się jaśniej, humor poprawił się podejrzanie szybko. To się chyba nazywa labilność emocjonalna. A… (chciałem pomyśleć – jebał to pies, ale uświadomiłem sobie gdzie jestem i ... że - nie wypada).
Stałem przy otwartym oknie chyba ponad godzinę myśląc o wszystkim i o niczym. Ale, co dziwne – myśli moje były lekkie, lakoniczne. Jakbym rozmyślał o jakimś filmie, albo książce. Nie o mnie. W końcu pomyślałem, że czas najwyższy udać się na zasłużony wypoczynek, co niezwłocznie uczyniłem. Darowałem sobie ablucje i mycie zębów. O dziwo zasnąłem jak na zawołanie.





*



Ranek upłynął jakbym był tu stałym bywalcem. To niesamowite jak szybko się zaaklimatyzowałem, a może tak mi się tylko wydawało – w każdym razie efekt był jaki był. Brat Anzelm zaproponował, byśmy udali się na spacer do pobliskiego lasu. Tam sobie spokojnie porozmawiamy. Oczywiście, że się zgodziłem i po półgodzince siedzieliśmy na starych pniach na małej polance nad brzegiem jeziora. Czekałem na rozpoczęcie rozmowy, ale zakonnik milczał. Milczałem i ja. Obaj patrzyliśmy na jezioro i było tak jakoś bardzo naturalnie. Trwało to dosyć długo, choć wcale nie miałem wrażenia, że za długo. W końcu usłyszałem:
- Powiedz, Błażeju, co cię trapi?
Oczekiwałem tej rozmowy, jak czegoś wyjątkowego. Jak czegoś, co w cudowny sposób uwolni mnie od prześladującego mnie koszmaru. Byłem pewien, że tak się stanie. Miało to nastąpić i rozwiązać mój problem. Nawet nie próbowałem sobie wyobrazić jak ta rozmowa będzie przebiegała. To proste na pozór pytanie spowodowało, że doznałem stuporu. Nie wiedziałem, co mam powiedzieć, w głowie miałem idealną pustkę. Po raz pierwszy od przyjazdu poczułem lęk. Anzelm chyba to zauważył, bo powiedział:
- Jeśli chcesz, to możemy rozmowę przełożyć na później. Może potrzebujesz czasu, by się do niej przygotować?
- Może to i dobry pomysł, ale nie chcę tego odkładać – odpowiedziałem, odzyskując nagle zdolność logicznego myślenia. – Nie dlatego, żeby mieć to za sobą, ale raczej dlatego, że bardzo mi zależy, że wierzę że mi pomożesz. Jesteś Bracie Anzelmie moją ostatnią nadzieją.
Spodziewałem się, że coś mi odpowie, ale on milczał patrząc mi w oczy.
- Nie wiem, czy Grzesiek mówił, ale ja widziałem diabła! – wygarnąłem.
- Tak, mówił mi o tym – odpowiedział spokojnie.
Jego spokój mnie zdziwił i zaniepokoił. Czyżby tego nie traktował poważnie? Bo przecież nie ma chyba do czynienia z podobnymi przypadkami na co dzień, jakby to był dla niego chleb powszedni?
- I co? Przyjmujesz to z takim spokojem, bracie? – prawie zaatakowałem go.
- A jakiej reakcji u mnie oczekiwałeś?
Zmieszałem się nieco, ale kontynuowałem:
- Myślałem, że cię to jakoś poruszy? Czy to jest dla ciebie coś normalnego? Masz z takimi przypadkami codziennie do czynienia? Jeśli tak, to rozumiem. Dla mnie nie jest to chleb powszedni. To koszmar, którego na pewno nigdy nie zapomnę. Myślałem, że pomożesz mi, znajdziesz jakieś rozwiązanie. Myliłem się?
Pokiwał ze zrozumieniem swoją kudłatą głową i rzekł:
- Rozumiem twoje zdenerwowanie, wiem że jest ci trudno, że cierpisz z powodu tego, co ci się przytrafiło. Co by ci dało, gdybym zareagował żywiołowo? Gdybym zareagował wytrzeszczonymi oczami? Gdybym złożył ręce do modlitwy i tobie kazałbym zrobić to samo? To by ci pomogło?
Jego argumenty były rzeczowe i poczułem się nieco spokojniejszy.
- Masz rację, trochę się zagalopowałem, przepraszam – załagodziłem.
- Nic się nie stało, nie musisz przepraszać. Chciałbym żebyś na tyle spokojnie, na ile potrafisz opowiedział mi wszystko co pamiętasz z tamtego zdarzenia. Ze wszystkimi najdrobniejszymi szczegółami. Jesteś gotów zrobić to teraz?
Chwilę się zastanowiłem i odpowiedziałem, że tak. Opowiedziałem mu wszystko, co pamiętałem, a dziwne jest to, że w trakcie opowiadania przypomniałem bardzo wiele szczegółów, o których już zapomniałem. Opowieść moja trwała długo. Anzelm ani razu mi nie przerwał, o nic nie dopytywał. Cały czas utrzymywał ze mną kontakt wzrokowy. Spokój w jego brązowych oczach sprawiał, że czułem się bezpiecznie, mimo, że opowiadałem koszmar, który omal nie pozbawił mnie życia. Gdy skończyłem zapadła cisza. Brat Anzelm nadal patrzył mi w oczy. Po chwili zapytał:
- Czy prócz tego wydarzyło się coś jeszcze? Coś, co wzbudziło twój niepokój.
Opowiedziałem mu o moich przeżyciach związanych z feralnym fragmentem biblii. Nadal słuchał z zainteresowaniem w milczeniu. Gdy skończyłem zadał mi pytanie, którego się spodziewałem. Gdyby mi tego nie zaproponował sam bym o to poprosił:
- Czy mógłbyś przy mnie przeczytać ten tekst z Pisma Świętego?
Odpowiedź miałem gotową:
- Oczywiście. Nawet bardzo tego chcę. Jeszcze ci tego nie mówiłem, ale ufam ci Bracie Anzelmie. Bezgranicznie. Tak jak ufa ktoś, pod kim lud się załamał i wpadając do lodowatej wody ujrzał wyciągniętą do niego dłoń.
- Zatem jesteśmy umówieni. Proponuję spotkanie u mnie w celi po obiedzie. Teraz, jeśli nie masz nic
lepszego do roboty proponuję ci spacer. Jeśli czujesz się na siłach, to dookoła jeziora. Idąc średnim tempem spokojnie zdążymy na obiad. Reflektujesz?
- Bardzo chętnie. Czuję potrzebę ruchu, a tu u was jest tak pięknie.
- Jakbyś był za bardzo zmęczony to powiedz. W drogę zatem.



*


Po obiedzie udałem się z moim mentorem do jego celi. Czułem podniecenie, tak podniecenie, nie strach, ani lęk. Nie wiedziałem, czy to zasługa miejsca, czy osoby Anzelma, a może to wpływ jednego i drugiego. Byłem pewien, że demon, który mnie nawiedził nie odważy się okazać swojej aktywności w tym miejscu.
Jego cela była większa, też wyglądałaby bardzo skromnie, gdyby usunąć z niej książki, które zajmowały każdy wolny fragment pomieszczenia. Cela była ,,zagracona” książkami. Jakoś mnie to nie zdziwiło.
Na dużym biurku gospodarz ,,wygenerował” trochę miejsca, prawdopodobnie powiększając stosy tomów ustawione obok. Te przypominały nieco muru zamków obronnych ze średniowiecza. Chybotliwe mury. Obwarowana tymi murami leżała na blacie biblia otwarta na rzeczonej stronie. Rozglądałem się dyskretnie za atrybutami stosowanymi przez egzorcystów w walce z demonami, ale nie dostrzegłem: ani kropidła, ani wody święconej, ani krucyfiksu. Czyżby Anzelm myślał podobnie jak ja. A może jednak mi nie wierzył?
- Usiądź, proszę i przeczytaj psalm 231 od początku – rzekł spokojnie sadowiąc się obok mnie.
Pewien byłem, że nic się nie wydarzy, więc bez tremy, ale z ciekawością zacząłem czytać. Nie odczuwałem wyraźnego napięcia, a wręcz rozczarowanie, że nic się nie wydarzy. I nic się nie wydarzyło. Niestety…
Czytałem dalej ale po chwili przestałem. Zdałem sobie sprawę z beznadziejności powstałej sytuacji. Jak on ma mi uwierzyć? A jak pomóc? To tak, jakbym przyjechał do mechanika i mówił o awarii auta, której objawów wcale nie widać, bo auto sprawuje się bez zastrzeżeń. Żeby chociaż te piramidy z książek się rozsypały…
Zapadła ciężka cisza. Nie zazdrościłem Anzelmowi. O sobie już nawet nie wspomnę.
- I co teraz? – zapytałem z głupia frant, by nie przeciągać kłopotliwej ciszy.
- Odpowiem ci szczerze, bo na to zasługujesz. Nie wiem.
Cisza powróciła. Poczułem w sobie ogrom pustki. Jakby mi wyssało wszystko ze środka. Zastanawiałem się co teraz czuję i nijak nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie. Anzelm patrzył mi w oczy. Nawet nie mrugał. Jakby zastygł. Ale jego wzrok zdecydowanie przeczył temu. Jak niewidzialnymi przewodami byłem połączony z nim kontaktem wzrokowym. Tędy płynęła do mnie jego pozytywna energia. Czułem jego wsparcie i empatię. Ale było tego za mało, to co mi oferował rozpływało się w mojej pustce, nikło…
I nagle, na dnie mojej beznadziei, jak to wyświechtane światełko w tunelu pojawiła się chęć. Groźna, bo zakazana, ale kusząca: napić się! Wychylić szklanę wódy i poczekać, aż kojące ciepełko rozpłynie się w krwiobiegu. Po czubki włosów. I natychmiastowa refleksja, jak bezwarunkowe mrugnięcie na błysk – a więc jednak jesteś skurwielu!!!
- Bracie Anzelmie – jest! – zawołałem jakbym ujrzał ducha. Niechcący łokciem uderzyłem w jeden ze stosów książek. Zachwiał się niebezpiecznie i legł. Zadziałał efekt domino i pozostałe tomy rozsypały się na biurko, na podłogę. Nasze nieudolne próby powstrzymania nieuchronnego były bezskuteczne i żałosne.
Książki jak mury Jerycha w oka mgnieniu utworzyły pobojowisko. Zacząłem przepraszać i zbierać tomy z posadzki. Anzelm chwycił mnie mocno za ramię i rzekł:
- Zostaw to Błażeju, ja to sam później poukładam. Usiądź i powiedz mi co się stało.
Usiadłem więc naprzeciw niego i opowiedziałem o tym, co przeżyłem. Wysłuchał mnie tradycyjnie w milczeniu i wtedy zobaczyłem w jego wzroku coś na kształt olśnienia. Jakby znalazł rozwiązanie. Ale chyba nie był to błysk tryumfu. Niestety.
- Posłuchaj mnie – zaczął po chwili. – To co ci powiem, to nie cudowne rozwiązanie twego problemu. Ale, mam nadzieję, że wskaże ci drogę, którą powinieneś podążać, by problem rozwiązać.
Słuchałem z nadzieją, ale i obawą, że to co usłyszę satysfakcji mi nie dostarczy.
- Błażeju, demon, o którym mówisz, to demon alkoholizmu. Twój demon. On istnieje. Ale on jest tylko twój. Nikt inny nie ma do niego dostępu. To rozgrywka tylko między wami dwoma. Rozgrywka, to może nie najtrafniejsze określenie, bo stawka jest bardzo wysoka, najwyższa - bo jest nią twoje życie. Nazywam to rozgrywką, bo mimo, że przegrywasz, wcale tak być nie musi. Możesz wygrać. Albo przegrać. Trzeciej możliwości nie ma. Nie ma remisu! Ten demon upatrzył ciebie już dawno, dawno temu na ofiarę. Znał twoje słabe strony, lepiej niż ty sam. Omamił cię wizją chwil przyjemnych, beztroskich. Wszedłeś w to jak niewinne dziecko, a potem było już za późno. Przekroczyłeś pewną granicę, granice niewidzialną – tak jakbyś podpisał z nim cyrograf. Ale jest jeszcze Bóg. Bóg, który nie oddaje bez walki szatanowi swoich owieczek. Nie będę używał nomenklatury filozoficzno-teologicznej, by ci to wyjaśnić, bo to tylko zagadnienie skomplikuje. Mówiąc najprościej jest pewna doktryna, według której między Bogiem i Szatanem istnieje porozumienie, polegające na tym, że ludzie, którzy już są w mocy szatana mogą jeszcze się z niej uwolnić. To między innymi dotyczy takich osób jak ty. Tu ,,języczkiem u wagi” jest wolna wola, ta którą Bóg obdarował człowieka. To wielki dar, z którego niestety niewielu potrafi skorzystać. A szkoda. Ty masz wszystko, co jest potrzebne, by być jednym z tych nielicznych. Ja będę się za ciebie modlić. Wiem, że ufasz Grześkowi. Trwaj w tym. On ci pomoże. Ale niczego za ciebie nie zrobi. Nie możesz zapomnieć, że to rozgrywka, a jeśli wolisz –pojedynek, między tobą i twoim szatanem. Czy to, co powiedziałem ci pomoże?
Byłem mu wdzięczny za szczerość, zrobiła na mnie wrażenie jego interpretacja. Zupełnie inna niż ta z ambony, inna niż na mityngach AA. Ale ja potrzebowałem czegoś więcej – potrzebowałem pomocy, konkretnej. Potrzebowałem rozwiązania, które zakończy moje cierpienie. Nie na to liczyłem. Byłem zawiedziony, nie wierzyłem, że tylko tyle mi oferował. Nie rezygnowałem jednak:
- A gdybyś jednak odprawił egzorcyzmy, przecież to potrafisz – zdeterminowany zastosowałem tani, wyświechtany chwyt.
Popatrzył na mnie jak na dziecko, które nie chce zrozumieć, że mama mu lodów nie kupi.
- Egzorcyzmy Błażeju to nie komercyjny towar, o który można się targować. Nie obraź się, ale nie wiesz o czym mówisz. To, co pokazują w filmach nie ma z nimi nic wspólnego. Wierz mi, gdyby to miało ci pomóc, to nie musiałbyś mnie o to prosić.
Czułem się jakbym został sam na pustyni, a moja karawana znikała w oddali. Nagle, na dnie mojej rozpaczy, jak kwiat, który nie miał prawa zakwitnąć pojawiła się myśl rewelacyjna:
- Bracie Anzelmie, a jakbym tu u was został?
Przyznam szczerze, że czego jak czego, ale zdziwienia na jego mądrej twarzy to się nie spodziewałem. A jednak. Był moim pomysłem totalnie zaskoczony.
- A jak ty to sobie wyobrażasz, Błażeju? Jako kto miałbyś z nami przebywać? - zapytał po chwili.
- Jakby nie było innej możliwości, to mógłbym zostać jak wy – zakonnikiem – odpowiedziałem naprędce.
Zakonnik uśmiechnął się smutnym uśmiechem, położył mi dłoń na ramieniu i powiedział:
- Schlebia mi twoja deklaracja, ale to nie tak się odbywa. Żeby zostać członkiem naszego zgromadzenia trzeba poczuć w sercu Boże zaproszenie. Powołanie nie pojawia się na zawołanie, to nie chwilowy kaprys. Można je rozpoznać przede wszystkim po darach, które się od Boga otrzymało. Ty, Błażeju takich darów jeszcze nie otrzymałeś. Ale… jeśli twoja deklaracja wytrzyma próbę czasu, to kto wie. Powiem to tak: jeśli za trzy lata, będąc przez ten czas w całkowitej abstynencji od alkoholu, nie rozmyślisz się - zapraszam na rozmowę. Oczywiście, jeśli potrzebujesz, chętnie ugościmy cię jeszcze przez kilka dni pod naszym skromnym dachem.
Poczułem się jakby ktoś mi wiadro zimnej wody na głowę wylał. Czarna polewka. Czar prysł. Klecha, to jednak zawsze klecha. Byłem rozczarowany, ale nie chciałem tego okazywać. Anzelm pożegnał się ze mną umówiwszy się na kolację. Widocznie chciał, żebym spokojnie przeanalizował wszystko to, co się wydarzyło tego dnia, a wydarzyło się wiele. Poszedłem do swojej celi, położyłem się na twardym łożu i zacząłem rozmyślać. Co się ze mną dzieje? Czy naprawdę nie ma już na świecie nikogo, kto mógłby mi pomóc? Nawet Bóg mnie opuścił. Znowu moja wiara znalazła się na krawędzi. (A może poddaje mnie próbie? Te Jego próby… Bywają bardzo, bardzo bolesne, niezrozumiałe i trudne do zaakceptowania). Stoi na krawędzi i chybocze się. Czy wóda, którą wypiłem rozmiękczyła mi mózg? Przecież nie ogłupłem! Rozumiem, co do mnie mówią ludzie: i ci mniej inteligentni, i ci bardziej. To czemu to do mnie nie dociera? Przecież Grzesiek nie jest dyletantem w swoim fachu. Tak samo Anzelm. Rozumiem doskonale o co im chodzi, a nie potrafię tego wdrożyć w swoje spierdolone życie i jakoś go naprostować. A może mi się tak tylko wydaje? Że ich rozumiem i wiem o co im chodzi? Może rzeczywiście tylko mi się wydaje i dlatego nie mogę z tego wykorzystać do swoich celów? A może ja jestem skazany na taki pierdolony los? Może to rzeczywiście kismet i nie ma sensu rzucać się i szarpać? Tylko się temu poddać. Poddać, czyli co? Znowu zacząć chlać i narazić się na koszmarne spotkanie z głową mego ojca???
Ale – zaraz, zaraz! A kto powiedział, że to najgorszy koszmar? Ja to tak odebrałem. Wtedy. A kto zagwarantuje, że kolejny koszmar nie będzie gorszy? Dużo gorszy. Zreflektowałem się, że po raz pierwszy rozmyślam o tym, co mnie spotkało bez przerażenia, tylko ze strachem. A strach może być sprzymierzeńcem. Może inspirować i motywować. Tylko do czego? Niewątpliwie to zasługa wyjątkowego miejsca, w którym się znajdowałem – oazy ciszy, spokoju. Chociaż, spokój, który do dziś był moim udziałem prysł, a to nie wróżyło niczego dobrego na przyszłość. Swoją drogą, jeśli nasze sny, nawet te najbardziej odjechane, mają swoje uzasadnienie, i są powiązane z naszym życiem, co udowadniają ci, którzy zawodowo interpretacją snów się zajmują, to jak jest z omamami? Załóżmy, że to, co mnie spotkało, to rzeczywiście była psychoza, nie wizyta Szatana. Jeśli to wytwór mojej psychiki, to musi również mieć swoje znaczenie i uzasadnienie (podobnie jak sen)…
Gdzie mnie chciał zabrać ojciec? A może wtedy znalazłem się na granicy? Granica między światami. Między światem żywych i martwych. Może tam mnie chciał zabrać? Tylko czemu byłem tym tak potwornie przerażony? Czy tam jest rzeczywiście tak strasznie? Może to bzdury, pieprzenie alkoholika po delirium. Ale co, jak mam rację? Czyż nie jest prawdą, że w wielu, tak zwanych prymitywnych kulturach, istnieli pośrednicy między światami. Różni czarownicy, szamani i im podobni, kontaktowali się z ,,tamtym światem” wprawiając się w trans. Czy to przy pomocy tajemnych specyfików, czy w inny sposób, ale musieli ,,odjechać” w odmienny stan świadomości, by było to możliwe. A kto udowodni, że psychoza nie jest czymś podobnym? Tego, co się przeżywa w takim stanie nie da się opisać żadnym naukowym żargonem, ani piórem mistrza warsztatu literackiego, ani psychologicznym bełkotem.
Co by się stało, gdybym zamiast bać się, jak Murzynek Bambo kąpieli, skorzystał z zaproszenia ???
Kurwa, co ja wymyśliłem? Zgrozzza!
Może to dziwne, ale po tych przemyśleniach poczułem się lepiej. Skoro mogę traktować to z takim dystansem, to chyba nie jest jeszcze ze mną tak źle. A może powiedzieć o tym Anzelmowi? Tylko co mi z tego przyjdzie? Jego stanowisko znam. Jeśli w tej wersji nie ma Szatana, to jego teologiczne wykształcenie spektrum zagadnienia nie poszerzy. Jakoś tak się porobiło, że aura niezwykłości, w której do tej pory widziałem Anzelma jakby wyblakła. A szkoda, tak dobrze się zapowiadało. Mimo tego nadal go szanowałem. To ktoś wyjątkowy, obdarzony niesamowitą charyzmą, gigant. Może to dobrze, że został ,,sługą Bożym” (wiernym sługą), a może szkoda, że nie został kimś innym. Jednego jestem pewien – kimkolwiek by nie był, byłby wielki.
Coraz bardziej intrygowało mnie to, co wymyśliłem. To też było symptomatyczne. Zawsze po chlaniu, jak robiłem przerwę, wyostrzała się moja inteligencja. Tak było i tym razem. A może tylko wracała do swojej ,,normalności”, uwalniana od toksycznego wpływu alkoholu? A może… No właśnie. Był w tym jeden szkopuł. Poważny. To, co mi się ,,uroiło”, to dla psychiatry wystarczający dowód, by umieścić mnie w miejscu innego odosobnienia - takiego, którego nie mógłbym na własne życzenie opuścić. A takiego scenariusza na najbliższy czas nie brałem pod uwagę. Z kim mógłbym o tym bez ryzyka porozmawiać? Oczywiście, tylko jedna osoba mogła spełnić moje oczekiwania w tej materii, ale był też mój wierny przyjaciel Rolo. Jemu ufałem w stu procentach. Miałem już plan i byłem gotów do działania. A jak miałem plan i mogłem go realizować, to w tym momencie nie było niczego ważniejszego. Muszę najpierw jak najprędzej porozmawiać z Grześkiem.
  • Strona:
  • 1