Mieczysław Łuksza ,,Stacja Wormditt" cz.XIV Teatr Strzelnica - Forum Ornecianki
Witamy, Gość
Nazwa użytkownika: Hasło: Zapamiętaj mnie
  • Strona:
  • 1

TEMAT:

Mieczysław Łuksza ,,Stacja Wormditt" cz.XIV Teatr Strzelnica 2023/06/03 23:50 #1

  • Aszok
  • Aszok Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Sekcja historyczna
  • Posty: 367
  • Otrzymane podziękowania: 39
,,TEATR STRZELNICA’’



Przed rzeką był tylko jeden ,,lokal” w którym amatorzy napoju z pianką mogli zasiąść za stołem i raczyć się do woli. Była to ,,Strzelnica”. Nazwa wzięła się stąd, że można tam było ,,strzelić piwko”. Nie biorę pod uwagę Garnizonowego Klubu Oficerskiego, który wprawdzie oferował bogate spektrum napojów wyskokowych, również tych pieniących się – ale tylko dla wybrańców. Pijalnia mieściła się przy Alei Wojska Polskiego, obok rzadko spotykanego skrzyżowania - krzyżowało się tam pięć dróg, wszystkie przejezdne, dopuszczone do ruchu.
Stary budynek ,,Strzelnicy” był drewniany, pomalowany na jaskrawy, przykuwający wzrok, niebieski kolor. Stał między wspomnianym skrzyżowaniem a kuźnią Baczyny. Po rozbiórce, na jego miejscu stanął nowy, standardowy czworokąt typu ,,Akwarium”. Nazwy bywalcy nie zmienili. Pozostała do dziś. Tu, podobnie jak w ,,Stokrotce” wszyscy się znali. Byli sąsiadami, kolegami. Spotykali się, by poplotkować i uzupełnić niedobory płynów i elektrolitów. Taka też była specyfika małych miasteczek. Wszyscy wszystko wiedzieli o wszystkich. Czasami więcej niż sami zainteresowani.
Byli i tacy, którzy spędzali w tu czas od otwarcia do zamknięcia. Nazywano ich ,,rezydentami”. ,,Saladyn” był niekwestionowanym liderem wśród nich. Miał taki układ z żoną, że ta w porze obiadowej przysyłała któreś z licznych pociech z dwudaniowym gorącym posiłkiem dla ,,tatusia”. Tenże, jak był bardzo głodny sam konsumował troskliwą żoniną ręką przygotowane specjały, a jak głód nie bardzo mu doskwierał, lub serwowane potrawy nie trafiały w jego aktualne zapotrzebowanie kulinarne, odstępował bardziej potrzebującym kolegom swój przydziałowy posiłek. Oczywiście nie za darmo, bo różne rzeczy można by mówić o gburowatym ,,Saladynie”, ale na pewno altruizmu nijak z jego osobą połączyć się nie dało. Jego żona gotowała smacznie, więc chętnych na gorący posiłek za 2-3 piwa nie brakowało.
Zaczęliśmy i my wpadać po meczu do ,,Strzelnicy”. Spoceni, zdyszani zamawialiśmy po piwie i po butelce wody mineralnej. Po kilku godzinach wysiłku zapotrzebowanie na płyny w młodych organizmach było znaczne. Nie rozsiadaliśmy się, zresztą ot tej porze było to praktycznie niemożliwe. Wszystkie stoliki i metalowe taborety były pozajmowane. Dlaczego taborety były metalowe tego chyba tłumaczyć nie trzeba.
Którejś soboty usiedliśmy jednak do stołu. Po kilku piwach w rękach ,,Gucego” znalazła się gitara. Atmosfera o tej porze była już bardzo luźna, swojska, wręcz sielankowa. Jak wśród dobrych, starych znajomych. ,,Gucy” zaczął grać. Z początku piano, by nie zdenerwować klienteli i bufetowej, pani Lucyny. Wprawdzie bywaliśmy tu od czasu do czasu, ale kudy nam do statusu stałych bywalców. A co wolno wojewodzie… Granie nie przeszkadzało piwoszom, więc z pewną taką nieśmiałością zaczęliśmy podśpiewywać. Z początku cicho, w miarę upływu czasu i wypijanych łyków piwa coraz głośniej. Z niczyich ust nie padła żadna forma protestu, co nas zachęciło do kontynuowania ,,koncertu”. A jak zaśpiewaliśmy nasz sztandarowy song – piosenkę Tadeusza Woźniaka ,,Zegarmistrz światła” to cała strzelnica aż zadrżała w posadach. To też się ludziom spodobało.
Od tej pory robiliśmy to co tydzień. Nasze koncerty stały się ,,stałym punktem programu” w sobotnie wieczory. Nawet mieliśmy zarezerwowane miejsca. Jak nas pewnego razu zabrakło, to ludzie dopytywali się czemu nas nie ma ? Zrozumieliśmy wtedy, że zostaliśmy zaakceptowani jako stali bywalcy naszej osiedlowej ,,Strzelnicy”.
Wkrótce przekonałem się, że ,,Strzelnica” nie jest zwykłą pijalnią piwa. Z dnia na dzień uświadamiałem sobie coraz bardziej, że jest sceną, estradą, miejscem, gdzie codziennie odbywa się jakiś spektakl. Trzeba było tylko umieć obserwować. Działy się tu takie rzeczy, o których żaden dyrektor teatru nawet nie mógł marzyć.
Coraz lepiej poznawaliśmy niepisane zasady, jakie panowały w tym specyficznym miejscu.
Autokratycznie rządziła tu bufetowa (dyrektorka teatru) Lucyna. Niewysoka, korpulentna, krótko ostrzyżona, zawsze wyglądała tak, jakby ją pszczoły rodem z jednostki wojskowej pożądliły. Żadne kosmetyki, nawet te najdroższe nie były w stanie jej odczarować. Wyglądała jak filmowa oberżystka w wiktoriańskiej Anglii. Ona decydowała o wszystkim. Kto zostanie obsłużony, a kto ma już dość (właściwie, to chodziło o to kogo Lucyna ma już dość) – napiętnowany osobnik musiał opuścić lokal bez szemrania. Mało kto się sprzeciwiał. Jak już Lucyna zagięła na kogoś parol, to gość miał przechlapane. Najlepszym wyjściem była zmiana lokalu, albo wymuszona prohibicja na jakiś czas. Na szczęście pamiętliwa nie była. Ona decydowała w którym momencie ,,ochrzcić piwo”, czyli do beczki dolać wody. Beczka z piwem miała pojemność 200 litrów. Wiadro wody dolane do takiej ilości złocistego płynu w niewielkim tylko stopniu zmieniało jego ,,parametry”. Wszyscy wiedzieli o tym procederze, ale nikt głośno nie protestował. Lucyna kwitowała to standardowym usprawiedliwieniem:
- Nie mam zamiaru do was dopłacać. Ci złodzieje z browaru przywożą niepełne beczki. Muszę dolewać. Jak się komuś nie podoba, to wynocha !
Jedni przyzwyczaili się do tego, innym było trudniej. Ale ani jedni, ani drudzy nie odmawiali, gdy Lucyna wyznaczała któregoś do wykonania tego przykrego obowiązku. A wyglądało to tak:
W pewnym momencie Lucyna któremuś ze stałych bywalców nalewała darmowy kufel piwa.
Ten już wiedział, co ma zrobić. Pospiesznie udawał się na zaplecze. Tam już czekało pełne wiadro kranówy. Należało zamknąć zawór dopływu gazu do beczki, następnie trzeba było wyjąć szpunt, w którym umieszczone były dwie rurki – jedna tłocząca gaz, druga tłocząca piwo z beczki do kranika w bufecie.
Duży, wysłużony, pognieciony blaszany lejek ułatwiał zadanie. Podniesienie na wysokość prawie półtora metra pełnego wiadra z wodą i wlanie jej cienkim strumieniem przez wąskie gardło lejka wymagało sporej siły fizycznej. Nie każdy też nadawał się do wykonania tego zadania.
Najgorsze chwile Lucyny, to te, kiedy klientelę stanowili sami zdruzgotani życiem emeryci i cherlaki, a był najwyższy czas, żeby dolać wody. Nie można było tego zrobić ani za wcześnie, ani za późno. Najlepiej zrobić to wtedy, gdy z beczki utoczy się około 50 kufli piwa. Wtedy woda z wiadra bez problemów zmieści się w beczce. Gdy ubędzie więcej piwa, to wlanie wiadra wody może diametralnie zmienić skład wlewanego do kufli płynu. Mało wybredna klientela jest w stanie wypić piwo z wodą, ale zaserwowanie komuś wody z piwem mogłoby zakończyć się fatalnie. Nawet dla kogoś tak mocno stąpającego po ziemi jak Lucyna. Prawdę rzekł kiedyś jeden zacny filozof - ,, Wszystko w naszym życiu ma swój czas i swoje miejsce”.
Gdy Lucyna sama nie była w stanie wlać wody do beczki to zmuszona była do sprzedawania normalnego, niechrzczonego piwa. Krew ją zalewała na takie marnotrawstwo i zła była niczym kilkakrotnie już wspominane brzęczące owady rodem z jednostki wojskowej. Schorowane dziadki i anemicy siedzieli wtedy cichutko, schowani za swoimi kuflami, niczym gryzonie na kościelnym wikcie i modlili się, żeby nie narazić się wściekłej bufetowej.
Oj miała ta nasza ,,Strzelnica” klientelę. Istne panopticum. Dziadek Korniłow był chyba najstarszy i z racji wieku cieszył się swoistym szacunkiem współbiesiadujących (był aktorem – nestorem). Wszyscy na pamięć znali jego opowieści, wszyscy wielokrotnie oglądali jego ręce i medal, ale z grzeczności po raz kolejny wysłuchiwali jego krasomówczych historyjek.
Krzykaczy było dwóch - ,,Afrika Korps”, zwany również ,,Niemenem” (dzięki walorom głosowym – potrafił artykułować dźwięki w niedostępnych dla przeciętnego konsumenta piwa oktawach) i Heniek ,,Marynarz”- najbarwniejsza postać podorneckiej wsi Nowy Dwór.
Tak naprawdę ,,Niemen” choć był zaliczany do stałych bywalców, to w ,,Strzelnicy” był tylko raz w życiu. Paradoks?
Podobno był kiedyś oficerem wojska polskiego. Był inwalidą – miał sparaliżowane obie nogi, poruszał się tylko na wózku inwalidzkim. Był posiadaczem zmechanizowanego wehikułu. Był to trójkołowiec napędzany silnikiem motoroweru, posiadał też zadaszenie chroniące przed opadami atmosferycznymi i słońcem.
Przeto skazany był na konsumpcję piwa tylko przy wejściu do lokalu i tylko wtedy, gdy aura na to pozwalała. Parkował zazwyczaj tuż przy schodkach prowadzących do wejścia i tam się raczył złocistym płynem. Niewiele tego płynu mu było potrzeba, by się upić. Czasami wystarczało jedno piwo.
Ze spokojnego pana poruszającego się wózkiem inwalidzkim przemieniał się w kogoś zupełnie innego. Toczka w toczkę jak z tym doktorem i misterem. Albo jak w tej kabaretowej piosence Wiesława Gołasa - ,,… włos mi rzednie, czoło blednie…”
Jego czarne oczy nabierały złowrogiego blasku, białka momentalnie pokrywały się misterną siateczką przekrwień. Obnażone, poczerniałe, nadpsute zęby agresywnie gryzły powietrze. Bujna grzywka opadała niesfornie na wykrzywianą paroksyzmami zaczerwienioną twarz.
,,Niemen” parskał i pluł jadem w swoim trójkołowcu, niczym zraniona bestia z południowych krain uwięziona w niewielkiej klatce. Plótł od rzeczy wydzierając mordę, jego ulubioną frazą było: ,,Afrika Korps” – artykułowane tak, jakby mu ktoś jaja ścisnął imadłem i jednocześnie na tyłek wylał garnek wrzątku. Ktoś, kto widział go po raz pierwszy w takim stanie nieprędko o tym zapominał.
Był niewątpliwie typem aktora skrajnie awangardowego.
Nikt właściwie go nie lubił, ale tak naprawdę, to za co można go było polubić? Jeżeli już, to raczej litowano się nad nim. Gdy podjechał pewnego letniego dnia pod schodki był trzeźwy jak niemowlak. Pożalił się stojącym przy wejściu kolegom, że nigdy jeszcze nie był w środku. Tym naiwniakom współczucie chyba przyćmiło zdrowy rozsądek, albo zabrakło im wyobraźni. Zadeklarowali, że go wniosą do środka, no bo jak to tak, nie pomóc bliźniemu w potrzebie. Ten ochoczo na to przystał. Jak powiedzieli, tak zrobili. Niestety nikt na tym dobrze nie wyszedł.
,,Niemen” zadowolony, a nawet rozpromieniony usiadł za stołem, serdecznie przywitał panią Lucynę urzędującą za bufetem, wdzięczny za przysługę zafundował kolegom, którzy go wnieśli kolejkę.
Któryś z nich również postawił po piwie i było ,,po ptokach”. ,,Niemen” gwałtownie przeszedł swoją koszmarną metamorfozę i zaczął swój ,,spektakl”. Dopiero wtedy wszyscy zrozumieli, jaki kardynalny błąd popełnili. Rycząc zdążył jeszcze porwać w dłonie kufel piwa i nie było takiej siły, która byłaby w stanie mu go wydrzeć. Długo trwało, zanim zmęczony, zachrypnięty spadł z taboretu i zasnął w kałuży własnego moczu w rogu sali. Dał się wynieść dopiero jak wytrzeźwiał.
Tak, tak, każdy ma jakieś swoje miejsce w życiu.
Drugim krzykaczem był Heniek ,,Marynarz”. Niewysoki, baryłkowaty, wyglądem przypominający bosmana z pancernika ,,Patiomkin”. Trudnił się kowalstwem, więc był silny jak tur, jego uścisk dłoni był jak uścisk imadła. Miał zawsze wytrzeszczone, jakby wyrażające najgłębsze zdziwienie oczy. Jego czoło zdobiła duża blizna, z wgniecioną kością czołową. Twierdził, że to po obuchu siekiery, którą poczęstował go pewien Kozak w porcie w Odessie. Bo Heniek oczywiście pływał. Po wszystkich morzach i oceanach świata. Jak był trzeźwy, to zachowywał się tak, jakby nigdy obuszkiem w głowę uderzon nie był. Jego zachowanie ulegało zmianie jak wsączył w siebie odpowiednią, pokaźną dawkę alkoholu. Bo mocną miał głowę, odporną nawet na siekierę, ale nie na alkohol. Jak już się nasączył to podnosił głos o dwie oktawy i zaczynał swoje monologi. Jak już wszedł na swoje maksymalne obroty, to sprawiał wrażenie, jakby rzeczywiście cierpiał ,,za miliony”. Niczym jewrejscy świadkowie zburzenia jerozolimskiej świątyni.
Darł przy tym swoje wierzchnie odzienie na klatce piersiowej, ale nigdy nie uszkodził noszonej pod spodem, wysłużonej, wyświechtanej marynarskiej koszulki (niegdyś w niebieskie paski).
Jego ulubionym motywem było: ,,Cała arrmia płacze. Dziecko umierra na rrękach generrała”. Jego ,,rr” było niczym pierwsze akordy trąb jerychońskich. Zwiastujące coś niezwykłego, groźnego.
Ileż emocji wkładał w to co mówił. Jaki był w tym autentyczny. Okraszał to rzewnymi, męskimi łzami wylewanymi z intensywnością małego wodospadu.
,,Marynarzu”! – byłeś wielkim aktorem dramatycznym, najlepsi mogli się od Ciebie warsztatu uczyć. ,,Występy” Heńka obserwowałem z nieustającą fascynacją. Takiego aktorstwa nie zobaczyłbym na deskach żadnego teatru. Widząc jego maestrię przestałem żałować, że zrezygnowałem ze swoich dziecięcych planów, by zostać aktorem. Takiego mistrzostwa nigdy bym nie osiągnął. Lichym byłbym aktorzyną.
Lżejszej rozrywki, kalibru kabaretu, albo wodewilu dostarczali nam w ,,Strzelnicy” Marcepany – mieszkańcy ulicy Piaskowej. Liczna to była rodzina, oczywiście rodem z Wileńszczyzny, więc z natury pogodni, ale autentyczni i żywiołowi (szczególnie po kilku głębszych).
Nestorem rodu był Staś. Następny był Władek, potem Bronek, Felek, Gienek i najmłodszy Dzidźka (czyli Zdzisiek). Wszyscy, prócz Dzidźki byli żonaci i posiadali progeniturę.
Wszyscy bywali gośćmi ,,Strzelnicy”, chociaż z różną częstotliwością. Mnie kojarzyli się z filmowymi braćmi Marx. Chociaż byli braćmi, to różnili się bardzo między sobą. Nie tylko wyglądem zewnętrznym. Właściwie, jak ktoś nie wiedział, że są ze sobą blisko spokrewnieni, to po wyglądzie nie domyśliłby się tego.
A co wyróżniało tych dżentelmenów spośród tłumu innych ? Otóż - ich wyjątkowy, bardzo charakterystyczny sposób wysławiania się. Niestety nie potrafię sprecyzować, na czym ta wyjątkowość polegała. Tego się nie da zrobić, to trzeba było widzieć i słyszeć. Była to lokalna odmiana wileńskiego dialektu dopasowana do nowej rzeczywistości, gęsto doprawiona folklorystycznymi kąskami i wzbogacona współczesną nowomową. A do tego było to w specyficzny sposób dowcipne. Bardzo dowcipne. Czarodziejski konglomerat. Oskar Kolberg byłby w siódmym niebie.
Ja byłem. Godzinami mogłem słuchać opowieści Władka, Felka, czy Gienka. Mówili o zwykłych, codziennych rzeczach, ale nie treść była tu ważna, tylko forma. Mówili tak jakby byli z jakiejś innej sztuki, albo z innej planety. Zwracali się do swych interlokutorów - per ,,człowiecze”. Do tego mimika. Jej mistrzem był Władek. Po kilku kuflach nabierał groźnego wyglądu, niczym jego wołoski imiennik Vlad Palownik. Z ta swoją groźna miną przypominał też japońskiego samuraja ze starych, wschodnich rycin. Jak już się porządnie wstawił, to wszystkim wokół powtarzał:
- Człowiecze! Ja tu rządzę! I moj pies !
Dzidźka i Władek byli wozakami. Obaj posiadali konie, z których byli dumni. Często też przechwalali się, czyj koń jest lepszy. Świadkowie tych słownych utarczek mieli ubaw po pachy. Zacietrzewieni bracia sprawiali wtedy wrażenie osób gotowych chwycić za furmańskie atrybuty, czyli baty, by udowodnić swoje racje.
Co do umiejętności ich czworonogów, to koń Dzidźki sam niejednokrotnie odwoził swego pana, który tracił kontakt z rzeczywistością po zaaplikowaniu przesadnej ilości rozweselających trunków i spał w najlepsze ,,na pace”. Mieszkańcy Ornety przyzwyczajeni byli do widoku furmanki widma.
Wprawdzie ,,Strzelnica” była pijalnią piwa, ale piwo nie było jedynym napojem alkoholowym konsumowanym w tym lokalu. W nosie, albo w innym otworze mieli bywalcy tekst napisany na tabliczce umieszczonej nad bufetem - ZAKAZ SPOŻYWANIA ALKOHOLU.
Nie każdy był amatorem chmielowego napoju. Byli tacy, co woleli mocniejsze trunki. Nielegalny wyszynk odbywał się pod patronatem Lucyny. Wszyscy bez wyjątku grzecznie prosili o zgodę, ona w majestacie swojej wszechwładzy zezwalała na proceder. Nierzadko dawała się namówić na symboliczny ,,kusztyczek”.
Bardzo popularnym wśród bywalców drinkiem był ,,U-bot”. Jak się go przyrządzało ?
Z pełnego kufla należało odpić nieco piwa i w jego miejsce zatopić literatkę napełnioną wódką. Kieliszek osiadał na dnie i drink był gotowy. Trzeba było wypić całą zawartość kufla, wraz z zanurzoną w nim wódką. Wymagało to pewnej wprawy, bo odstawiając kufel trzeba było uchwycić w usta i zębami przytrzymać pustą literatkę. Niektórzy bywalcy do perfekcji opanowali sztukę ,,zatapiania
U-bota”.
Puste butelki po wódce stawiało się za bufetem. Bufetowa skrzętnie magazynowała je na zapleczu. Raz w tygodniu Staś ,,Bombel”, również stały bywalec, mój sąsiad z naprzeciwka - traktorzysta zatrudniony w Administracji Domów Mieszkalnych, zawoził kilka worków pustych butelek do punktu skupu. Miała z tego zapobiegliwa Lucyna stały dopływ nieksięgowanej gotówki.
,,Bombel” też był nietuzinkową postacią. Słusznej postury, z pieczołowicie wyhodowanym, pokaźnym mięśniem piwnym (brzuchem), łudząco podobny do sierżanta Garcii, ale też do Oliviera Hardego (tak się chyba nazywał ten gruby od Flipa i Flapa ?). Miał słabą głowę do alkoholu, ale za to potrafił zeżreć. Zeżreć. Nie boję się użyć tego słowa, a na swoje usprawiedliwienie podaję przykład.
Staś, jako traktorzysta pracujący na terenie miasta często zajeżdżał do domu by ,,coś przekąsić”. Niech sobie nikt nie myśli, że taka przekąska to była kanapka, albo talerz zupy z wczorajszego obiadu.
Oj, miała matka utrapienie ze swoim pierworodnym, bo apetyt mu dopisywał wręcz nieziemski.
Staś stale chodził głodny jak stado wściekłych, tatarskich psów. Nie daj Boże, że wpadał do domu pod nieobecność matki. A tak niestety czasami się zdarzało.
Raz Andzia gotowała galaretę z nóżek wieprzowych. Znając możliwości swego syna uwarzyła w wielkim garze (innych w domu nie używała) wywar z szesnastu nóżek. Ile się namęczyła przy obieraniu kostek z gorących, tłustych i śliskich kawałków skóry, wie tylko ona. A robiła to po raz pierwszy. Tak jej posmakował galareta mojej mamy, że poprosiła ją o przepis i sama postanowiła zmierzyć się z kulinarnym wyzwaniem.
Gdy w końcu ostatnie kawałki wylądowały w garze przypomniała sobie, że musi iść do sklepu, bo zabrakło pieprzu do doprawienia potrawy. Dumna z siebie udała się czym prędzej do spożywczaka. Zajęło jej to dziesięć minut.
Gdy wróciła do domu, to cudem nie padła trupem w progu. Cóż takiego ujrzała Andzia, że omal jej z nóg nie zwaliło ?
Otóż synka swego - Stasia, który odstawiał od ust pusty gar w którym jeszcze przed kilkoma minutami była stygnąca galareta dla całej rodziny.
Andzia z wrażenia nawet zwyzywać go nie mogła. Wyglądała jak przed atakiem apopleksji. Tak ją przytkało. Powtarzała tylko zduszonym dyszkantem:
- Ty, ty, ty …
,,Bombel” przewidując co się może stać, jak matka uzyska zdolność działania czmychnął niczym bies przed Panią Twardowską do drzwi tłumacząc się nieprzekonująco:
- Myślałem, że to rosołek do popicia.
I tyle go Andzia widziała tego sądnego dnia. Nigdy więcej nie ugotowała już galarety.
Bardzo rzadko do ,,Strzelnicy” zaglądali przedstawiciele prawa, czyli słynna Milicja Obywatelska i jej ,,wierne pieski” – ormowcy. Właściwie to przyjeżdżali tylko na interwencję. A te zdarzały się od wielkiego dzwonu. Z większością krnąbrnych klientów Lucyna radziła sobie bez problemów.
Nie robiła też wielkiego ,,halo”, jak panowie dali sobie od czasu do czasu po mordzie, albo któryś rozbił kufel na łbie interlokutora. Zaporowa cena za rozbity kufel wynosiła 100 złotych, które Lucyna bezwarunkowo inkasowała i skrzętnie umieszczała za dekoltem. Rozprawa przed Kolegium do Spraw Wykroczeń kończyła się zawsze poważniejszym wydatkiem. Rozrabiający musieli też uprzątnąć rozbite kawałki szkła.
Jeśli konieczna była interwencja medyczna, to poszkodowany delikwent mógł się udać do mieszczącego się po sąsiedzku Pogotowia Ratunkowego. Personel był wprawiony w zaszywaniu rozbitych kuflem głów. Potem z owiniętym jak egipska mumia czerepem wracał, by wypić jeszcze kufelek, albo dwa, w celu uzupełnienia utraconych płynów ustrojowych. Życie toczyło się dalej.
Do ,,Strzelnicy” prawie nigdy nie zachodziły panie. To był lokal typowo męski, niczym w odległych, egzotycznych krajach muzułmańskich. Czasami, któraś nadgorliwa żona zachodziła po męża, który wziął wypłatę i nie dotarł jeszcze do domu, do głodnych dzieci. Straszny to był dyshonor i ujma dla ,,głowy rodziny”, toteż rzadko który takim perswazjom ulegał i opuszczał towarzystwo kolegów.
Żaden szanujący się lokal rozrywkowy, a takim niewątpliwie była nasza ,,Strzelnica” nie mógł funkcjonować bez hazardu. Toż to jedna z najważniejszych męskich rozrywek, ważniejsza na pewno niż cały ten przereklamowany seks. Nie mogło go u nas zabraknąć (hazardu, nie seksu) i oczywiście nie brakowało. Oficjalnie był zakazany w miejscach publicznych, ale kto by tam zawracał sobie gitarę tymi wszystkimi zakazami i nakazami. Człowiek by szybko od tego zwariował. Na szczęście Lucyna również była apologetką bardzo swobodnego podejścia do przepisów i zezwalała na grę w karty. Robotnicza brać otrzymywała wynagrodzenie za swoją pracę dziesiątego dnia każdego miesiąca. Jak już wspomniałem znalezienie w dniu wypłaty miejsca w którymkolwiek lokalu z wyszynkiem graniczyło z cudem. Tego dnia nasza pijalnia zmieniała się w prawdziwa ,,jaskinię hazardu”. Wszystkie stoliki przypominały oblepione pszczołami plastry miodu. Oczywiście nie wszyscy grali, ale każdy grający miał wokół siebie wianuszek wiernych kibiców. Kibice nie robili tego bezinteresownie: po pierwsze mogli się cieszyć niecodzienną rywalizacją, a po drugie - po każdej większej wygranej puli ,,sponsor” w przypływie dobrego humoru stawiał kolejkę. Grano przede wszystkim w pokera: trzydziestoma dwiema kartami, z trzykrotnym przebiciem, również w ciemno, z otwarciem od pary dam. Czasami grywano też w oczko, ale poker był bardziej widowiskowy dla obserwatorów. Grę zaczynało czterech, resztę grona (dosłownie i w przenośni) stanowili obserwatorzy. Jak partia była atrakcyjna to nie było nawet widać grających, tak liczne bywało audytorium. Każdemu rozdaniu towarzyszyło mniejsze, lub większe napięcie. To nie był towarzyski pokerek przy piwku. Jak już gra się ,,rozkręciła” stawki bywały bardzo wysokie. Ludzie ogarnięci żądzą hazardu często zostawiali przy stolikach swoje całomiesięczne zarobki. Odchodzili załamani, czasami ,,pękali” i z płaczem błagali wygranych o litość. Powoływali się na swoje biedne dzieci, które nie będą miały co jeść przez cały miesiąc. Ale litości dla przegranych nie było. Dobrze, jak taki nieszczęśnik po otrzymaniu tak srogiej nauczki nie zasiadł już nigdy przy karcianym stoliku. Niestety najczęściej chęć rewanżu bywała silniejsza niż zdrowy rozsądek i rodzinna tragedia trwała. Jak to niektórzy francuzi mówią – Tel Awiw. Najwyższą, udokumentowaną pulą była równowartość czterech wypłat, kiedy to ,,Jancyś” puścił z torbami Romana Wężca (kareta asów versus kareta króli). Roman zniósł to dzielnie, ale te cztery króle z ręki śniły mu się chyba do końca życia.
Działy się tu rzeczy małe i wielkie, codzienne i niecodzienne, zwyczajne i sensacyjne. Razu pewnego, wieczorem zaszedł na piwo, jak co dzień zresztą, Alek Grzebowicz. Pracował jako operator koparki w tym samym przedsiębiorstwie, w którym ,,Bombel” zarabiał na swoje nieskomplikowane życie. Tym razem jednak przyniósł ze sobą coś, co powodowało, że czuł się kimś wyjątkowo wyjątkowym i miał w związku z powyższym fantastyczny humor. Była to tajemnica. Tajemnica tak ważna, że za żadne skarby, ano właśnie - o to chodzi - Alek stał się posiadaczem skarbu. Skarbu, który wkrótce zmieni całkowicie jego przesrane do tej pory życie. Wyniesie się od wrednej teściowej, która cały czas ciosa kołki na jego biednej głowie wyzywając go od nieudaczników i oferm. Zabierze żonę i dzieci i udowodni starej wiedźmie, że nie miała racji. Jak będzie chciała ich odwiedzić będzie musiała prosić o audiencję.
Ktoś by pomyślał, że Alkowi odbiło, ale nie. Rzeczywiście znalazł dziś skarb. Pracując przy rozbiórce starego domu przy Zaułku Klasztornym zaczepił łyżką koparki o coś, co okazało się solidnym kufrem z metalowymi okuciami na rogach. Kufer był tak ciężki, że sam nie dał rady dźwignąć go z ziemi, choć był chłopem na schwał, co się zowie. Nie popadł w panikę, jakoś udało mu się przetransportować go do chlewika teściowej tak, że nikt tego nie widział. Jak w końcu udało mu się otworzyć oporne wieko, to to co zobaczył sprawiło, że stał się najszczęśliwszym człowiekiem w Ornecie, a może i w całym powiecie. Kufer po brzegi wypełniony był błyszczącymi, srebrnymi monetami.
- A pod spodem może być złotoo ! – prawie krzyknął świeżo upieczony posiadacz skarbu.
Stara moneta, solidna, ciężka, chyba niemiecka - z 1774 roku, jedyna jaką wziął ze sobą była twardym dowodem na jego wiarygodność. Ale Alek nie miał najmniejszego zamiaru komukolwiek jej pokazywać. Natomiast pokaże dziś gest. Niech koledzy zapamiętają, że jako ubogi też był równym gościem. Na szczęście posiadał gotówkę. Wprawdzie nie był to dzień wypłaty, ale dziś w firmie wziął pożyczkę na zakup dawno oczekiwanej przez rodzinę lodówki.
- Co mi tam lodówka ? – pomyślał – Jak będę chciał, to kupię ich dziesięć. Albo sto.
I zaczął stawiać. Szczodrze, po staropolsku. Wkrótce jego stolik zapełnił się gronem ,,prawdziwych kumpli”. Wśród bywalców byli i tacy, co to nigdy groszem nie śmierdzieli i tylko czekali na taką okazję. Było rojno, gwarno i bardzo wesoło. Nie tylko piwo było konsumowane. Wkrótce na stoliku, a właściwie pod, pojawiła się wódka. Jedna półlitrówka, druga, trzecia. Alkowa moneta zrobiła się gorąca i zaczęła dopominać się zainteresowania. Korciło go, by powiedzieć kolegom o skarbie i pokazać błyszczący krążek, ale resztką rozsądku bronił się przed tym. Wkrótce i ta resztka zalana została alkoholem i pijany operator koparki sięgając do kieszeni zaczął dukać:
- Pokażę wam coś, coś, coś – bełkotał nieporadnie grzebiąc w kieszeni. - Już nieedłuugo bedziecie mi mówić – paan Alek Grzebowicz.
I rzucił na stół brzęczący krążek. Będzie tego żałował do końca swoich dni.
Wracającego do domu chwiejnym krokiem Alka zwinął radiowóz milicyjny. Po nocy spędzonej na dechach w areszcie twardo bronił się, że nic nie wie o żadnym skarbie, ale na nic były te starania. Milicjanci bez trudu odnaleźli kufer w chlewiku. Jak się o tym dowiedział, to gorzko zapłakał. Oczami wyobraźni zobaczył chyba siebie wracającego z podkulonym ogonem przed oblicze wrednej teściowej.
  • Strona:
  • 1