Mieczysław Łuksza - ,,Tel Awiw" cz.VI - Forum Ornecianki
Witamy, Gość
Nazwa użytkownika: Hasło: Zapamiętaj mnie
  • Strona:
  • 1

TEMAT:

Mieczysław Łuksza - ,,Tel Awiw" cz.VI 2024/05/17 17:41 #1

  • Aszok
  • Aszok Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Sekcja historyczna
  • Posty: 409
  • Otrzymane podziękowania: 39
Kiedy się znów obudziłem miałem ponownie podłączoną kroplówkę. Z ulgą stwierdziłem, że nie jestem już przywiązany. Przeguby bolały, pulsowały, czułem się okropnie. Ale wróciłem do normalności. Choć ta ,,normalność” wcale, a wcale mi się nie podobała, to przyjmowałem ją z całym dobrodziejstwem inwentarza. Alternatywa, którą ostatnio przeżyłem była tak przerażająca, że świadomie ją wypierałem, jak niechcianego intruza za drzwi.
Chyba najwyższa pora na remont generalny mojego dotychczasowego życia. Co w nim jest nie tak? Czy to przez tego skurwysyna – mego ojca. Z pewnym zdziwieniem zorientowałem się, że to słowo – ojciec, znów pojawiło się w moim słownictwie. Chyba wiem dlaczego tak się stało. To z powodu tego koszmaru. Choć wydawało mi się do tej pory, że to mój ojciec jest czymś najgorszym, co mi się w życiu przytrafiło, to po ostatnich jazdach zmieniłem zdanie. Ta głowa była czymś tak przerażającym, że nie mogła być własnością mojego ojca, on przy niej, to wzór wszelakich zalet. Mówią, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. To ja pierdolę takie - dobro. Ale - z drugiej strony, to stało się i już się nie odstanie. A może to nie o to chodzi? Może ja jestem nieodrodnym synem swego ojca – też alkoholikiem i jak tak dalej pójdzie, to wkrótce dorobię się pozostałych cech mego przodka i stanę się taki sam jak on. Ale ja nie mogę być aż taki zły! Nie mogę? Alkoholikiem też być ,,nie mogłem”. A delirium się dorobiłem… No tak… Zaraz, zaraz… A jak to nie było delirium? Jak to było coś innego, jeszcze gorszego… Czy może być coś gorszego niż przeżycie delirium tremens? Może. Chcąc, nie chcąc wróciłem pamięcią do koszmaru i przypomniałem sobie, że w kulminacyjnym momencie trwogi oczekiwałem śmierci, a to co do mnie przyszło, to nie była śmierć. Bo śmierć wcale nie jest czymś najgorszym. Teraz już to wiem. A jak to był diabeł, Szatan? Poczułem lęk i aż zadrżałem z zimna. Co jest do kurwy nędzy? Chyba znowu mnie nie dopadnie? Wołać o pomoc?
Nie wiem, co byłoby dalej, gdyby w tym momencie do pomieszczenia nie weszła pielęgniarka. Czułem, że tętno skoczyło mi do górnej półki. Nie chciałem w tej chwili z nią rozmawiać, więc zamknąłem oczy udając śpiącego. Słyszałem jak krząta się po sali, podeszła do mnie, sprawdziła moją kroplówkę i to uspokoiło mnie nieco.
Do tej pory ,,złego” kojarzyłem z dobrotliwymi biesami ze sztuk Jana Drdy. To, co przeżyłem było naprawdę z innego świata. Jeżeli w jednej chwili z ateisty stałem się ponownie człowiekiem głęboko wierzącym, to dlaczego miałbym kwestionować istnienie diabła, tym bardziej, że go na własne oczy widziałem. Kurwa! Co ja pierdolę? Żeby tylko nie zwariować… Ale. Ale po rozpatrzeniu wszystkich za i przeciw zostaje to, co zostaje – czy się z tym zgadzam, czy nie – miałem spotkanie z diabłem.
A może to było jednak tylko delirium? Kurrwa! Tylko! Ładne mi ,,tylko” – z ojszczaniem i defekacją. Ale… jak mawiał klasyk: lepsza defekacja niż dekapitacja. A i to nie musiało być najgorszym, co mnie mogło spotkać. Ale się popierdoliło… Oczywiście nie mogę tego powiedzieć lekarzowi, bo to się może skończyć wyjazdem na oddział psychiatryczny. Z dwojga złego wolę jednak być pensjonariuszem detoksu. Tym bardziej, że te rewiry są mi poniekąd znane. Już wiedziałem, co zrobię. Powiem doktorkowi, że miał wtedy rację i że jestem zdecydowany podjąć terapię. Muszę na jakiś czas zwolnić. Zresztą – nie mam dokąd iść. Z roboty wyleciałem definitywnie, na pewno już tam nie wrócę, pić już nie mogę. Pracować prawdę powiedziawszy też mi się na razie nie chce. Jak tylko będę w stanie ustać na własnych nogach pójdę do spowiedzi i komunii. Po tylu latach… Kurwa, jak to czasami dziwnie plotą się ludzkie losy. Gdyby mi ktoś powiedział kilka lat temu, że znów stanę się wierzący, to parsknąłbym śmiechem. A gdyby mi dodał, że to nastąpi wskutek spotkania z (zauważyłem, że za każdym razem, gdy wymieniam jego imię, czy raczej miano, czuję dziwne, nieprzyjemne wibracje gdzieś w środku) to bym go odesłał tu, gdzie się aktualnie znajduję, czyli do psychiatryka. A jakbym trafił na odpowiedniego spowiednika, to może porozmawiałbym z nim na ten temat. Ale jak stwierdzić, czy jest ,,odpowiedni”? Mógłbym wprawdzie poprosić o księdza i wyspowiadać się tu i teraz, ale nie. Muszę się do tego przygotować. Jedno w tym wszystkim jest pocieszające. I to moja wielka nadzieja. Jestem głęboko przekonany, że to mój ratunek – Bóg. Bóg mi pomoże, bo nie opuścił mnie w najtragiczniejszej i najstraszniejszej chwili mojego życia. Odpocznę sobie na terapii. Dowiem się czegoś więcej o alkoholikach. W końcu sam prawie nim jestem. Może rzeczywiście nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Oby nie bokiem. Tak, pójdę na tę ich terapię, zobaczę co mają do zaoferowania. Przecież nie zryją mi beretu przez te ich psychologiczne bajery. Nie ze mną te numery, Brunner. Ale sam wyrywał się nie będę. Poczekam, aż doktorek mi to zaproponuje. Zaproponuje na pewno. Wszystkim proponują. Chyba nie mają zbyt wieku chętnych, a żyć z czegoś muszą. Jak to w życiu. Dam im szansę – niech pokażą na co ich stać? Jedno jest pewne – nie dam się zbajerować i jak coś będzie nie tak – zrezygnuję. Na siłę trzymać mnie tu nie mogą. Nie mają prawa. Takie myślenie uspokoiło mnie i znów zasnąłem.
Gdy się przebudziłem, oczom własnym uwierzyć nie chciałem. Obok mnie stał Rolo. Mój wierny przyjaciel Rolo. Ze wzruszenia omal się nie popłakałem. Mój wierny przyjaciel Rolo szybko mnie od tego odwiódł:
- Co ty kurrrwa Błażej odpierdalasz??? Całkiem ci odjebało??? Tak ci spieszno do tatusia???
Zatkało mnie totalnie. Jebał mnie jak burą sukę. Ale wiedziałem, że ma rację. To był szok. Kiedy zacząłem dochodzić do siebie, to pomyślałem, że najlepiej by było, gdyby po tej totalnej zjebce trzasnął drzwiami i wyszedł. Może to by jakiś skutek odniosło. Ale Rolo, choć był bardzo mądry, też miał prawo do popełniania błędów. Był przecież tylko człowiekiem. Jak już dał upust swojej frustracji, spojrzał na mnie tymi swoimi mądrymi oczami i … karawana poszła dalej. Niestety.
- No i jak? Żyjesz?
- Żyję, ale co to za życie – pierdnąłem żałosnym banałem.
Pokiwał ze smutkiem swoją wielką, kudłatą głową i w jego oczach ujrzałem łzy.
No nie kurwa, Rolo – tylko mi się tu nie rozpłacz, pomyślałem, bo jak i ja zacznę, to dopiero będzie szopka.
Na szczęście byłem tak nafaszerowany prochami, że nie w głowie mi było ronienie łez, chociaż może to nie byłoby takie najgorsze. Jak było do przewidzenia przytaszczył ze sobą taką wałówę, że koledzy z detoksu mieli co opowiadać jak wrócili do swoich domów. Przywiózł mi też torbę z rzeczami osobistymi. Nie pytałem skąd dowiedział się, że tu jestem. Jaki to miałoby sens?


*



Zgodnie z moimi przypuszczeniami po kilku dniach zaproponowano mi podjęcie terapii. Udawałem, że się zastanawiam, dalszych kilka dni potrzymałem ich w niepewności, w końcu wyraziłem zgodę i zostałem przeniesiony do budynku, gdzie był odwyk.
Przez dwa tygodnie pobytu na detoksie doszedłem do siebie, odpocząłem, wrócił mi apetyt i powoli odzyskiwałem chęć życia. Miałem wprawdzie problemy z zasypianiem, bo bałem się, że znów dojdzie do koszmarnego spotkania. Tego chciałem uniknąć za wszelką cenę. Deficyt nocnego snu uzupełniałem drzemkami w czasie dnia. Na dzień dobry, w gabinecie zabiegowym pielęgniarka poinformowała mnie, że moją terapeutką będzie pani magister Blanka – jakaś tam. Gabinet nr 12. Mam tam podejść po zakończeniu formalności związanych z zakwaterowaniem mnie w moim ,,nowym domu” i ustalić z nią szczegóły współpracy. He, he. Nie spieszyłem się. Najpierw zaniosłem swój skromny dobytek (z powodzeniem mieszczący się w reklamówce) do mojego miejsca przeznaczenia. W pokoju, w którym miałem mieszkać były cztery łóżka. Pielęgniarka pozwoliła mi wybrać jedno z dwóch wolnych – rzuciłem swój ,,mandżur” na to dalsze od drzwi. Nie było lokatorów. Pani w bieli powiedziała, że są jeszcze na zajęciach. Zaproponowała mi obiad – było południe – o tej samej porze jadaliśmy na detoksie. Głodny byłem, więc skwapliwie z zaproszenia skorzystałem. Obiad dupy nie urywał, jak to w szpitalu – ale zjeść się dało. Po obiedzie poznałem dwóch moich nowych kolegów. Świat jest jednak mały. Jednym z nich okazał się mój dawny kolega z harcerstwa, jeszcze z podstawówki - Lutek Kobziarz. Byliśmy nawet razem na obozie na Kaszubach. Od tych wspomnień zaczęliśmy zresztą rozmowę. Drugim był leśniczy spod Dobrego Miasta – Rafał Ożóbski, herbu Sromota – tak się przedstawił. Od Lutka dowiedziałem się, że gość jest w porządku i nawet nie chrapie, co ma znaczenie, szczególnie nocą. Ucieszyłem się z towarzystwa obu panów, bo co by nie mówić – przyjdzie nam razem spędzić tu kilka tygodni. Jak dobrze pójdzie, oczywiście. Egzystencja z jakimiś dupkami byłaby cholernym utrudnieniem.
Od Lutka dowiedziałem się, że z terapeutką trafiłem nie najgorzej, choć lepiej by było, gdybym został, tak jak on, pacjentem Grześka Dworakowskiego – tutejszej legendy i niekwestionowanego numero uno wśród personelu terapeutycznego. Gość podobno jest niesamowity! Sam kiedyś pił, teraz innym pomaga, a zna się na rzeczy jak mało kto. Kiedyś był podobno znanym grotołazem, łaził po różnych dziwnych dziurach w ziemi.
Dziś trudno to sobie wyobrazić patrząc na małego, okrąglutkiego, dobrze odżywionego kolesia. Krąży wśród pacjentów opowieść, że gdzieś w Dolomitach uczestniczył w wyprawie, która zakończyła się tragicznie. Było ich dziewięcioro - międzynarodowe towarzystwo. Wleźli do jakiejś jaskini tak głęboko, że nie zdążyliby wrócić, musieli zanocować. Było tam bardzo zimno, więc ukryli się w jakiejś niecce i zatkali otwór wylotowy swoimi plecakami. Grzesiek wolał zmarznąć, niż gnieść się tam z nimi jak w puszce sardynek, więc zrezygnował ze wspólnego lokum. Gdy rano się obudził, okazało się, że pozostałych osiem osób nie żyje – udusili się własnymi bździnami. Gdy to usłyszałem omal nie parsknąłem, ale Lutek mówił to tak poważnie, że musiałem się powstrzymać. Ledwo mi się to udało. On w to wierzył. No cóż – są na świecie rzeczy… Nie mnie to oceniać. Podobno od tamtej pory do żadnej dziury nawet nie zagląda. Jednak nie żałowałem, że nie trafiłem pod jego ,,skrzydła”. Po co mi taki super terapeuta – Stirliz ? Mnie potrzebny ktoś, z kim sobie poradzę. Ktoś, kto mnie nie rozszyfruje. Ja tu tylko chcę trochę pobyć, przeczekać, odpocząć, zastanowić się - co dalej? Niechaj leczą się ci bardziej potrzebujący. Na mnie jeszcze nie pora.
Trafiłem w końcu przed oblicze mojej terapeutki. Byłem nastawiony może nie walkę, ale na pewno nie na otwartość i szczerość. Przyznać muszę, że fizjonomię miała, jeśli nie ujmującą, to zadowalającą. Blondynka pod trzydziestkę, szczupła, do oddychania przez naturę wyposażona odpowiednio, oczy duże, jakby zielonkawe, usta zmysłowe, bez obrączki. Ty, ty, ty! Tylko się tu kuźwa nie zakochaj – przywołałem siebie do porządku. Jeszcze by tego brakowało!
Panienka na wstępie poinformowała mnie, że w oddziale pacjenci i personel terapeutyczny zwracają się do siebie po imieniu. Trochę mnie to zdziwiło, choć absolutnie nie przeszkadzało. Zachowywała się bardzo profesjonalnie – nie była zbyt nachalna, okazywała zainteresowanie tym, o czym mówiłem. Jak zadawała pytanie, to miało to sens. Nie rozgadywałem się, starałem się mówić jak najmniej, wolałem jak ona pytała. Rozmawialiśmy o moim życiu i moim piciu. Potem wyjaśniła mi na czym polega terapia. Mam zdobyć wiedzę na temat uzależnienia od alkoholu, rozpoznać konsekwencje swego picia, mam nauczyć się nowych umiejętności niezbędnych w trzeźwieniu, rozpoznawać głód alkoholowy i radzić sobie z nim, pogodzić się z utratą możliwości kontrolowania picia, zmienić swoje myślenie, przyzwyczajenia, znajomych, sposoby spędzania wolnego czasu. Takie tam mądrości ludowe. Nie chciałem być niegrzeczny, więc słuchałem udając zainteresowanie, bo panienka sporo wysiłku włożyła, by się nauczyć tych okrągłych słówek, a i forma w jakiej mi to przedstawiała brzmiała na tyle atrakcyjnie, że niejeden by to kupił. Ja – nie. Nie wiem dlaczego przypomniało mi się opowiadanie Juliana Tuwima ,,Ślusarz” i fragment: ,,Wszedł do łazienki, pokręcił krany na wszystkie strony, stuknął młotkiem w rurę i powiedział:
- Ferszlus trzeba roztrajbować.
Szybka ta diagnoza zaimponowała mi wprawdzie, nie mrugnąłem jednak i zapytałem:
- A dlaczego?
Ślusarz był zaskoczony moją ciekawością, ale po pierwszym odruchu zdziwienia, które wyraziło się w spojrzeniu sponad okularów, chrząknął i rzekł:
- Bo droselklapa tandetnie blindowana i ryksztosuje.
- Aha - powiedziałem - rozumiem! Więc gdyby droselklapa była w swoim czasie solidnie zablindowana, nie ryksztosowałaby teraz i roztrajbowanie ferszlusu byłoby zbyteczne?
- Ano chyba. A teraz pufer trzeba lochować, czyli dać mu szprajc, żeby śtender udychtować.
Trzy razy stuknąłem młotkiem w kran, pokiwałem głową i stwierdziłem:
- Nawet słychać.
Ślusarz spojrzał dość zdumiony:
- Co słychać?
- Słychać, że śtender nie udychtowany. Ale przekonany jestem, że gdy pan mu da odpowiedni szprajc przez lochowanie pufra, to droselklapa zostanie zablindowana, nie będzie już więcej ryksztosować i, co za tym idzie, ferszlus będzie roztrajbowany. I zmierzyłem ślusarza zimnym, bezczelnym wzrokiem.”
Żeby jej sprawić przyjemność zacząłem dialog w podobnym stylu, choć oczywiście robiłem to znacznie dyskretniej, bo naprawdę nie chciałem jej urazić. Była sympatyczna i profesjonalna. Myślę, że chyba nie zorientowała się, że pogrywam, a jeśli nawet, to tego po sobie nie dała poznać. Na koniec otrzymałem do podpisania kontrakt terapeutyczny. Było tam napisane, że zobowiązuję się do realizacji programu terapii, co sprowadzało się do regularnego i aktywnego uczestnictwa we wszystkich zajęciach terapeutycznych, jak i przestrzegania obowiązującego regulaminu ( jak w poprawczaku, albo w zakonie – bez telewizji, bez wychodzenia na przepustki, bez erotycznych ekscesów). Okazało się też, że jednym z terapeutów jest ksiądz. To była dobra dla mnie wiadomość – może pomoże mi rozwiązać problem, o którym mimo, że wiele się działo, zapomnieć nie potrafiłem. Niestety okazał się za bardzo papieski, więc nie obdarzyłem go zaufaniem i problem pozostał ze mną. Zajęcia odbywały się od rana do obiadu. Potem przerwa i znów po południu. Nudzić się nie było kiedy.
Podczas następnego spotkania otrzymałem od Blanki coś, co się nazywało bardzo poważnie: Osobisty Program Terapii, w skrócie OPT – prawie jak ,,ledykimacja pezetperoska”. Ówże OPT był moim drogowskazem, kalendarzem, prawie modlitewnikiem. Była to rozpiska moich zajęć i zadań na siedem tygodni terapii. Z moją terapeutką miałem spotykać się na sesjach terapeutycznych raz w tygodniu – we czwartki 0 14.00. I tyle. Mam chodzić na zajęcia, pisać zadania, czytać je w grupie na zajęciach w wyznaczonych terminach, pomagać w utrzymywaniu porządku w oddziale, a w nagrodę będę wolny od nałogu. Tak też czyniłem, nie licząc zbytnio na spektakularny sukces.
Przyznam szczerze - nie spodziewałem się, że 49 dni minie tak szybko. Bez problemów dostosowałem się do oczekiwań terapeutów. Robiłem to, czego oczekiwali, nie starając się za bardzo. Poziom intelektualny większości pacjentów pozwalał na bycie orłem bez większego wysiłku. Nie starałem się grać pierwszych skrzypiec, byłem raczej obserwatorem, niż uczestnikiem. A było co obserwować. Sporo się dowiedziałem o uzależnieniu, niektóre rzeczy nawet pasowały do mnie, ale to wszystko to było gówno, bo nie było dnia, żeby mnie nie prześladowało moje koszmarne tete a tete. Szczególnie kiedy wieczorami kładłem się spać. Doszło do tego, że musiałem poprosić lekarkę o przepisanie mi leków na sen. Bez nich nie mogłem zasnąć.
Rolo był u mnie z aprowizacją jeszcze kilka razy. Raz nawet przyjechał z nim Kokosza. Fajnie spędziliśmy czas przy czarnej kawie. Podczas jednej z wizyt Rolo wymusił na mnie obietnicę. Zobowiązałem się do kontynuowania terapii u … no właśnie – u Grześka Dworakowskiego. Nie wiem skąd się znali, nieistotne, ale dogadali się jakoś i za moimi plecami uknuli spisek. Nie mogłem odmówić.
Mijały kolejne dni bez historii, podobne do siebie jak Chińczycy. Ani się obejrzałem - trzeba było się żegnać. Nie przywiązałem się za bardzo ani do miejsca, ani do ludzi, więc opuszczałem odwyk bez zbytniego napięcia, czy obaw. Podczas terapii dowiedziałem się, że tuż po opuszczeniu oddziału nie powinno się podejmować żadnych ważnych, istotnych dla dalszego życia decyzji. Było mi to na rękę, bo prawdę rzekłszy nie miałem na podorędziu żadnego scenariusza na kontynuację mojej ziemskiej egzystencji. Gdyby nie ten jeden pieprzony wrzód, to mógłbym powiedzieć, że jestem zadowolony. Niestety - koszmar istniał, mimo, że starałem się o nim zapomnieć. Obawiałem się każdej nocy, dobrze, że miałem te prochy na sen.










ODNOWA - POLSKO LUDOWA




Znów zaczynałem wszystko od początku, chociaż prawdę rzekłszy, ani nie miałem na to ochoty, ani scenariusza. Miałem jakieś tam oszczędności, więc pracować na razie nie musiałem. Pić mi się nie chciało, co też nie było najgorszym prognostykiem. Pierwszego dnia po opuszczeniu terapii poszedłem do spowiedzi. Trafiłem na dobrego księdza. Wysłuchał mnie cierpliwie, ze zrozumieniem, bardzo mi to pomogło. To moje ,,oczyszczenie” trwało chyba trochę za długo, straciłem poczucie upływającego czasu. Gdy w końcu usłyszałem pukanie – chciałem powstać z kolan, ale nie byłem w stanie. Nogi mi tak ścierpły, że omal się nie przewróciłem. Odszedłem od konfesjonału na sztywnych jak z patyków nogach, ale zadowolony.
Wysypiałem się jak mops, wrócił apetyt. Rolo zaproponował mi abonament na obiady, więc skwapliwie przyjąłem propozycję - Dziewuchy nadal gotowały wyśmienicie, więc całkowicie zaspokajały moje kulinarne preferencje. Wieczorami chodziłem prawie codziennie do kina. Dużo czytałem. No i poszedłem na terapię. Na pierwszym spotkaniu Grzesiek zaczął od wstępu:
- Sprawa tak się przedstawia – albo będziesz się leczył i ja ci w tym pomogę, albo – będziesz udawał, że się leczysz, a ja będę udawał, że ci pomagam. Wybór należy do ciebie. Płacą mi tyle samo w obu opcjach.
Nie wiedziałem, czy mam odpowiedzieć, nie bardzo też wiedziałem co mam odpowiedzieć, a on chyba tego teraz ode mnie nie oczekiwał. Patrzył mi w oczy. Nie uciekałem wzrokiem, też byłem dobry w te klocki. Zobaczymy, kto dłużej wytrzyma. Nie taki chyba był jego zamysł, bo po chwili zapytał:
- Chcesz przestać pić?
- Chciałbym – odpowiedziałem po krótkiej chwili.
- Nie pytam, czy chciałbyś, tylko, czy chcesz? – spytał ponownie.
- No chyba tak. Skoro tu jestem.
- Ty możesz tego nie wiedzieć, ale ja wiem. To, że tu jesteś o niczym nie świadczy.
- No dobrze - chcę! – chyba się trochę zdenerwowałem.
- A po co? – zapytał z głupia frant.
Co jest do kurwy nędzy! - chciałem krzyknąć. To ma być terapia??? Będziesz mnie chłyście za słówka łapał?
Ale się nie odezwałem. Tętno mi podskoczyło, oddech przyspieszył.
- Widzę, że się zdenerwowałeś. To dobrze. To znaczy, że masz mi wiele do powiedzenia, choć na pewno nie zrobisz tego tu i teraz. Nie wiadomo, czy w ogóle zrobisz. Domyślam się, co teraz sobie o mnie myślisz. Nie mam żalu. Ale mam nadzieję. Mam nadzieję, że poważnie potraktujesz moje pytanie i na następnym spotkaniu, o ile do niego dojdzie, porozmawiamy o tym. Tyle na dziś. Do zobaczenia za tydzień o tej samej porze. Wstał, podał mi rękę, uścisnął krótko, mocno i … było po terapii.
Jak intruz poszedłem w stronę drzwi. Nic nie rzekłem, chciałem pierdolnąć drzwiami, żeby z futryn wyleciały, ale powstrzymałem się ostatkiem sił. Niedoczekanie twoje – grubasie! Zobaczysz ty mnie za tydzień, jak swojego siusiaka bez lusterka! O kurwa!!! Nie pamiętam żeby ktoś mnie tak maksymalnie wkurwił. Teraz tylko się nachlać wypadałoby. Ale niedoczekanie twoje. Chciałbyś – chamie. Długo nie, a potem… Potem – całkiem nie, jak mawiała Babcia Więckowa. Obejdzie się bez twojej popierdolonej terapii - srapii. Napięcie powoli mijało, niechęć do grubasa – wcale. Nie pójdę więcej do niego. Niech się pałuje. Dupek!
Ale co na to Rolo? Obiecałem mu. Kogo, jak kogo, ale jego nie mogę zawieść. Pójdę z nim porozmawiam, znajdę sobie innego terapeutę. Tego kwiatu – w bród. Nie chciałem tego odwlekać, zrobiłem sobie dłuższy spacerek, by się całkowicie uspokoić i przygotować do rozmowy. Rolo jak zwykle był na swoim ambasadorskim stanowisku – za barem. Klientów prawie nie było, pora jeszcze nie ta, więc mogliśmy spokojnie porozmawiać. Zacząłem z grubej rury:
- Rolo ! Przykro mi bardzo, ale nie będę chodził do tego kutasiny na terapię.
Spojrzałem na mego przyjaciela i ujrzałem grymas, który jednoznacznie świadczył, że jednak niefortunnie dobrałem słowa. Przeholowałem. Wyciągnął spod kontuaru wielką, białą szmatę i zaczął bardzo intensywnie szorować czysty blat. Tak robił tylko w chwilach maksymalnego zdenerwowania.
- Widzę, że bardzo łatwo ci przychodzi obrażanie ludzi. Alkohol poczynił dużo większe spustoszenie w twoim ptasim móżdżku, niż można się było spodziewać. Bardzo mi się to nie podoba.
Nie tak to miało wyglądać. Spierdoliłem wszystko. Jak z tego wybrnąć? Rolo szorował jak natchniony. Niewygodne milczenie gęstniało. Nagle przerwał i rzekł:
- Opowiadaj! Słowo w słowo. Chciałem powiedzieć ,,jak na spowiedzi”, ale gryzę się w język. Słucham!
Opowiedziałem to co pamiętałem, niczego nie dodając. Wiedziałem, że i tak zabrnąłem za daleko.
Wysłuchał mnie w skupieniu, chwilę pomilczał i bardzo spokojnie zapytał:
- Obrażasz człowieka, świetnego fachowca, za to, że odważył się ciebie zapytać: po co chcesz przestać pić? Słyszysz to?
Teraz dopiero do mnie dotarło. On wcale mnie nie atakował, ani nie chciał mnie zdenerwować. To nie były żadne gierki słowne. Ja to tak zinterpretowałem. Spodziewałem się jakichś wysublimowanych, skomplikowanych metod psychoterapeutycznych, a poległem na prostym pytaniu. Ale ze mnie pizda! Co ja bym bez tego Rola zrobił?
- Rolo, wiem, że przeprosiny, to tak jakbym nasrał na wycieraczkę, zadzwonił i przeprosił. Mimo tego – przepraszam. To ty powinieneś być terapeutą. Nie, co ja pierdolę. Ty robisz to, co chcesz robić i za to też cię cenię. Nie zrozum mnie źle, nie mówię tego, żeby ci kadzić, znasz mnie przecież. Ty wszystko robisz tak jak powinno się robić. Ja – spierdolić potrafię wszystko. Dzięki, że mi to pokazałeś. Jestem ci za to dozgonnie wdzięczny. Nikt inny nie ma takiego prawa. Od ciebie biorę to, jak coś naprawdę cennego. Wierzę, że to mi pomoże odbudować to wszystko, co przez picie straciłem. Do śmierci pamiętał będę, że mnie nie zostawiłeś, chociaż mogłeś to zrobić nie raz. I nikt, nawet ja, nie miałby ci tego za złe. Jeszcze raz przepraszam i dziękuję, że byłeś i mam nadzieję jesteś nadal moim przyjacielem. Tyle mogę zrobić. Za tydzień pójdę na terapię do Grześka.
- Dzięki Bogu, że nie pozwolił, by etylina zabrała ci resztkę zdrowego rozsądku. Dziś miałeś ciężki dzień. Powinieneś odpocząć. Dasz sobie radę?
- Teraz na pewno tak. Dzięki raz jeszcze.
- Wiesz, że…
- Tak, wiem – przerwałem mu i zamarkowałem uśmiech.
- Bywaj zatem!
- Cześć!


*
  • Strona:
  • 1